Jest charakterystyczny i odważny, nie boi się zadawać trudnych pytań i poruszać kontrowersyjnych tematów. Posiada wszelkie cechy dobrego reportera. Nie bez powodu dostał Wiktora w kategorii „Odkrycie roku 2013”.

Twój kolega z pracy Marcin Prokop, powiedział o Tobie „reporter – eksperymentator”. Czujesz się kimś takim?

Jak najbardziej. Zawsze muszę spróbować wszystkiego na sobie. Jestem prostym chłopakiem z bloku. Przez wiele lat mieszkałem na siódmym piętrze wieżowca na Ursynowie. W tym, co robię, staram się nie być skomplikowany. Chcę zarażać widzów swoimi szalonymi pomysłami. Choć czasem prowokuję, nie chodzi mi o to, by kogoś ośmieszyć, ale żeby w ciekawy, może czasem kontrowersyjny sposób, pokazywać ludziom rzeczy, na które warto zwrócić uwagę. Ja tak po prostu pojmuję dziennikarstwo.

Do swoich materiałów przygotowujesz się rzetelnie, czy zwyczajnie, improwizując idziesz na żywioł?

Materiału nie da się zrobić na żywioł. Trzeba coś poczytać na odpowiedni temat, a potem pomyśleć nad częścią merytoryczną i stworzyć scenariusz. Oprócz tego, że stawiam na efekciarstwo, zależy mi na tym, by odpowiednia treść została widzom przekazana. Uprawiam tzw.infotainment, czyli serwuję informację połączoną z rozrywką. Póki co ten patent mi się sprawdza.

Mówi się, że jesteś kontrowersyjny. Co jakiś czas bohaterowie materiałów obrażają się na Ciebie. Zaczęło się od blogerów z Fashion Week’u w Łodzi, a skończyło na gejach. Musiałeś kiedyś przepraszać za to, że ktoś poczuł się urażony formą lub treścią Twoich materiałów?

Nie. Za materiały zrealizowane dla „Dzień Dobry TVN” nigdy nie przepraszałem, ale pamiętam, że kilka lat temu, pracując dla „TVN Warszawa” pomyliłem nazwisko jednego z wiceprezydentów stolicy i tu jak najbardziej przeprosiny były stosowne.

Czujesz się szalonym reportażystą?

Nie do końca. Choć może niektórym trudno w to uwierzyć, staram się zawsze zachować zdrowy rozsadek. Mam ogromny dystans do siebie i do swojej pracy. Czasem ludzie podchodzą do mnie i mówią: „Panie Filipie, niech pan teraz będzie taki zabawny jak zawsze”. A ja nie zawsze jestem zabawny. To nie jest też kwestia bycia szalonym, czy przesadnie śmiesznym. Po prostu taki mam styl pracy. Może czasem trochę nad wyraz ekspresywny, co widać w moich materiałach, ale na co dzień potrafię się nieco wyciszyć.

Operatorzy nadążają za Twoimi pomysłami?

Jeden operator. Tak się składa, że zawsze podczas nagrań towarzyszy mi Paweł. Nie ma innego wyjścia, więc musi nadążać (śmiech). Bardzo dobrze nam się razem współpracuje.

Czy denerwują Cię ciągłe porównania do ojca, który jest znanym prezenterem telewizyjnym?

Nie. Robimy kompletnie inne rzeczy. Ojciec jako prezenter pracował w studio telewizyjnym, ja biegam po ulicach z mikrofonem. W tej kwestii łączy nas tylko środek przekazu, jakim jest telewizja.

Nie da się ukryć, że istnieje między wami również wizualne podobieństwo.

Widać, że jestem synem swojego ojca (śmiech). Moja mama śmieje się, że z daleka trudno nas odróżnić.

Co mówi Twój syn Maksymilian, kiedy widzi Cię na ekranie?

Mówi, że też chce pracować w telewizji. Kiedy dostałem Wiktora, zapytał mnie, kiedy on też takiego dostanie? Także starach się bać (śmiech).

Nie od razu trafiłeś do telewizji. Przeszedłeś chyba przez wszystkie etapy pracy dziennikarskiej. Uważasz, że to dobra szkoła?

Tak, najpierw byłem dziennikarzem piszącym do lokalnej prasy warszawskiej i ogólnopolskich tygodników, później pracowałem w radiu, a na końcu przyszła telewizja. Wiele się po drodze nauczyłem. Uważam, że każdy powinien przejść przez podobne etapy. Tak powinna wyglądać ścieżka kariery w tym zawodzie. Wszystko zaczyna się od słowa pisanego. Nie powie się nic mądrego na ekranie, jeśli nie potrafi się pisać.

Rozmawiała Martyna Rokita


Nie ma więcej wpisów