Koniec maja. Na rynku ukazuje się nowa książka Karoliny Korwin Piotrowskiej #Sława. Znane nazwisko, rzadko kiedy przekręcane, chociaż anty-fani zarzucają podobieństwo w bezczelności do innego Korwina, z którym jednak nie ma żadnych zbieżności.

Żadna też z książek Karoliny nie jest tak zła jak „Vademecum Ojca”. W strzępkach piżamy i z eko śniadaniem, siadam przed telewizorem i włączam Dzień Dobry TVN. Przemawiać ma bowiem autorka, co zapowiadano dnia poprzedniego. Czekam. Przygotowuję się do wywiadu i recenzji, więc jestem ciekaw co powie. A zazwyczaj mówi dużo.

Polecamy#FETYSZlight: Villas. Nic przecież nie mam do ukrycia

Śniadaniówki to takie telewizje na mleku. Nie ma w nich nic specjalnego, chyba że pod uwagę weźmiemy napis „Special” przy Special K, czyli płatkach śniadaniowych Kelloggs. Ma być miło, obiektywnie i bez ISIS. W sensie – żadnego terroru, jak najmniej polityki, love & peace, w tle playback i udawana gitarzystka, malowany na płótnie Baranek Boży, znak pokoju. Amen. Czyli zupełnie inaczej niż w książkach Korwin-Piotrowskiej. Tam nie ma miejsca na pitu-pitu, bo szkoda na to i papieru i oczu Czytelników. Od porannej telewizji wymagam najchętniej Wellman i Prokopa w niezmienionej konfiguracji każdego dnia. Chcę dowcipu, inteligencji i dobrego menu. Niestety nie zawsze można mieć, co się chce i tym razem, musiałem przetrwać półtoragodzinne próby bycia rozrywkową Anny Kalczyńskiej, a ona nie potrafi być rozrywkowa nawet przy mojej ulubionej Agnieszce Jastrzębskiej, która wali mostki ze śmiechu. Mimo wszystko łączę się w bólu i z nią, kiedy ma zasiąść na sofie koło telewizyjnej królowej lodu. Nie pomoże bowiem wykonywana po mistrzowsku, jazda figurowa rzęs, mimo że jest złoty medal na Olimpiadzie w Capitolu. Nie pomogą wykonywane gwiazdy, rozgwiazdy i salta ustne. Nie pomoże nawet skok przez kozła oschłości. Kalczyńska pozostaje niewzruszona. Blond Królowa Kier. Najmądrzejsza. Spójna wizerunkowo. Nienagradzana. Ani nagrodami, ani brawami. Ale… #SŁAWĘ przesunięto na koniec programu, kiedy prowadzącej widocznie chciało się już bardzo sikać, lód roztopił się w świetle reflektorów. Fakt, że nie chce być na antenie, że zaraz ją rozsadzi widać było od momentu, kiedy Korwin-Piotrowska zasiadła na kanapie. I się zaczęło. „Napisałaś książkę o polskim show biznesie, kto dał Ci do tego prawo? Kim Ty jesteś? Co to w ogóle jest?! A Ty to nie jesteś celebrytką?”. Przyczajona Anna, ukryta Kalczyńska, odziała się w strój szermierski i z drewna języka próbuje utkać szabelkę. I nagle z telewizji śniadaniowej robi się Sofageddon. Roast bez Wojewódzkiego i jego Sztywnego Pala Azji. W sensie Renulki. Grill normalnie. Prowadząca, a za chwilę i prowadzący wyczuli zrzut mięsa i wtem gotowi rozkładać ruszt, tylko zapałek zabrakło i grill się nie odbył, nie będzie spóźnionej Majówki. I nagle po tej dziwnej walce w dwa ognie, bez zapłonu, koniec programu, książki nie polecamy, w ogóle niewypowiedziane, lecz widoczne „w sumie to się pierdol” i jakiś występ na żywo, którego nie pamiętam, bo pozostał mi tylko niesmak. I do dzisiaj nie wiem, czy Kalczyńskiej odeszły wody zawiści, że nie jest bohaterką książki, czy może w myślach lepiła jakieś ciasto, które miało być pączkiem i kipieć miało smacznym budyniem, ale na żywo wyszedł zakalec. Miał być rzut karny i gol, a poszło w publikę, nikt nie oddał piłki. Wyszedł bełt – coś niejadalnego, ciężkostrawnego jak przedobrzona sława, nieodżałowane pięć minut sto lat temu, jak niewykorzystany talent show, albo i życiowy potencjał. Zmarnowana szansa. Mimo że prezenterka chciała rozbić Koło Fortuny, zabrakło Magdy, nie dokonało się pocałowanie Pana, ale została sławna na parę minut. Jak większość „Planktonu” z książki, o który tak dopytywała na śniadaniowej kanapie.

Polecamy – #FETYSZlight: Manifest Singla

Najgłupsze pytanie jakie można zadać brzmi, o czym jest #SŁAWA? O bigosie. I sposobie jego przyrządzania, aby pozostał smaczny i świeży. I nieprzesolony. Naprawdę. Sława to bigos. Trzeba wiedzieć jak ją jeść, jak w niej się taplać, jak obronić swój przepis na udaną potrawę, czy to pięć minut, piosenka, film, felieton czy album z fotografiami. Sława to przepis na życie, to najgorszy narkotyk, to historia, o której opowiada ta książka. Sława to przyjaciółka na dobre, na złe, nigdy i na dobre i na złe. Sława to wyrok. Śmierć. Spuścizna. Bunt. Portret. Zdjęcie. News. Paryski tunel. Samochód podziurawiony kulami 164 razy. Dwójka złodziei i para kochanków w jednym. Happy Birthday dla Prezydenta i fiolka tabletek zapita alkoholem. Białe prześcieradło. Chorobliwe tycie. Anoreksja. Łysienie. Starzenie się. Sława. Ona, kiedy znajdzie się w Twoim życiu, obejmie wszystkie jego aspekty. Będzie opowiadała Twoją historię na tyle sposobów, że sam się w tym pogubisz. Korwin-Piotrowska (nigdy nie wiem czy z myślnikiem czy bez) sprytnie buduje historię sławy – cofa się do prahistorii, ery kamienia niemedialnego, idzie przez fotozoik, a następnie czasy przedfacebookowe by dotrzeć do przefiltrowanych Instagramem dzisiejszych momentów kiedy w ustawieniach Snapa, każdy może być weterynarzem twarzy albo chirurgiem mięśnia czy zbyt małych piersi. Każdy jest doktorem Gojdziem i Bruce Webber’em fotografii. Klik. Prawie jak Mario Testino. Nigdy jak Donatella Versace. Sława to suka. Lubi podcierać się swoimi ofiarami, czy to za życia, czy to po. Sława obnaża – pedofilię, homoseksualizm, rozbiera ze skórzanych kurtek. Chaplin, Dean, Monroe, Bergman, Dietrich, to tylko kilka nazwisk z którymi miała romans, bo jest wszystkoseksualna. Przecież sławne są obecnie nawet zwierzęta. Sława zoofilka.

Polecamy – #FETYSZlight: słów kilka o naczelnych hejtu w necie [felieton]

Ponad 300 stron dobrze skrojonej opowieści o pra-celebryctwie. Historia, której jednak nie uczą w szkole. W szkole, moja nauczycielka, która prowadziła zawsze monolog, nigdy nie opowiedziała o morderstwie Romanowów, nie zdradziła sekretów królowej Wiktorii, doskonale posługującej się pierwszymi oznakami celebryctwa i zainteresowania fotografią. Historie mrożące krew w żyłach i zdjęcia martwych Bonnie &Clyde’a czy Marilyn Monroe. Nie jest to książka, która zmieni świat, uratuje życie, jakiś must-have sezonu, ale powinni przeczytać ją wszyscy ci, którzy chcieliby znaleźć się na czerwonym dywanie. Czyli wszyscy. Korwin-Piotrowska twierdzi, że wszyscy jesteśmy celebrytami. Nie. Nie jesteśmy. Ale wszyscy chcielibyśmy nimi być, co widać – na polskim globusie. Mamy ikony, gwiazdy, poczekalnię, plankton i nową nadzieję. I w zależności od poziomu, ten glob albo się świeci w trakcie dotyku, albo tonie w oceanie nicości. Są tacy, którzy pozostaną zapamiętani, na wieki, wieków amen i tacy, którzy przyjdą się nażreć, nawciągać, napić, a z ich jestestwa zapamiętamy tyle, że pokazali waginę, albo pestkę. Przepraszam, penisa. #SŁAWA obnaża mechanizmy, operacje na żywych organizmach, trochę przestrzega, grożąc palcem, ale wciąż jednak zachęca, przyjdź i nażryj się. Weź mnie. Kiedy w końcu dochodzimy do punktu G, o którym mówili w DDTVN, jesteśmy na stronie 427 na 543 zapisane, czyli prowadzący lubią krótkie gry wstępne, bo przeszli od razu do meritum i polskiego podwórka. Do polskiego globusa wspomnianego wcześniej. Ale nie chcę rujnować Państwu lektury książki. Nie chcę jej opowiadać, rzucać nazwiskami, żonglować żartem. Proszę po nią sięgnąć. To dobra lektura na lato. Trochę taka lemoniada, co schłodzi i napisana jest szczerze, nie jak ustawiona na zysk „Lemonade” Beyonce. Chociaż i tu zdarzają się zdrady – matek, ojców i ideałów.

Polecamy –  #FETYSZLight: ARTYSTA???

Czytając #SŁAWĘ wielokrotnie zastanawiałem się, co by było gdybym był znany. Pomyślałem o darmowych ubraniach, przybijaniu piątek z tymi wszystkimi ludźmi z pierwszych stron gazet i jakoś mnie tak zemdliło. Pomyślałem o rozmowie z Misterem Polski czy Miss Boiska (tak to się nazywało?). A nie, to była Miss Euro, zebrała tyle goli, że jest i w książce. My, ludzie piwnic, ludzie, którzy robią zakupy w Biedronce czy Lidl’u zachłystujemy się fałszywym wizerunkiem tych wszystkich gwiazd. Normalnie codzienne, medialne głębokie gardło. Media dymają nas na kolanach, orają nam mózgi bez gumy, wciskają kit o złudnym szczęściu, pieniądzach, a tak naprawdę wszyscy mamy kredyty we frankach i jesteśmy równi. Ino niektórzy koszą kasę z Instagrama za to, że są. Albo za to, że za grube pieniądze stworzy ich zawrotne jak wir w kiblu kariery. Potrwają tak długo jak kasa będzie się zgadzała. Jak taka Deynn-Nigdy-O-Tobie-Nie-Słyszałem. I jej chłopak koks. Razem ćwiczymy, razem dochodzimy, razem znikamy. O tym jest #SŁAWA.

Polecamy – #FETYSZLight i MACY GRAY, czyli nie kolejna celebrytka!

Codziennie przeglądam portale plotkarskie. Na jednym z nich nawet mnie publikują. Nie mam pojęcia kim jest połowa ludzi, o których się pisze. Oni wyskakują z jakiegoś wulkanu, hej, hej, hej sokoły! Siedzę w tej swojej piwnicy, czytam książki, które mi się podobają, sam wybieram rozmówców, nikt mi za to nie płaci, nie ma sławy liczonej w złotówkach, ale jest zadowolenie. Jest refleksja, którą Korwin-Piotrowska stara się zostawia Czytelnikom, po lekturze #SŁAWY. I mimo iż żałuję, że brak tam kilku nazwisk z polskiego podwórka, polecam lekturę tej książki. I proszę mi nie mówić, tak jak w prywatnych wiadomościach, będziesz miły, bo „gdyby nie KKP to nigdy bym o Tobie nie usłyszała”. Proszę Państwa, ja nie jestem miły. To najgorsze słowo jakim można kogokolwiek i kiedykolwiek określić. Zły dotyk boli całe życie. Ale miłego nikt nie pamięta. Nie chcę być miły. Korwin-Piotrowska w dziale „Plankton” też nie jest.

Zobacz również – #FETYSZlight: Polskie cierpienie narodu?

Tekst: Bartek Fetysz z Londynu.
Fot.  Prószyński i S-ka, Raex Murillo

Bądź na bieżąco – polub nas na Facebooku!


Nie ma więcej wpisów