Karolina Korwin Piotrowska: TVN STYLE i TVN Fabuła. Dziennikarka, felietonistka i pisarka. Autorka trzech, świetnie sprzedających się książek. Właśnie wydała czwartą pod tytułem #SŁAWA. Podzieliła Polaków. Otworzyła im oczy na ustawki, fejki, kłamstewka i gierki wstępne. Pionierka jazdy po bandzie na czerwonym dywanie. Lubi szerokie marynarki, mówi z prędkością karabinu maszynowego. Woli stać z boku, obserwować. Żegna się z “Maglem Towarzyskim”, który tworzyła od początku, aby zaskoczyć czymś nowym. Nie lubi czytać o sobie i nie udziela się często w mediach. Ekskluzywnego wywiadu na temat nowej książki, celebrytów, życia w Polsce, zdecydowała się jednak udzielić mnie. Bo jak twierdzi, dobre media są teraz undergroundowe i po kulturę trzeba zejść do piwnicy. No to schodzimy.

Polecamy#FETYSZlight: Villas. Nic przecież nie mam do ukrycia

Fetysz: Czym jest dla Ciebie sława?

Karolina Korwin-Piotrowska: Nieodłączną częścią życia współczesnego człowieka, najbardziej dostępnym i masowym narkotykiem, najbardziej demokratycznym, jednym z najbardziej fascynujących zjawisk współczesności, które mówi o nas, naszych aspiracjach, charakterze i marzeniach niemal wszystko. Pokaż mi swego idola, a powiem ci, kim jesteś. To proste jak kij od szczotki. 

 

Moją idolką jest Kate Moss. Powiedz mi kim jestem.

W psychologa się bawić nie chcę, ale nigdy nie byłeś ani grzeczny ani fałszywie miły, a do tego lubisz jechać po bandzie i nie ma dla ciebie granic, prawda?

Polecamy – #FETYSZlight: Manifest Singla

Prawda. A szampan z wódką to najlepszy na świecie drink. Po dwóch wiruje Ci cały świat jak za czasów Just 5. Jaka jest różnica, o ile jest, pomiędzy byciem sławnym, a byciem znanym?

Myślę, że osoba znana jest po prostu rozpoznawalna, dla niektórych osób wpływowa, opiniotwórcza, może nawet jest drogowskazem; jej popularność nie jest mainstreamowa. Osoba sławna zaś to gwiazda, ktoś z okładek, kto generuje masowe i często przeliczane na konkretny zysk emocje.

 

Ile zaliczyłaś okładek w swoim życiu? Na pewno jedną w Wysokich Obcasach. Tą pamiętam, wszak posiadam, a WO czytam religijnie. Miło swoją twarzą reklamować magazyn, produkt?

Miałam okładkę w branżowym miesięczniku PRESS. Takie “produkty” jak WO czy Press, nie jakieś celebrycki szajs, fajnie jest, jak to mówisz, “reklamować”. Nie mam więcej okładek. Nie zabiegam, wiem, że dzisiaj niewiele znaczą, a trafiają na nie wcale nie ci, co powinni. Okładka, szczególnie w Polsce, może stać się stygmatem, który ciągnie się za tobą długo. Unikam tego jak ognia. 

Polecamy –  #FETYSZlight: #Sława Karoliny Korwin-Piotrowskiej na grillu

 

Sama podałaś mi na tacy następne pytanie – idę za ciosem – pięć najgorszych, najgłupszych czy naj-niepowinnosięwydarzyć okładek w polskim show biznesie, które stały się jak to nazywasz stygmatami?  

Każda okładka pt. “nasza wielka miłość”. Słynna okładka Adamczyka z Kate Rozz – to stygmat straszliwy dla niego, okładka Górniak z Kozyrą, w sumie każda, Vivy czy Gali, na której Górniak odsądza od czci i wiary swoich byłych; okładka Dody z Szychowskim; okładki dziecięce – te biedne dzieciaki podtrzymujące więdnącą popularność swoich rodziców; okładka Figury, która opowiada o rozwodzie – czas pokazał, że bardziej jej zaszkodziła niż pomogła. 

 

Jesteś znana, czy sławna?

Znana.

Polecamy – #FETYSZlight: słów kilka o naczelnych hejtu w necie [felieton]

Okładka #SŁAWY. Jest Twoja twarz. Jest Twoje nazwisko. Twarz jest też na grzbiecie książki. Najmniejszy na okładce jest sam tytuł. Nie zabiegasz o okładki, ale BOOM, jesteś – wchodzisz do Empiku – nie trzeba pytać, a przepraszam, a gdzie ta pozycja? Jesteś widoczna i nie ze względu na położenie, bo się świetnie sprzedajesz, tylko ze względu na okładkę. Jest też retusz. Czyli jednak gdzieś tam skrywasz pokłady chęci bycia na świeczniku. Można by przecież zrobić patchwork z okładek pism, cudzych gęb, jak w książce w rozdziałach… Zabieg celowy? 

Okładkę wybrał dział sprzedaży. Jest świetna i bardzo wyrazista. taka ma być. Widoczna. Bardzo się ucieszyłam z tego, że wybrali ją. Patchwork by się nie sprzedał, jest mało czytelny, z daleka byłaby jakaś dziwna plama, nikt nie wiedziałby o co chodzi, błagam…A co do pokładów, ja ich nie skrywam. One są i ja o tym wiem, bo nie pracuję na kasie w supermarkecie ani na uniwersytecie, tylko tu, gdzie pracuję. Proste?

 

Magiel Towarzyski, sprawił, że stałaś się osobą rozpoznawalną. Nie uwierzę w to, że nie połknęłaś haczyka i nie uderzyła Ci do głowy oranżada, cukier, o Boże, jestem w Vivie, jestem w Gali, piszą o mnie. Mnie samemu przydarzyło się to lat temu sto, kiedy zaczynałem i zaproszono mnie na pierwszą imprezę zamkniętą i robiono jakieś tam zdjęcia. Pamiętasz ten moment? Jakie to uczucie?

Nie połknęłam niczego. Raczej mnie to wszystko przerażało, ale byłam ciekawa, jak to jest być TAM, w mainstreamie, w mediach, na językach. Nienawidzę czytać o sobie, rzadko czytam cokolwiek. Nie mam Google alert, nie śledzę niczego, uważam że to żenujące i puste. Znam parę osób oficjalnie gardzących newsami o sobie, ale po cichu czytających wszystko, co się pojawi i śledzących nerwowo powiadomienia. To strasznie śmieszne. Jestem w stopniu czasem chorobowym dośrodkowa. Introwertyczna. Flesze i ścianki  to nie jest moje naturalne środowisko, ale warto było w nich być, bo nikt mi nie powie, że piszę albo mówię o czymś czego nie znam, czego nie doświadczyłam. Otóż znam. Bardzo dobrze.

Polecamy –  #FETYSZLight: ARTYSTA???

Ciekawość prowadzi do piekła, niegrzeczne dziewczynki chodzą zaś gdzie chcą. Gdzie Ciebie zaprowadziła ta ciekawość?

Do piekła. Jestem pewna. Bo medialny mainstream jest piekłem w czystej postaci, w którym trzeba umieć i chcieć funkcjonować. Ale bardzo wiele się nauczyłam, przede wszystkim o sobie, swoich ograniczeniach i możliwościach. Dowiedziałam się, kim na pewno nie chcę być. I nawet nie mogę być, bo mój organizm zbyt emocjonalnie do całej tej sytuacji podchodził. Pełnoobjawowa migrena stała się moją siostrą i nie było to miłe. Mój organizm zaczął się przed tym wszystkim ostro bronić. 

 

Jesteś wrażliwcem, który na potrzeby mediów, na potrzeby samoobrony, trochę się maskuje? Taki człowiek-ślimak, jak to mawia moja znajoma? Na zewnątrz pancerzyk, a w środku przytulnie?

Masz nadzieję, że się odkryję w wywiadzie, jak wszyscy ci, z których szydzę, kiedy to sprzedają siebie, kiedy to dokładnie robią? Mylisz się i to bardzo…:-)

Polecamy – #FETYSZLight i MACY GRAY, czyli nie kolejna celebrytka!

Ponoć kto pyta nie błądzi. Jesteś skomplikowaną postacią, warto strzelać pytaniami z różnych armatek. Nawet i na wodę. Jak zmienił Cię wówczas ten moment, kiedy stałaś się znana? Oto Korwin-Piotrowska staje się chcąc czy nie chcąc jakąś marką, filozofią – w tym wypadku – oceniającą i mówiącą głośno o show biznesie w kraju.

Nic mnie nie zmienił. Byłam zdziwiona, może pozytywnie zaskoczona, że ludzie przejmują się tym, co mówię, że to ma jakiś masowy oddźwięk, że ludzie mi wierzą, że wiedzą, że nikt mnie nie kupił, że jestem szczera. Nazywają odważną. Nazywają swoim głosem. To było fajne. Ale ego mi od tego nie urosło. Raczej poprzeczka poszła wyżej. Należę do tych, którzy nigdy nie są zadowoleni i przed każdą robotą czują się jak przed maturą. To trudne czasem dla mnie i wiem, że dla innych.

 

Stop. Byłaś zdziwiona, że ludzie przejmują się tym co mówisz? Po pierwsze nie ma i nie było w polskich mediach kogoś, kto mówi szybciej od Ciebie, jesteś słowną maszynówką, chodzącymi Uzi. Masz tak szybki przerób myśli na sekundę, że Wojewódzki w tym czasie puści co najwyżej dwa jingle. A po drugie – nie serwujesz ludziom, o których mówisz kokosanek, tylko walisz bigos w ślepia, nie ma wybacz, jest Wigilia i same ości – bez mięsa.

Serio – obracałam się w środowisku ludzi, którzy myśleli, mówili podobnie, darli łacha z tego samego, co i ja i nikomu nie wciskali bałacha. I nagle w to weszłam, w samo centrum medialnego i gwiazdorskiego cyklonu. Ja byłam cały czas jak dawniej, niezmienna, taka jak zawsze, potwierdzą to moi znajomi, którzy znają mnie od studiów, ale moje środowisko zawodowe i medialne się zmieniło, no i czasy, w jakich zafunkcjonowałam. To był szczyt celebryckiej kultury w Polsce, zachłyśnięcie się nią i w tym znalazłam się nagle ja. Jakaś osoba, z zewnątrz w sumie, która czyta te zwykle sztucznie wykreowane, nakolannicze, dość durne, żeby nie powiedzieć mega głupie, wywiady, sesje i drze z nich łacha publicznie i jak mówili mi ludzie – nie boi się powiedzieć głośno tego, co ludzie mówią szeptem i ponosi za to realne konsekwencje. Dla mnie to, co się stało, to jak zafunkcjonowałam, było długo ogromnym zaskoczeniem, ale rozumiem teraz ten mechanizm. A szybko mówiłam zawsze. Od dziecka. 

 

Środowisko zawodowe i medialne – wtedy, kiedy studiowałaś, a teraz – jak ono się zmieniło? Pozbyło barier, teraz wręcz dobrze jest być w życiu tak zwanym “chujem”? Bo tacy mają jaja, a pokorni i idący za tłumem nie osiągną nic? 

Kiedyś było mniej podziałów. Teraz jest cała masa. Na tych lepiej i gorzej zarabiających, na mniej lub bardziej ustosunkowanych. Barier jest więcej niż było moim zdaniem. Więcej też jest zwykłej ludzkiej podłości, donosów, podstawiania nogi. Ostatnio czasy, media społecznościowe, zróżnicowane zarobki, obudziły w nas demona zła i zawiść. Osobiście uważam, że czasy bycia neutralnym skończyły się, należy się opowiedzieć, po jakiej ze stron jesteś, o co walczysz, co jest ważne i dlaczego i nie chodzi tu o politykę, ale na przykład o sprawy społeczne, prawa człowieka czy ekologię. 

 

Polecamy  – #FETYSZlight: Polskie cierpienie narodu?

 

Uważasz, że jesteś lubiana w polskim show biznesie?

Nie wiem. Nie interesuje mnie to w ogóle. Snu z powiek mi nie spędza. 

 

Obracasz się w towarzystwie poza branżą czy masz przyjaciół i na salonach? A może jak mówią gwiazdy, lepszy jeden przyjaciel z dzieciństwa niż dziesięć gwiazd z salonów?

Pół na pół. Mam paru dobrych znajomych, może nawet przyjaciół w branży, ale mam zasadę, że tego nie sprzedaję i o tym nie opowiadam. Mam kilka bliskich osób, które mają tę samą grupę krwi, co ja. Im wierzę, ich czasem nawet kocham, są dla mnie drogowskazem. Ich skład nie zmienia się od lat. Nikt nowy nie od dawna napłynął. Nie jestem łatwa do oswojenia. Poza tym, zdarzają się w tym świecie osoby, które tak zwaną “przyjaźń” traktują wyłącznie merkantylnie, potrzebują promocji, tak zwanych “wejść”, kontaktów, niczego więcej. Nie jest przecież dla nikogo tajemnicą, jak wiele w mediach wiele osób z pierwszych stron gazet i portali ma wyłącznie dzięki bliskim kontaktom w dziennikarzami. Unikam takich sytuacji jak ognia. Wolę w jakąś relację, znajomość nie wejść niż potem żałować. Zwykle trzymam ludzi na dystans, w pracy zawsze. Tak mam. Regularnie wyrzucam różne telefony z pamięci mojego Iphone’a, dla zasady i higieny. Nie muszę znać wszystkich. Nie muszę niczego udawać. Nie mam na to czasu. 

 

Jak Cię oswoić? Co jest dla Ciebie takim magnesem u ludzi? Ja na przykład działam bardzo intuicyjnie, ale momentalnie też wiem czy z kimś się zaprzyjaźnię, czy nie. Nigdy się nie pomyliłem. 

Na pewno sexy jest inteligencja i poczucie humoru. Intuicja też jest ważna, bo albo zaskoczy albo nie. Uroda, głównie u mężczyzn, jest wielkim problemem, bo niestety zwykle jest tak, że piękny ale dramatycznie jednak głupi i egoistyczny w stopniu chorobowym. Jestem na pewno fanką “pierwszego wrażenia”, ono mówi wiele, bo jest spontaniczne i jest prawdziwe. Nigdy się nie pomyliłam. 

 

Z czystej ciekawości – kto jest pierwszą osobą do której dzwonisz, kiedy odnosisz sukces, albo ponosisz porażkę?

Chyba nie myślisz, że ci powiem? Poza tym, zarówno sukcesy jak i porażki trzymam bardziej dla siebie. Jeśli nie znoszę ludzi, którzy obciążają sobą i swoimi problemami innych, tak sama staram się tego nie robić. 

 

Nie zakładałem, że mi powiesz, nie zakładałem też, że nie powiesz. To prosty mechanizm, ja tylko pytam. Nie przewiduję odpowiedzi. Lubię dialog. Kiedyś w trakcie wywiadu David Guetta powiedział mi “Zawsze pytaj, o co chcesz i kogo chcesz – każdy wywiad ma dwie gwiazdy – ja mogę być znanym na cały świat DJ’em, ale to Twoim zadaniem jest nie zanudzić swoich Czytelników”. Zatem pytam. W książce opowiadasz o różnych odcieniach sławy, ale i wracasz do punktu wyjścia, do prehistorii celebryctwa. Przyznaj się bez bicia – nie marzyłaś kiedyś sama o tym, żeby na przykład zostać aktorką, piosenkarką czy modelką?

Nie. Mówiłam wiersze na akademiach, bo dawało dobra ocenę ze sprawowania, a z tym było u mnie kiepsko. Matka miała kiedyś taki absurdalny pomysł, bym była aktorką, ale szybko wybiłam jej to z głowy. 

 

“Mamo, nie będę machała dupą na ekranie, wolę czytać Prusa”? Jaki był Twój ulubiony wiersz? 

“Sen złotowłosej dziewczynki” Tuwima. Mam perfumy o zapachu tuberozy. Wiele lat ich szukałam. Cholernie drogie ale i cholernie dobre. To mój zapach.

 

Tubereuse czy Nuit de Tubereuse z L’Artisan? Strzelam. Pracowałem dla tej marki. Przyszła mi pierwsza na myśl. Perfumy są obłędne. 

Gritti. Doped Tuberose. Płakałam, kiedy płaciłam, ale było warto. 

 

Co było nie tak z tym sprawowaniem? Wagary czy biłaś się z koleżankami? Uprzedzam, że jeśli powiesz mi, że podpalałaś im lalki Barbie to uwierzę.

Obcinałam często Barbie włosy, od zawsze lubiłam krótkie fryzury, serio a Kena ubierałam w dziwne, historyczne kostiumy, bo mnie wkurzał 😉 Palić nie paliłam, bardzo je lubiłam, miałam pełno tych lalek. Kostiumy dla nich szyłam sobie sama. Byłam pyskata, bezczelna, podobno “za bardzo” wygadana, potrafiłam palnąć coś takiego, że moja matka musiała co jakiś czas wpadać do szkoły. Nie biłam się z nikim, nie miałam i nie mam w sobie cienia agresji. Parę razy byłam na wagarach, ale za wiedzą matki, która sama dawała mi na kino.

 

Film, który najbardziej utkwił Ci w pamięci?

Przeczytaj moją “Krótką książkę o miłości”. Tam jest sporo. Tam jest prawie wszystko, co dla mnie ważne. To ważna i niemal ekshibicjonistyczna rzecz, jeśli o filmy pytasz…

 

Niezależna, ale jednak – co Cię podkusiło do udziału w Top Model? Czy przypadkiem nie chęć by zostać celebrytką, albo właśnie żądza sławy? Zaliczyłaś wtedy kompletnie nową odsłonę. Z intelektualistki z nijaką fryzurą (pamiętam wywiad z Chylińską) i w za dużym kostiumie stałaś się wyzwoloną, modną i pewną siebie kobietą, która nagle zaczęła bywać. Wiem, że do dzisiaj wiele osób, szczególnie tych, o których piszesz ma Ci to za złe.

Jak dzwoni Miszczak i proponuje, to się nie odmawia, poza tym, nigdy nie zarobiłam tylu pieniędzy. Mogłam pojechać do Rzymu na dwa tygodnie i schodzić to miasto z buta, o czym marzyłam. Mogłam pojechać do Florencji. Kupić iPoda. Designerskie jeansy. Wywaloną w kosmos smycz dla psów. Wykupić prenumeraty wszystkich gazet ze świata, które marzyłam mieć co miesiąc u siebie. Nauczyłam się siebie przed kamerą, pracy w zespole, zobaczyłam, jak takie show wygląda od kuchni; na pewno zyskałam na tym zawodowo. Nie przestałam być, jak to nazywasz górnolotnie “intelektualistką”, choć pamiętaj, że w  świecie ślepych, jak mawiał Szekspir, jednooki jest królem…Marynarki lubię nadal za duże, bo nie znoszę rzeczy obcisłych. Nigdzie nie zaczęłam bywać, błagam, myślałam, że się lepiej przygotujesz…Nie interesuje mnie w ogóle, co myślą o mnie moi bohaterowie. 

 

Absolutnie rozumiem Top Model, bo zrobiłbym dokładnie to samo. I wydoił całą sytuację, tak jak potrafię najlepiej. Wiem też, że zrobiłyby tak tysiące ludzi, którzy krytykują Cię w komentarzach. Nie wciskajmy nikomu kitu, rozpoznawalność w Polsce kojarzy się z groszem, a groszem Polacy nie śmierdzą. Pytałem o bywanie za czasów Top Model, było Cię wtedy więcej w mediach. Wiem, że wolisz książki i psy. Na czym to celebryckie bywanie w kraju polega? Często wytykasz ludziom pokazywanie się przy każdej możliwej okazji. Czy to tylko chęć zarobku?

Opowieści o wielkich stawkach za bywanie można już włożyć miedzy bajki. Rozpuszczają je zwykle sami zainteresowani, aby było o nich głośno, że w ogóle ktoś chce im płacić za cokolwiek. Ale jest “news”, że komuś zapłacili , że ten ktoś “się liczy” a to tani bałach wciskany naiwnym. Tam się bywa, żeby bredzić na small talkach, żeby się otrzeć o kogoś modnego i znanego, napić i najeść, wymienić telefonami, żeby nachapać się darmowego koksu, jeśli gdzieś dają, żeby sobie selfiaka zrobić, bo jak wiadomo, bez selfiaka nie żyjesz. Pojawia się tam też po to, aby pokazać, bo tak też robią i na świecie, kieckę od jakiegoś projektanta, nowe buty albo narzeczonego. Każdy orze jak może. To tez jakaś praca. Bycie celebrytą to praca jak każda inna.

 

W książce wymieniasz w jednym z rozdziałów “power couples” czyli wpływowe pary show biznesu i leci to tak: Brangelina, Beyonce i Jay Z, Taylor i Burton, Warnke i Stramowski… Błąd druku? Wszystko co powiedziałaś powyżej pasuje mi do tej pary jak pantofelek do Kopciuszka. Jakim cudem znaleźli się oni w tym zestawie? Nie znam ani jednego filmu, kultowego zdania, słowa, piosenki, czegokolwiek, co by narodziło się z ich ust. Wiem tylko tyle, że narodził się im romans na planie i dalej już poszło w świat. Dzięki Bogu nie opowiadają (jeszcze) o porannym wzwodzie… Czy to nie typ pod tytułem “Celebryta Perski” – gdzie dywan tam i ja?

Bo jak na polskie waruneczki, polski szołbiznesiczek, polskie stosuneczki, okładeczki wywiadziki, to oni taką “power couple” są. Zobacz, jak ich pełno, oni byciem parą świadomie i celowo grają, wizerunkowo i marketingowo. A że bredzą w wywiadach strasznie, zawodowo wiele też nie ma, teraz, oczywiście razem, w “Botoxie” u Vegi (już się boję…), wiele za nimi, poza atrakcyjną fizjonomią bardzo nie idzie, potrafią, co pokazali na zdjęciach, w efektowny sposób lizać publicznie lody pewnej marki, to inna bajka. Każdy ma swoje życie w swoich rękach. Oni też. To podobno fajni ludzie, ale trudno się o tym przekonać, bo ich wizerunek medialny, za ich zgodą zresztą, jest jaki jest. Taki taniutki raczej, ekshibicjonistyczny, taki rodem z polskiego szołboznesiczku i ścianeczek. A szkoda, bo oni mają fajny potencjał. Tylko, że skupili się na zarabianiu kasy i tanim fejmie medialnym. 

 

Kiedy wrzuciłem na Facebook informację, że będę pisał recenzję książki i rozmawiał z Tobą, nagle ludzie zaczęli pisać w wiadomościach: “Ona jest fałszywa, tu rozmawia z Dodą, a potem po niej jedzie”; “Idzie do 20m2, a potem jakby mogła to by się nim wytarła, ma parcie na szkło”. I ja wtedy odpisuję, słuchajcie, jak raz przybijesz komuś piątkę, to nie znaczy, że jesteście best friends. Zresztą prawdziwa przyjaźń polega na serwowaniu zimnego prysznica. Jak jest rzeczywiście? Hejtujesz czy krytykujesz?

Masz rację, to, że z kimś rozmawiam, nie czyni mnie jego przyjacielem, ani koleżanką. To część choroby medialnej, gdzie dziennikarzy traktuje się jak PR-owców gwiazd i nadętych, przekonanych o swej wyjątkowości medialnych gwiazdorków, i jeśli chcesz coś więcej, nie robisz wywiadów na klęczkach, tylko pytasz, bo masz do tego prawo, zostajesz hejterem, szują. Przychodzi taki nadęty gwiazdorek i chce tekst reklamowy a nie rozmowę o czymś istotnym, zadawanie pytań, posiadanie wątpliwości. U nas Fallaci nie miałaby wielkich szans. Uznaliby ją za hejterkę a ona “tylko” zadawała pytania i nie chodziła ani na imprezę, na drinka ani do łóżka z tymi, z którymi rozmawiała, co zdarza się nie tylko u nas. Już nie robię wywiadów, mimo propozycji, bo to najbardziej upokarzająca rzecz we współczesnym polskim dziennikarstwie. Autoryzacja, czyli pisanie wywiadów od początku, pod dyktando, to horror, to wielkie kłamstwo, które udaje prawdę. Powinno się drukować wywiady w dwóch wersjach- przed i po autoryzacji. Kilka karier na pewno by upadło, parę masek by spadło, zrobiłoby się bardzo smutno, ale wreszcie prawdziwie. Tak, rozmawiałam z Dodą i to był świetny wywiad, co nie zmienia faktu, że mam bardzo wiele krytycznych uwag do niej jako do osoby. Uważam, że padła teraz ofiarą swego rozdętego ego, kiepskich doradców i dziwnych, niekontrolowanych emocji. I ratunku nie widać, choć szuka go desperacko, bo aż taka głupia nie jest, by nie widzieć, co się szykuje. Jej robienie z siebie teraz bidulki, ofiary mediów i to, jak idiotycznie dają się na te kolejną szytą grubymi nićmi medialną kreację nabrać niektóre zidiociałe polskie media, nie tylko zaprzyjaźnione z nią od lat, wierne jej i oddane ślepo dziennikarki, autentycznie mnie przeraża. Ale to jej problem i tych mediów, które są wiernie na jej smyczy, piszą wszystko, co ona chce i tylko po niektórych publikacjach wysłane ostre pismo od prawnika może im i ich pracownikom czasami, na chwilę, wrócić rozum. Tyle. Więcej nie mówię, bo nie mam ochoty bać się iść do toalety. Co do Łukasza, on wie, co sądzę na jego temat. Czekał bardzo długo na mnie, przyszłam, pogadaliśmy. To była dobra rozmowa i każdemu, kto mnie o to pyta, mówię, że on potrafi, kiedy mu się chce. A tutaj mu się chciało. Co do jego wizualizacji, to on wie, co o tym sądzę. Mam bardzo mieszane uczucia, choć doceniam, że coś zrobił sam. Ale dla mnie najbardziej szokujące było to, jak media wszystko łyknęły i za to, że on to pokazał, chwała mu się należy. Bo pokazał, jak bardzo nasze wszystkie media zidiociały. Jak przyzwyczaiły się do tego, że celebryta wciska im każdy bałach a one to bezkrytycznie kupują, łykają jak pelikany, drukują. Mówienie, że mam parcie na szkło, jest w jakimś sensie prawdą, bo samo to, że pracuję w mediach, mam media społecznościowe, świadczy o tym, że parcie na szkło mam. Śmieszą mnie ludzie, którzy pracują w mediach i mówią, że parcia na szkło nie mają. Mają swoich odbiorców za tępych kretynów. Nie szanują ich i siebie, boja się prawdy. To jest słabe. A czy hejtuję czy krytykuję? Recenzuję. Jeśli ktoś nazywa to hejtem, to jego problem. Semantyczny i mentalny. Ale na pewno nie mój. 

 

Napisałem jakiś czas temu w felietonie: ‘„Hate”. Po polsku nienawiść. Wszyscy wiemy, co ono oznacza, mam w końcu inteligentnych Czytelników. Nie mogę pojąć, dlaczego, nagle stworzono słowo „hater”, czyli X-man, który nienawidzi kogoś, albo czegoś. W Polsce sięgnęło to takiego wyolbrzymienia, że nawet spory fiut w erekcji nie jest w stanie sprostać tejże wielkości. Tak zwana konstruktywna krytyka przestała istnieć’. Gdzie leży granica między hejtem, a krytyką?’ 

Ona leży w tym, który recenzuje. Granica jest w tobie. Albo masz wyczucie i wiedzę albo jej nie masz. Mamy problem z byciem ocenianym, to choroba tych czasów. Każdy na fejsbuniu jest dzisiaj lekarzem, zna się na polityce, filmach, muzyce, zdrowiu, uchodźcach, na tym, kto ile powinien ważyć. Recenzowanie stało się sportem, który każdy uprawia. Zwykle na poziomie gleby obsranej przez psy. Ważne, by oceniając kogoś, wkładać to w czytelny, jasny kontekst merytoryczny i nie załatwiać przy okazji prywaty. Czasem, zdarzało mi się to, musiałam napisać coś ostrego o kimś, kto jest moim kumplem. I dawaliśmy oboje radę, bo byłam merytoryczna, często do bólu, a z drugiej strony nie było oskarżeń o hejterstwo, ale merytoryczna rozmowa, ale ja mam nawet w show biznesie, specyficznych znajomych…Poza tym, to, że masz konto na fejsbuniu, w domu jakieś płyty, byłeś na kilku koncertach, obejrzałeś kilka filmów, nie czyni cię ani krytykiem filmowym ani muzycznym. To trzeba umieć robić. 

 

Szuja, prostaczka, gruba świnia, idol, ikona, wariatka, zazdrosna stara baba… Było już tyle określeń, które padały pod Twoim nazwiskiem. Czytałem komentarze pod Twoimi postami, jak na nie reagujesz? 

Nie reaguję. Mam już w dupie. Czasem sobie robię zdjęcie i zbieram. To się kiedyś przyda. 

 

Będzie z tego książka?

Nie, nikt tego nie przeczyta. Ku pamięci sobie trzymam. Wybaczam, ale nie zapominam. 

 

Ile zajęła Ci praca nad #SŁAWĄ? 

Ponad cztery lata, czytania książek głównie, zbierania materiałów, miałam tego strasznie dużo i 5 miesięcy samego pisania.

 

Jak wygląda praca nad taką książką i skąd pomysł na ten tytuł, na taki język, bo piszesz tak jak przeciętny zjadacz chleba. Nie ma tam Mickiewicza, tylko jest i “pierdolę” i “dziwka”, a z drugiej strony edukujesz tą naszą dziatwę, odwołujesz się do historii, wielkich nazwisk, podstawowej dla każdego zainteresowanego sztuką wiedzy. Mnie samego zaciekawiłaś na przykład historią cara i przyznaję – po raz pierwszy w życiu szukałem w Google zdjęć martwych Bonnie & Clyde’a i Marilyn Monroe. Znalazłem. Są przerażające. To Twoja wina.

Mogłam zrobić książkę na zasadzie “jaka to ja jestem mądra i przeczytałam te wszystkie mądre książki”. Pytanie brzmi, czy ktoś by to przeczytał? Poza rodziną i znajomymi pewnie nikt. Taka prawda. Ja piszę dla ludzi, trochę też dla siebie ale na pewno nie dla recenzentów. Od początku mojego pisania uznałam, że chcę pisać tak jak mówię czyli potocznie. Ktoś mi kiedyś dał super radę, w redakcji, w której pracowałam, abym pisała dokładnie jak mówię i nie bawiła się w “literaturę”. Posłuchałam. Ten ktoś miał rację. Nienawidzę pustych, napuszonych okrągłych zdań. To nie moja krew. Nie moje DNA. Nie mój ekosystem. Nie lubię takiej sztucznej kreacji. Brzydzę się nią. Chodziło mi o to, aby ludzi zaciekawić a nie epatować wiedzą czy datami. Jeśli szukałeś w Google coś dzięki mnie, to super, bo mi o to chodziło, żeby zaciekawić, dać ludziom przynętę, by chciało im się szukać dalej. Ja nie muszę podbijać swego niedopieszczonego ego pisaniem książki, która służy temu, aby innym udowodnić, jak mało wiedzą, jakimi są debilami. Uwielbiam, kiedy dowiaduję się, że ktoś coś dzięki mnie, moim kolejnym książkom poznał. Coś przeczytał, obejrzał, coś go wzruszyło…I zwykle wtedy też słyszę, że podoba mu się mój język, że kiedy czyta moje książki, ten ktoś ma wrażenie, że siedzę obok i coś mu opowiadam. O to mi chodzi. Reszta mnie nie obchodzi. 

 

Podoba mi się język, bo sam takim operuję, natomiast nie znoszę kiedy ktoś wplata do języka polskiego zwroty zastępcze, na przykład z angielskiego. Sam się na tym łapię, wiem, że świat idzie w kierunku zmian językowych, kulturalnych, nawet płciowych. Jakich cech nie lubisz u ludzi, a przede wszystkim u siebie?

Głupoty. W każdej postaci. To dzisiaj główna choroba ludzkości, podniesiona do rangi wzoru. Kłamstwa. Ostatnio każdy wyciera się słowem “prawda” jak papierem toaletowym, a kłamie. Ja staram się nie kłamać. Ze wszystkimi tego konsekwencjami. 

 

Niby znana, ale nie znana. Nie opowiadasz o tym z kim śpisz, pijesz, leczysz kaca – świadome kreowanie zasłony dymnej? Im mniej wiedzą tym lepiej? W prasie kolorowej trudno zobaczyć Twoje zdjęcia gdziekolwiek. 

Less is more. Tyle w temacie. Ten wywiad jest ostatnim przed długą przerwą. Do roboty trzeba się brać. Nie znoszę mówienia o sobie, uciekam od ludzi, którzy zadręczają innych gadaniem tylko o sobie. Ostatnio spotkałam paru takich osobników, którzy w kółko gadają nachalnie tylko o sobie, o swej misji, o powołaniu, różne brednie na użytek bankietowego, taniego small talku… Niby zadowoleni, perorują głośno, a w sumie desperacko szukają jakiegokolwiek poklasku, akceptacji i publiczności, popatrzyłam sobie na to z boku, poobserwowałam i błagałam samą siebie w duchu, bym nigdy taka nie była…

 

Cytując Annę Kalczyńską – “Kto dał Ci prawo do pisania takich książek” i dlaczego tak alergicznie reagujesz na słowo “celebryta”?

Ludzie mi dali. 10 lat hitowego programu mi dało. Moje wykształcenie i wiedza oraz spore doświadczenie medialne i zawodowe mi dało. Nie reaguję alergicznie na słowo celebryta, gdybyś uważnie przeczytał książkę, wiedziałbyś o tym. Sama nazywam siebie celebrytką… Ty też nim jesteś. Żyjemy w świecie pełnym celebrytów. 

 

Książkę przeczytałem, ale wnioskowałem to po Twoich wywiadach. Zawsze bardzo się przed tym słowem broniłaś. Poza tym po obejrzeniu niedawnego DDTVN, nie mogłem sobie odmówić. Czekałem na Ciebie jako gościa, miętoliłem już książkę, a tu nagle – nie ma dojścia do słowa tylko Kalczyńska urządza sobie grill’a – nie wychodzi, nie ma kiełbasy ani kaszanki, ale nie dopuszcza Cię prawie do głosu, wszystko neguje, krytykuje, a Ciebie sprowadza do jakiejś podrzędnej roli. Śniadaniówka to dla mnie TV obiektywna. Przychodzi gość, jest po katolicku, grzecznie, na zasadzie w imię Ojca i ciao ciao. Odpykane, rozgrzeszone. To był trudny wywiad? Czy tak wygląda dialog w polskich mediach jeśli ktoś odstaje od reszty? 

Kalczyńska miała swój wyczekiwany moment medialnej chwały i newsa na Pudelku. Albo nawet dwa. Czyli sukces jest. Tyle. Jeśli kogoś, kto ma wysokie mniemanie o sobie i chce być traktowany poważnie, z całej książki interesuje go jedynie jeden dwunastostronicowy podrozdział, to o nie świadczy to o mnie, ale o tej osobie. Nawet krwiożerczy dziennikarze z tabloidów byli potem w głębokim szoku. Mnie to ubawiło, a potem jeszcze bardziej mnie ubawiły i uszczęśliwiły wręcz reakcje ludzi na to, co się stało. Chyba po raz pierwszy w życiu tak zaciekle i masowo, prosto z serducha mnie publicznie broniono. To było zaskakujące i bardzo miłe, wręcz rozczulające. A więc może powinnam podziękować? Sama nie wiem. Jakoś mi to, co się stało, snu z powiek nie spędza. Nie wiem, czy odstaję od reszty. Nie interesuje mnie to. Na pewno nie jestem przezroczysta i wzbudzam emocje, a to się liczy w mediach i nie będę udawała, że tak nie jest i tego nie wiem. Teraz idą wakacje, mnie już w DDTVN do jesieni raczej nie będzie, więc sobie wszyscy od siebie odpoczniemy. Co będzie potem, to zobaczymy. Mnie interesuje bardzo fajna opinia na temat tej książki, jaką miała Małgorzata Domagalik czy Remigiusz Grzela, osoby, które zawodowo coś znaczą. 

 

A tak na marginesie, wracając do poprzedniego pytania –  ja celebrytą? Ciekawe podejście. W jaki sposób się nim niby stałem? Kiedy człowiek staje się celebrytą?

Jesteś celebrytą, bo masz bloga, jest on publiczny, nasz profil na Facebooku i Instagramie, robisz Insta stories, publikujesz coś bardzo regularnie w sieci, walczysz o uwagę… Mało? Każdy, kto publikuje swoje poglądy, sądy, głównie w mediach społecznościowych i ma więcej niż dwa lajki i dwa szery, jest celebem. Jesteśmy w świecie pełnym celebrytów. Pytanie brzmi: Jaka mają oni datę przydatności do spożycia? I jaki mają komunikat do odbiorców, poza niezmiennym :”JA”.

 

OK, biorę to na klatę, chociaż moim zdaniem celebryta to jednak ktoś, kto na tym jeszcze zarabia, a ja nie, albo ochłapy, bo w mediach w Polsce, zresztą jak i w Londynie – wszyscy Cię chcą, najlepiej za darmo. Ale dochodzimy tutaj do ciekawego momentu – bo mamy celebrytów nadrzędnych i podrzędnych, czyli mainstream i underground. Mainstream to będzie na przykład Ola Kwaśniewska, a undergroundem mogę być na tę chwilę ja. Mainstream sprzedaje okładki i zarabia grube pieniądze za wywiad, underground jest za szorstki, za prawdziwy na wypacykowane, lustrzane strony magazynów. Tyle że różnica przekazu jest też inna. Ola będzie pisała, że “Ala ma kota” i nie będzie to miało żadnej innej treści jak tylko stricte lizodupnej. Gdzie zatem mają udać się ludzie mojego pokroju – z opinią?

Do niszy. Tam siedzieć, zbierać swoją i tylko swoją, wierną publiczność. Tam jest miejsce tych, którzy myślą, wątpią, zadają pytania, szukają nieustannie. Reszta, co wiadomo nie od dziś, głównie konsumuje. I to jest jej święte prawo. 

 

Oglądałem “Barłóg Literacki” w którym rozmawiasz o książce z Chutnik i Sulej. I kiedy tak siedzicie, stąd moje poprzednie pytanie, rozmawiacie o kulturze. No właśnie, gdzie w Polsce szukać kultury? Po piwnicach?

Tak, w niszach, w sieci, w kanałach tematycznych, może w moich nowych programach na TVN Style i TVN Fabuła. Zapraszam już niedługo, jak i do oglądania “Barłogu literackiego”, bo to świetna, oddolna inicjatywa fajnych babek, które potrafią bez nadęcia mówić o rzeczach ważnych. Poza tym, one naprawdę przeczytały moją książkę, co jest godne szacunku i świadczy o ich profesjonalizmie. Kultura nigdy nie była mainstreamowa. Nigdy. Żyjemy jakimś bajkowym mitem z PRL-u kiedy były dwa kanały w telewizji i wydawało się nam, że wszyscy oglądają “Pegaza” i jeszcze cokolwiek z tego rozumieją. No, błagam…

 

Najtrudniejszy moment w Twojej dotychczasowej karierze?

Po odejściu z Top Model. Mega medialny hejt, masa niesprawdzonych newsów, masa debilnych plotek, byłam z tym wszystkim absolutnie sama, nikt mnie nie bronił, ale dałam radę. Miałam kilka osób, które mi pomogły przetrwać. Odbyłam kilka arcyważnych rozmów, dzięki którym uświadomiłam sobie, kim jestem zawodowo. Bardzo trudny emocjonalnie i zawodowo ale bardzo też owocny czas.

 

Wysyłasz komuś z Top Model życzenia świąteczne? Urodzinowe? Śledzisz na Instagramie?

Woliński mnie zablokował na Instagramie. Śledzę Tyszkę, bo ma fajny profil, zabawny, śledzę też Aśkę Krupę, z czystej sympatii. Życzeń z zasady nie wysyłam. 

 

Muszę zapytać, jak wygląda Twój przeciętny dzień?

Wstaję, śpię w pościeli za którą zapłaciłam i w łóżku, za które zapłaciłam sama, nikt mi niczego nie dał. Nie jem śniadania z pudełek, podarowanych przez sponsora, zjadam batony mocy, których przepis wymyśliłam, modyfikując Lewandowską, bo mnie nie stać jakieś super foods; piję czarną i zdecydowanie za mocną kawę, którą kupuję w warzywniaku na przeciwko, myję zęby pastą z supermarketu, zwykłą szczotką i biorę prysznic, w zwykłej, mało designerskiej łazience, a potem zastanawiam się, co mnie czeka w tak pięknym, sponsorowanym przez samą siebie, dniu. Potem jakoś leci. Po prostu żyję 🙂 Jestem wolna. Z wielu względów mój czas biegnie inaczej. Umiem go szanować i doceniać. Teraz 24 godziny na dobę żyję nowym programem w TVN Style, za chwilę zaczynam do niego zdjęcia; zaczynam za chwilę też zdjęcia do nowych rzeczy, które będę robić w TVN Fabuła. Czekałam na to i wyczekałam. Trzeba być cierpliwym, ja jestem….Mam znowu wymarzony, wyczekany “reisefieber”, jestem napięta jak struna, po nocach nie śpię, ale tego bardzo potrzebowałam. 

 

Co to będzie za program? Karolina nam znana czy totalnie nowe menu jak Małgorzata Rozenek z każdym programem? Aż boję się nadejścia najnowszego wspólnie z Radosławem.

Nic nie powiem. Będzie dobrze. A Rozenek będę bronić, bo ona jest typowym produktem medialnego mainstreamu, produktem doskonałym, pracowitym, ambitnym i komercyjnym. A że komercyjnym do bólu? Taka ma być i w tym, co robi jest idealna. Nie musi mi się podobać. Nie musi walczyć o pokój. Mam szacunek do tego, ile zrobiła i jak daleko zaszła oraz do tego, jaką przeszła przemianę wizerunkową. Wierz mi, gdyby było więcej takich jak ona, nasz biedny szołbiznesiczek byłby może szołbiznesem. A tak mamy to, co mamy. Haruje kobieta jak wół, zarabia, ma sukces. Oby tylko nie przegrzała medialnie, bo jest blisko. 

Ja mam do niej respekt, za to, że otwarcie mówi, że wali w reklamę, żeby opłacić synom studia i nie dokłada do tego jakiejś filozofii. A tak na koniec, bo mam wrażenie, że jesteś odważną babką, ale wydajesz mi się także bardzo ludzka, jakby to powiedzieli zaskoczeni Ci, którym wydaje się, że pożerasz żywcem niemowlęta. Czego się w życiu boisz?

Niczego. 

I oby to się nie zmieniło. Dziękuję za rozmowę.

 

Rozmawiał: Bartek Fetysz.

Autor: Bartek Fetysz z Londynu.

Bądź na bieżąco z informacjami o gwiazdach – polub Nasz profil na Facebooku.

 


Nie ma więcej wpisów