Śledź nas

PRZEłowca

Kuba Szmajkowski wraca z utworem, którego nie przestaniesz nucić

Opublikowano

w dniu

Kuba Szmajkowski zaskakuje swoich fanów kolejnym krokiem w muzycznej karierze. Po latach spędzonych w boysbandzie, telewizyjnych show i preselekcjach Eurowizji, artysta wraca z singlem, który zdradza więcej niż zwykle – dotyka emocji, o których dotąd wolał milczeć. Dowiedz się więcej!

Już jako nastolatek Kuba Szmajkowski udowodnił, że ma wyjątkowy talent muzyczny. Jego udział w pierwszej edycji „The Voice Kids” zakończył się finałem, co dało mu ogromną rozpoznawalność wśród młodszej publiczności. Występy pokazały nie tylko jego możliwości wokalne, ale również charyzmę i pewność siebie na scenie, które stały się jego znakiem rozpoznawczym.

W latach 2018–2021 Szmajkowski był członkiem popularnego boysbandu „4Dreamers”. Zespół szybko zdobył serca młodzieży w całym kraju, a dwa wydane albumy spotkały się z pozytywnym odbiorem krytyków i nominacjami do nagrody Fryderyk. Okres pracy w grupie pozwolił mu rozwijać warsztat wokalny, zdobywać doświadczenie sceniczne i uczyć się pracy zespołowej, co przygotowało go do późniejszej kariery solowej.

Od 2021 roku Kuba Szmajkowski rozwija karierę solową, zyskując coraz większe uznanie młodej publiczności. W 2022 roku jego utwór „Lovesick” zajął czwarte miejsce w finale programu „Tu bije serce Europy! Wybieramy hit na Eurowizję!”, a rok później single „Do the Dance” i „You Do Me” kontynuowały dobrą passę.

Rok 2023 przyniósł Szmajkowskiemu jeden z największych sukcesów w karierze – zwycięstwo w 19. edycji programu „Twoja Twarz Brzmi Znajomo”. To doświadczenie pokazało jego wszechstronność, zdolność wcielania się w różnorodne postacie muzyczne i taneczne oraz umiejętność przyciągania uwagi szerokiej publiczności.

Zimą 2025 roku Kuba Szmajkowski wziął udział w polskich preselekcjach do 69. Konkursu Piosenki Eurowizji z utworem „Pray”, zajmując piąte miejsce. Choć nie udało mu się zakwalifikować, występ był dowodem na jego rosnącą pozycję w polskiej muzyce oraz gotowość do podejmowania ambitnych wyzwań.

Popularność Szmajkowskiego w social mediach jest równie imponująca. Na TikToku śledzi go ponad 553 tysiące osób, a na Instagramie niemal 170 tysięcy. Fani cenią go nie tylko za muzykę, ale też poczucie humoru i bliski kontakt z artystą, który regularnie dzieli się kulisami życia scenicznego i zabawnymi nagraniami.

POLECAMY: Tak wyglądają przygotowania do „Tańca z gwiazdami”. Wypłynęły zdjęcia

Nowy singiel Szmajkowskiego = nowy wizerunek?

Ostatnio Kuba Szmajkowski całkowicie odciął się od swojej dotychczasowej estetyki na Instagramie, usuwając wszystkie wcześniejsze posty. Fani od razu zaczęli spekulować, co stoi za tak drastyczną zmianą – czy to jedynie wizerunkowa zagrywka, czy początek nowego etapu w karierze artysty. Okazało się, że decyzja była powiązana z premierą jego nowego singla „Ale u mnie też” i teledysku, który ujrzał światło dzienne 6 lutego. To wyraźny sygnał, że Szmajkowski wchodzi w nową fazę swojej kariery, w której chce pokazać większą dojrzałość i emocjonalną głębię, a jego wizerunek staje się spójny z muzycznym przesłaniem utworu.

Singiel „Ale u mnie też” prezentuje zupełnie inną stronę Kuby Szmajkowskiego. To utwór o emocjonalnym uwolnieniu i odzyskiwaniu spokoju po trudnych doświadczeniach, który pokazuje, że artysta nie boi się poruszać tematów osobistych i bardziej dojrzałych niż w jego wcześniejszych produkcjach. Dynamiczne, ale jednocześnie refleksyjne brzmienie oraz emocjonalna warstwa wokalna pokazują, że Szmajkowski dojrzewa nie tylko jako wykonawca, ale i twórca, który chce komunikować prawdziwe przeżycia swojej publiczności.

Pierwsze reakcje na teledysk „Ale u mnie też” są bardzo pozytywne. Internauci chwalą zarówno produkcję muzyczną, jak i samą warstwę wizualną: „Extra kawałek, świetnie, że wróciłeś Kuba; Bardzo dobry utwór + teledysk; Wakacyjny banger będzie mówię wam; Jaki fajny beat; Genialny numer; Czuć serce i robotę włożoną w ten projekt” – pisali fani pod teledyskiem. To pokazuje, że odbiorcy doceniają nie tylko zmianę w stylu artysty, ale także jego szczere podejście do muzyki i chęć eksplorowania nowych emocjonalnych obszarów w twórczości.

„Ale u mnie też” to krok w stronę bardziej dojrzałej i świadomej twórczości Kuby Szmajkowskiego. Artysta pokazuje, że potrafi rozwijać swoje emocjonalne brzmienie w nowy, dojrzały sposób, łącząc charakterystyczną wrażliwość z bardziej refleksyjnym i osobistym przekazem. Ta nowa odsłona może zadecydować o jego dalszej pozycji na polskiej scenie muzycznej, a jednocześnie otwiera drzwi do kolejnych ambitnych projektów, w których Szmajkowski pokazuje pełnię swojego artystycznego potencjału.

ZOBACZ RÓWNIEŻ: Wieczór z Magdą Gessler i czułe SMS-y. Co naprawdę łączy ją z Michałem Danilczukiem?

Jak Wam się podoba nowa piosenka Kuby Szmajkowskiego? Dajcie znać w komentarzu pod artykułem oraz na Instagramie, Facebooku i TikToku!

Kuba Szmajkowski (fot. screen TikTok Kuba Szmajkowski)
Kuba Szmajkowski (fot. screen TikTok Kuba Szmajkowski)
Kuba Szmajkowski (fot. screen TikTok Kuba Szmajkowski)

Autor: Szymon Jedynak

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

PRZEłowca

Duża ZMIANA ws. małżeństw jednopłciowych. Minister finansów podjął decyzję

Opublikowano

w dniu

przez

Ważne informacje dla par jednopłciowych, które zawarły małżeństwo za granicą i dokonały transkrypcji aktu w Polsce. Minister finansów Andrzej Domański podpisał interpretację ogólną dotyczącą ich sytuacji podatkowej. Decyzja oznacza istotną zmianę w podejściu polskich organów podatkowych. Dowiedz się więcej!

Minister finansów Andrzej Domański podpisał 24 września interpretację ogólną dotyczącą skutków podatkowych transkrypcji aktów małżeństw osób tej samej płci zawartych w innym państwie Unii Europejskiej. Ministerstwo Finansów wyjaśniło, że osoby, które uzyskały taką transkrypcję, mają być na gruncie prawa podatkowego traktowane tak samo jak małżonkowie różnej płci.

Sam Andrzej Domański poinformował o podpisaniu dokumentu w serwisie X. Minister podkreślił, że chodzi o zapewnienie osobom, które uzyskały transkrypcję aktu małżeństwa, takich samych praw i obowiązków podatkowych jak pozostałym małżonkom. Jego słowa jasno wskazują na zakres nowej interpretacji.

“Podpisałem dziś interpretację ogólną, która zapewnia, że osoby, które uzyskały transkrypcję aktu małżeństwa, będą miały w polskich urzędach skarbowych takie same prawa i obowiązki podatkowe jak wszyscy małżonkowie” – ogłosił w czwartek w serwisie X minister finansów Andrzej Domański.

Interpretacja nie oznacza jednak, że w Polsce można zawrzeć małżeństwo jednopłciowe. Dotyczy ona małżeństw zawartych legalnie przez obywateli Unii Europejskiej tej samej płci w innym państwie członkowskim UE, a następnie wpisanych do polskiego rejestru stanu cywilnego poprzez transkrypcję aktu małżeństwa.

W praktyce oznacza to, że osoby znajdujące się w takiej sytuacji mogą korzystać na gruncie prawa podatkowego z praw i ulg przewidzianych dla małżonków na takich samych zasadach, jakie obowiązują małżeństwa różnej płci. Jednocześnie obejmują je również obowiązki i ograniczenia przewidziane w przepisach podatkowych dla małżonków.

POLECAMY: Joanna Jabłczyńska staje w obronie Szelągowskiej? Aktorka apeluje do internautów

ZUS rozpoczął wypłacanie pierwszych świadczeń parom jednopłciowym

Wcześniej o zmianach dotyczących sytuacji par jednopłciowych mówiła ministra rodziny Agnieszka Dziemianowicz-Bąk. Informowała, że ZUS rozpoczął wypłacanie pierwszych świadczeń parom jednopłciowym, których zagraniczne małżeństwa zostały transkrybowane w Polsce. Zapowiadała również prace nad uregulowaniem kwestii uprawnień podatkowych takich par.

Agnieszka Dziemianowicz-Bąk mówiła wówczas o możliwości zrównania uprawnień podatkowych małżeństw jednopłciowych, których akty zostały transkrybowane, z prawami innych małżeństw. Jak wynika z obecnej interpretacji Ministerstwa Finansów, ten kierunek został teraz przełożony na oficjalne stanowisko dotyczące stosowania prawa podatkowego.

To kolejny etap zmian dotyczących sytuacji prawnej małżeństw jednopłciowych zawartych za granicą. Najnowsza decyzja Andrzeja Domańskiego dotyczy jednak konkretnego obszaru – prawa podatkowego i nie zmienia sama w sobie przepisów dotyczących zawierania małżeństw w Polsce. Dla osób, które spełniają warunki wskazane w interpretacji, oznacza natomiast zmianę sposobu traktowania ich stanu cywilnego przez organy podatkowe.

ZOBACZ RÓWNIEŻ: Nowe wieści ws. Koroniewskiej i Dowbora. Teraz wszystko wyszło na jaw

Dobra decyzja Andrzeja Domańskiego? Dajcie znać w komentarzu pod artykułem!

Andrzej Domański (fot. screen YouTube TVN24)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Kontynuuj czytanie

news

Obejrzałem „Girls of Warsaw” na Prime Video. I mam jeden problem: PO CO to powstało?

Opublikowano

w dniu

przez

Na początku roku zapowiadano produkcję, która miała pokazać życie influencerek od zupełnie innej strony. Andziaks, Ola Nowak, Jessica Mercedes i Klaudia Sadownik miały wpuścić kamery nie tylko do swojej pracy, ale również do codzienności, pokazując widzom znacznie więcej niż starannie przygotowane treści z Instagrama, YouTube’a czy TikToka. Obejrzałem cały sezon i mam wrażenie, że „Girls of Warsaw” ostatecznie nie zmienia obrazu bohaterek, który znamy z mediów społecznościowych. Co więcej, momentami trudno nie zadać sobie pytania: gdzie właściwie jest ten serial dokumentalny, który nam obiecywano?

„Girls of Warsaw” to zaledwie sześć odcinków, a pierwsze pięć trwa niewiele ponad dwadzieścia minut. Prime Video udostępnił cały sezon 18 września, więc całość można pochłonąć praktycznie w jeden wieczór. I tutaj pojawia się pierwszy problem. Jeżeli naprawdę chciano stworzyć format, który pokaże influencerki z mniej kontrolowanej strony, to trudno mi uznać, że tak krótka forma pozwoliła wejść wystarczająco głęboko w ich życie. Zamiast dużej, wielowątkowej produkcji dostajemy raczej szybki przegląd kilku sytuacji, spotkań i wyjazdów.

Jeżeli celem „Girls of Warsaw” było odczarowanie stereotypu influencera, który „nic nie robi”, to również nie jestem przekonany, że ten plan się udał. Owszem, dostajemy kilka momentów pokazujących, że taka praca wymaga dużej elastyczności. Partner Oli Nowak narzeka nawet na to, że często musi ona zmieniać plany i odwoływać wcześniej ustalone rzeczy. Klaudia Sadownik jedzie natomiast do Krakowa, aby zobaczyć swoją kolekcję ubrań stworzoną dla znanej sieciówki. Tylko że dla mnie to nadal za mało, żeby całkowicie zmienić sposób postrzegania tej branży.

Tym bardziej że w serialu bardzo mocno wybrzmiewa również druga strona życia bohaterek. W jednym z odcinków Luka, mąż Andziaks, zdradza, że jego żona w 2024 roku zarobiła dwa miliony złotych z samych wyświetleń, podczas gdy on miał zarobić nieco ponad 800 tysięcy. Chwilę wcześniej oglądamy Andziaks, która bez większego problemu jest w stanie wydać niemal 10 tysięcy złotych na halloweenową dekorację w postaci ogromnej dyni. Trudno więc oczekiwać, że widz nie zacznie porównywać swojego życia z rzeczywistością pokazaną na ekranie.

Podobnie jest w przypadku Oli Nowak, która mieszka w warszawskim apartamentowcu Złota 44. W pewnym momencie pada informacja, że jej mąż płaci 20 tysięcy złotych czynszu miesięcznie. I właśnie tutaj „Girls of Warsaw” paradoksalnie robi coś zupełnie odwrotnego do tego, co prawdopodobnie chciało osiągnąć. Zamiast sprawić, że widz pomyśli: „wow, to jednak ciężka praca”, momentami może pomyśleć: „wow, ale one mają życie”. Czy to jest złe? Nie. Czy może budzić emocje? Oczywiście. Ale trudno jednocześnie dziwić się, że przy takim obrazie życia pojawiają się komentarze dotyczące pieniędzy, konsumpcji czy materializmu.

POLECAMY: Joanna Jędrzejczyk chciała odejść z „TzG”? Niepokojące wieści przed 3. odcinkiem

Rok nagrań, sześć odcinków. Coś poszło nie tak?

Do tego dochodzi jeszcze jeden problem: czas. Zdjęcia do „Girls of Warsaw” rozpoczęły się mniej więcej rok temu, a widz dostaje historię, w której obserwuje między innymi końcówkę ciąży Andziaks. Dzisiaj influencerka jest już mamą kilkumiesięcznego Franco. Jeszcze bardziej dziwnie wypada wątek Oli Nowak, bo w serialu oglądamy jej przygotowania do ślubu, rozmowy o wielkim dniu i moment, w którym Ola Nowak mówi, że chciałaby, aby Andziaks została mistrzynią ceremonii. Tyle że ślub Oli Nowak mamy już dawno za sobą – odbył się na początku lipca tego roku.

No sorry, ale oglądając to we wrześniu 2026 roku, trudno nie odnieść wrażenia, że oglądamy wydarzenia, które zdążyły już mocno się zestarzeć. Serial miał pokazywać życie influencerek i ich rzeczywistość, a tymczasem widz dostaje materiał sprzed wielu miesięcy, podczas gdy życie bohaterek zdążyło już pójść kilka kroków dalej. I właśnie ten przeskok czasowy jest w „Girls of Warsaw” wyjątkowo odczuwalny.

Ciekawie wypada za to sam reunion, który poprowadził Maks Behr, reporter „Halo tu Polsat”. Szósty odcinek trwa już około 44 minut i jest właściwie rozmową podsumowującą pierwszych pięć części. Klaudia Sadownik przyznała, że przed zobaczeniem materiału spodziewała się reality-show z lektorem i dynamicznym montażem. Andziaks z kolei mówiła, że spodziewa się wszystkiego. Tylko tutaj pojawia się moje pytanie: czego właściwie miała się spodziewać, skoro sama uczestniczyła w nagraniach i doskonale wiedziała, co zostało zarejestrowane? W dodatku podczas reunionu Andziaks była już po ciąży i nie miała Franco w brzuchu, co tylko jeszcze mocniej przypomina widzowi, jak dawno temu powstawała zasadnicza część programu.

I chyba sam reunion najlepiej podsumowuje problem tego formatu. Jessica Mercedes powiedziała wprost:

„U mnie nie było pikantnych rzeczy, tylko takie luzerskie” – powiedziała Jessica.

I właściwie trudno mi się z tym nie zgodzić. Owszem, wokół „Girls of Warsaw” pojawiały się medialne dyskusje dotyczące między innymi zarobków Andziaks, ale jeśli ktoś włączał ten serial z nadzieją na wielkie sekrety, afery i rzeczy, których bohaterki nigdy wcześniej nie pokazywały, może poczuć niedosyt. Nie ma tutaj wielkiej bomby. Nie ma momentu, po którym człowiek odkłada telefon i mówi: „Okej, tego się nie spodziewałem”.

Trzeba jednak uczciwie przyznać, że Andziaks zdecydowała się pokazać również znacznie bardziej osobistą i trudną historię. W jednym z odcinków opowiedziała przed kamerami o swoim dzieciństwie, relacji z ojcem i dziadkiem oraz problemie alkoholu w rodzinie. Andziaks wspominała:

„I słyszałam jak mój dziadek noże ostrzył i mówił, że nas za**je tej nocy […] Mało kto o tym wie, ale no i mój tatuś i mój dziadek lubili alkohol, więc u nas w domu czasami były takie awantury, że moja babcia wiele razy po prostu gdzieś tam ratowała nas z tego wszystkiego, więc przez to też na pewno była taką silną i mocną kobietą. Nas, to też tak ukształtowało, ale na pewno też się na nas odbiło” – mówiła przed kamerami.

I właśnie takich momentów chciałbym w tym programie zobaczyć więcej. Nie kolejnego wyjazdu czy zaaranżowanego spotkania, ale sytuacji, w których bohaterki rzeczywiście odsłaniają kawałek siebie.

Podobnie jest z Jessicą Mercedes, która w serialu opowiada o swoim życiu uczuciowym, złamanym sercu i funkcjonowaniu jako singielka. To również jest coś, czego nie da się sprowadzić wyłącznie do kolejnej stylizacji czy zdjęcia z luksusowego wyjazdu. Problem w tym, że te bardziej osobiste historie są w „Girls of Warsaw” trochę porozrzucane i szybko ustępują miejsca kolejnym, znacznie lżejszym scenom.

I dlatego moje podsumowanie jest chyba prostsze, niż można byłoby się spodziewać. „Girls of Warsaw” nie odmieniło mojego obrazu Andziaks, Oli Nowak, Jessiki Mercedes czy Klaudii Sadownik. Nie powiedziałbym, że produkcja pokazała je w złym świetle, ale też absolutnie nie sprawiła, że nagle zobaczyłem je zupełnie inaczej. To dla mnie po prostu krótka, lekka rozrywka i całkiem niezły „odmóżdżacz”, który można wciągnąć z ciekawości w jeden wieczór. Całość to niewiele ponad 160 minut materiału, więc nawet jeśli po pierwszym odcinku nie jesteście przekonani, nie musicie poświęcać na ten eksperyment całego weekendu.

Mam jednak nadzieję, że jeśli Prime Video zdecyduje się na drugi sezon, produkcja zostanie zrealizowana zdecydowanie szybciej. Bo największym problemem „Girls of Warsaw” jest dla mnie właśnie to, że oglądamy wydarzenia, które zdążyły się już mocno zestarzeć. Jeśli ma to być serial dokumentalny o życiu influencerek, chciałbym zobaczyć ich rzeczywistość znacznie bliżej momentu premiery. Więcej spontaniczności, mniej ustawianych sytuacji, więcej prawdziwego „tu i teraz” i przede wszystkim więcej materiału. Bo sześć krótkich odcinków to zdecydowanie za mało, żeby naprawdę wejść za kulisy życia czterech tak różnych bohaterek. Na pierwszy sezon? Spoko. Na wielkie wydarzenie? Dla mnie zdecydowanie nie.

ZOBACZ RÓWNIEŻ: Decyzja trenerów „The Voice of Poland” wywołała oburzenie. „Straszna szkoda”

A Wam się podoba ta produkcja? Dajcie znać w komentarzu pod artykułem!

Luka i Andziaks (fot. Piętka Mieszko/AKPA)
Klaudia Sadownik, Jessica Mercedes, Ola Nowak i Andziaks (fot. Piętka Mieszko/AKPA)
Jessica Mercedes (fot. Piętka Mieszko/AKPA)
Klaudia Sadownik (fot. Piętka Mieszko/AKPA)
Ola Nowak (fot. Piętka Mieszko/AKPA)
Andziaks (fot. Piętka Mieszko/AKPA)

Autor: Szymon Jedynak

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Kontynuuj czytanie

news

Angelika Kolinczat zaprosiła 100 kobiet BIZNESU do Pałacu. Zobacz relację z „The House of Money”

Opublikowano

w dniu

przez

Jeszcze niedawno przygotowywały się do tego wyjątkowego spotkania, a dziś mogą już podsumować wspólnie spędzony czas. The House of Money zgromadziło przedsiębiorcze kobiety, które na co dzień rozwijają swoje marki osobiste, biznesy online i firmy działające w różnych branżach. W zabytkowych wnętrzach Pałacu Mała Wieś nie zabrakło wiedzy, inspirujących rozmów i wymiany doświadczeń. Jak wyglądało wydarzenie? Dowiedz się więcej!

27 sierpnia w wyjątkowej scenerii Pałacu Mała Wieś pod Warszawą odbyło się The House of Money – ekskluzywne wydarzenie, które zgromadziło 100 przedsiębiorczych kobiet. Uczestniczki na co dzień rozwijają biznesy online, budują silne marki osobiste, działają w branży e-commerce oraz prowadzą firmy edukacyjne i usługowe. Tym razem mogły spotkać się ze sobą nie tylko w przestrzeni internetu, ale również na żywo.

Organizatorką wydarzenia była znana mentorka biznesowa Angelika Kolinczat, mentorka biznesowa i CEO Business Class, która w ciągu zaledwie dwóch lat zbudowała firmę osiągającą milionowe zyski. Na co dzień zajmuje się strategią, sprzedażą i skalowaniem biznesów, a swoją wiedzą i doświadczeniem dzieli się z kobietami, które chcą rozwijać własne marki i zwiększać swoje przychody.

The House of Money było kolejnym wydarzeniem organizowanym przez Angelikę Kolinczat skierowanym do przedsiębiorczyń. W marcu tego roku odbyła się pierwsza tego typu inicjatywa – Gala Business Class. Tym razem organizatorka postawiła jednak na zupełnie inną atmosferę, wykorzystując wyjątkową przestrzeń zabytkowego pałacu oraz jego otoczenie.

“Bardzo mi zależało na tym, żeby stworzyć różnorodne doświadczenie i to się faktycznie udało, bo spędzamy mnóstwo czasu w ogrodzie, mamy przepięknie oświetloną przestrzeń i to co jest bardzo istotne to to, że cała nazwa House of Money jest mocnym nawiązaniem do tego, jak my kobiety w sobie budujemy poczucie bezpieczeństwa w kontekście naszych finansów, naszej relacji z pieniędzmi” – mówiła ceniona mentorka biznesowa Angelika Kolinczat w rozmowie z naszą reporterką.

Tym, co wyróżniało The House of Money, były przede wszystkim praktyczne warsztaty i konkretna wiedza, którą uczestniczki mogły wykorzystać w swoich firmach. Podczas spotkania rozmawiano między innymi o skutecznych strategiach biznesowych, powracalnym przychodzie, tworzeniu ofert high-ticket oraz pozyskiwaniu klientów premium.

POLECAMY: TVN odkrył karty. Wiadomo, kto poprowadzi „Dzień dobry TVN”

Na scenie pojawiło się sześć prelegentek, które reprezentują różne obszary biznesu i rozwoju zawodowego. Były wśród nich Karolina Grabowska, przedsiębiorczyni, mentorka biznesów stacjonarnych i trenerka sprzedaży z ponad 10-letnim doświadczeniem, Sylwia Bobel, mentorka kobiecości i twórczyni metody Flow Dance, a także mentorka Maria Danielak.

“Angelika już od jakiegoś czasu z nią współpracuję i wiem, że to co robi jest naprawdę świetne […] Drugi powód jest taki, że będzie bardzo dużo tutaj wartości w prelekcjach, więc to jest też bardzo ważne. A trzeci powód to oczywiście jest miejsce, bo miejsce jest po prostu wspaniałe i cudowne” – przekazała nam Karolina Grabowska.

Swoją wiedzą podzieliły się również Iwona Rokita, mentorka kariery, psycholog biznesu i dyrektorka banku w Szwajcarii z 15-letnim doświadczeniem, Agnieszka Brzezicka, mentorka biznesu online i marki osobistej, oraz Wiktoria Sitko, founderka biznesu edukacyjnego online i ekspertka w strategicznym wdrażaniu sztucznej inteligencji w procesy firmowe. Wydarzenie poprowadziła Justyna Piąsta, dziennikarka z 11-letnim doświadczeniem.

“Wiedziałam, że to będzie takie wydarzenie, na którym spotkam kobiety biznesu. Kobiety, które chcą od życia więcej. Będę mogła wymienić się kontaktami, po prostu pobyć też w energii kobiet, które sięgają po swoje marzenia i poczułam, że to jest to miejsce, w którym chcę być” – wyznała nam Sylwia Bobel.

Jednym z najważniejszych tematów wydarzenia była siła spotkań na żywo. Choć większość uczestniczek rozwija swoje biznesy w internecie, The House of Money pokazało, że bezpośredni kontakt, wymiana doświadczeń i budowanie relacji nadal mają ogromne znaczenie dla przedsiębiorczyń.

“Event the House of Money na tle innych tego typu wydarzeń wyróżnia to, że Angelika Kolinczat, czyli twórczyni tego wydarzenia, przede wszystkim stawia na jakość. I mówiąc o jakości, mam na myśli to, że przede wszystkim bardzo ważne są dla niej dekoracje, cały aspekt wizualny, to w jakich miejscach się spotykamy. One są zawsze na najwyższym poziomie i są naprawdę luksusowe, ale jakością jest również treść i to jakie treści wybrzmiewają na tych wydarzeniach. A na tych wydarzeniach zawsze prezentują się topowe liderki w swoich branżach, które mają nie tylko ekspercką wiedzę, ale prowadzą też naprawdę dochodowe biznesy i na własnym doświadczeniu potrafią opowiedzieć jak od pomysłu doszły do ogromnego biznesu i uczą tego potem inne kobiety” – powiedziała Justyna Piąsta.

Nie zabrakło również wyjątkowej oprawy artystycznej. Jednym z gości specjalnych wydarzenia był popularny saksofonista Olaf Gąsiorek, który swoim występem uświetnił The House of Money. Jego obecność dodała spotkaniu elegancji i wyjątkowego charakteru, stanowiąc muzyczne uzupełnienie biznesowej części wydarzenia.

The House of Money zakończyło się więc nie tylko kolejną porcją wiedzy, ale również nowymi znajomościami i inspiracjami do dalszego działania. 100 przedsiębiorczych kobiet spotkało się w wyjątkowej przestrzeni Pałacu Mała Wieś, aby wymienić się doświadczeniami i spojrzeć na swoje biznesy z nowej perspektywy. Wszystko wskazuje na to, że dla wielu uczestniczek spotkanie było czymś więcej niż jednodniowym wydarzeniem – mogło stać się początkiem kolejnych współprac i biznesowych decyzji.

ZOBACZ RÓWNIEŻ: Fanka Skolima przekroczyła wszelkie granice? Straszne sceny przed koncertem

Olaf Gąsiorek
Olaf Gąsiorek

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Kontynuuj czytanie

news

Pies SAMOTNIE przemierzył Tatry pokonując 140 km. Co z jego „bratem”?

Opublikowano

w dniu

przez

Ta historia poruszyła internautów po obu stronach granicy. Bezpański pies przez wiele dni samotnie przemierzał wymagające tatrzańskie szlaki, pojawiając się w kolejnych popularnych miejscach i skutecznie unikając prób schwytania. Jego niezwykła wędrówka wreszcie dobiegła końca, ale w górach prawdopodobnie nadal znajduje się drugi pies. Poznaj kulisy całej akcji!

Niezwykła historia bezpańskiego psa, który samotnie przemierzał Tatry Wysokie, odbiła się szerokim echem wśród miłośników gór i zwierząt. Według obliczeń dziennikarzy czworonóg miał pokonać co najmniej 140 kilometrów, poruszając się po wymagających górskich szlakach. Jego samotna wyprawa trwała ponad tydzień, choć niewykluczone, że wcześniej przez kilka tygodni wędrował również po polskiej stronie Tatr.

Pierwsze informacje o psie bez opiekuna pojawiły się 30 czerwca. Zwierzę zauważono po słowackiej stronie Tatr, jednak szybko okazało się, że nie przebywa w jednym miejscu. Pies nieustannie się przemieszczał, pokonując kolejne kilometry i pojawiając się w różnych, często bardzo odległych od siebie punktach.

W kolejnych dniach czworonóg był widziany między innymi na Krywaniu, przy Schronisku pod Rysami, nad Popradzkim Stawem oraz w rejonie Szczyrbskiego Jeziora. Jego trasa robiła ogromne wrażenie, szczególnie że pies poruszał się bez opiekuna i sam musiał radzić sobie w trudnych górskich warunkach. Nocami miał schodzić w doliny, by następnego dnia ponownie wracać na wyżej położone szlaki turystyczne.

Z czasem sprawą zainteresowali się obrońcy praw zwierząt. Samotnie wędrujący pies mógł bowiem stanowić zagrożenie dla dzikich zwierząt żyjących na terenie parku narodowego, a jednocześnie sam był narażony na ogromne niebezpieczeństwo. W górach mogło dojść do wypadku, spotkania z dzikimi zwierzętami lub nagłego pogorszenia pogody.

Próby schwytania czworonoga podjęli członkowie słowackiego stowarzyszenia obywatelskiego „Droga do domu”. Zadanie okazało się jednak znacznie trudniejsze, niż początkowo przypuszczano. Pies podchodził do turystów, ale kiedy ktoś próbował się do niego zbliżyć, natychmiast uciekał. Z każdym kolejnym dniem miał również tracić zaufanie do osób próbujących zakończyć jego samotną wędrówkę.

Według osób zaangażowanych w akcję zwierzę najprawdopodobniej przywędrowało ze strony polskiej. Jego determinacja była ogromna – mimo kolejnych prób schwytania nie zamierzało łatwo zrezygnować z dalszej drogi. Przez kilka dni obrońcy zwierząt próbowali znaleźć sposób, aby bezpiecznie zakończyć tę niezwykłą, ale również bardzo ryzykowną wyprawę.

POLECAMY: Polska podróżniczka ZJADŁA PSA w Indonezji. Joanna Opozda ją ZMIAŻDŻYŁA

Udało się schwytać samotnego pieska!

Przełom nastąpił w piątek wieczorem. Po kilku dniach starań psa udało się wreszcie złapać przy pomocy klatki-pułapki. Wtedy okazało się, że słynny już górski włóczęga jest nieśmiałym czworonogiem, który mimo swojej ostrożności szuka bliskości człowieka. Pies otrzymał imię Bernard – na cześć patrona alpinistów, turystów, narciarzy i ratowników górskich.

Historia może mieć jednak jeszcze jeden, nierozwiązany rozdział. Ratownicy przypuszczają, że Bernard przed pojawieniem się po słowackiej stronie Tatr przez kilka tygodni wędrował po polskiej części gór. Na wcześniejszych zdjęciach był widywany z drugim, niemal identycznym psem, który najprawdopodobniej jest jego bratem.

Drugi czworonóg nadal ma pozostawać na wolności. Ostatnio był widziany w rejonie Doliny Kościeliskiej. Oznacza to, że niezwykła historia dwóch psich wędrowców może jeszcze nie być zakończona. Internauci mają nadzieję, że również drugiego psa uda się bezpiecznie odnaleźć i schwytać, zanim podczas samotnej wędrówki stanie mu się krzywda.

Historia Bernarda wywołała ogromne emocje wśród polskich internautów.

„Niezwykła historia do opowiedzenia; Prawdziwy turysta; Dzięki Bogu nic mu się nie stało; Niech powstanie film o zaginionym piesku; Po tysiąckroć dziękuję każdemu z osobna, kto nie był obojętnym” – pisali poruszeni użytkownicy.

Choć samotna wyprawa psa zakończyła się szczęśliwie, teraz uwaga miłośników zwierząt skupia się na jego prawdopodobnym bracie. Pozostaje mieć nadzieję, że również on zostanie szybko odnaleziony i bezpiecznie trafi pod opiekę ludzi.

ZOBACZ RÓWNIEŻ: Syn Michała Wiśniewskiego i Mandaryny spodziewał się powrotu rodziców? Właśnie zabrał głos

Wzruszająca historia? Dajcie znać w komentarzu pod artykułem!

(fot. screen Facebook “Cesta za domovom”)
(fot. screen Facebook “Cesta za domovom”)
(fot. screen Facebook “Cesta za domovom”)

Autor: Szymon Jedynak

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Kontynuuj czytanie

HITY

Copyright © 2019 Przeambitni.pl. Stworzona z miłością