news
Maja Hyży nie gryzła się w język i ostro skrytykowała postawę Agnieszki Kaczorowskiej. Myślicie, że ma rację?
Po emocjonującym odcinku „Tańca z Gwiazdami”, w którym Agnieszka Kaczorowska i Marcin Rogacewicz niespodziewanie odpadli z programu, w sieci nie milkną echa ich kontrowersyjnego pożegnania. Wiele osób uznało zachowanie tancerki za nieprofesjonalne i pełne goryczy. Głos w tej sprawie zabrała Maja Hyży, która w rozmowie z mediami nie gryzła się w język i jasno oceniła postawę koleżanki z branży. Dowiedz się więcej!
Siódmy odcinek „Tańca z Gwiazdami” z pewnością przejdzie do historii programu jako jeden z najbardziej burzliwych. Emocje sięgały zenitu, a atmosfera na planie gęstniała z każdą minutą. Choć wieczór zapowiadał się pod znakiem włoskiej pasji, radości i muzyki, finał okazał się pełen napięcia i goryczy. Agnieszka Kaczorowska i Marcin Rogacewicz, jedna z najgłośniej komentowanych par tej edycji, pożegnali się z programem w dramatycznych okolicznościach, wywołując lawinę komentarzy i kontrowersji.
Tego wieczoru motywem przewodnim były włoskie przeboje, a parkiet rozgrzały rytmy samby, rumby i tańca współczesnego. Wśród wszystkich uczestników to właśnie duet Kaczorowska–Rogacewicz wzbudził największe emocje – zarówno swoim występem, jak i zachowaniem za kulisami. Ich taniec współczesny do utworu „Una meravigliosa creatura” Gianny Nannini był intensywny, pełen zmysłowości i emocjonalnych napięć. Publiczność nie mogła oderwać od nich wzroku, choć część widzów zarzucała im przesadną intymność.
Para od samego początku programu nie ukrywała swojego uczucia. Już w premierowym odcinku potwierdzili związek namiętnym pocałunkiem na oczach milionów widzów, co od razu uczyniło ich bohaterami medialnych nagłówków. Z tygodnia na tydzień ich taniec stawał się coraz bardziej osobisty, wręcz teatralny, co jednych zachwycało, a innych zniechęcało. Dla wielu widzów była to miłość w rytmie muzyki, dla innych – przesadna próba grania emocjami.
Ich ostatni występ w programie miał być hołdem dla wolności i zaufania. W materiale wprowadzającym Marcin Rogacewicz wspominał o swoich młodzieńczych podróżach do Włoch, które zainspirowały ich wspólną choreografię. Na parkiecie emocje mieszały się z techniką, a każdy ruch miał swoje znaczenie. Tomasz Wygoda nie krył uznania, choć wskazał na pewne niedociągnięcia:
Przypomniał mi się Norwid i „Fortepian Szopena”. Taniec współczesny nas otwiera. Mieliście piękną choreografię ale zabrakło lotu. Nosiłeś piękna Agnieszkę zabrakło mi oddechu – skomentował.
Z kolei Ewa Kasprzyk, znana z ostrych i często żartobliwych komentarzy, nie byłaby sobą, gdyby nie dodała pikanterii:
To mi się podobało i było atrakcyjne wizualnie zastanawiam się co by się stało jakbyście się sczepili językami. To zjawiskowe było dla mnie – powiedziała w niedzielnym odcinku.
Ostatecznie para numer osiem zdobyła 33 punkty, co dało im przedostatnie miejsce w tabeli – wyprzedzili jedynie Barbarę Bursztynowicz i Michała Kassina, którzy otrzymali 25 punktów. Mimo wysokich not od jurorów i silnej emocjonalnej więzi na parkiecie, widzowie zdecydowali inaczej. Decyzją publiczności Kaczorowska i Rogacewicz musieli pożegnać się z programem, a ich odejście stało się jednym z najgorętszych tematów całej edycji.
Możemy schować się wreszcie przed całym tym hejtem, którego doświadczaliśmy i cholernie bolał. Ludzie, bądźcie dla siebie dobrzy, życzliwi. Mówcie dobrze o innych, zwłaszcza że nie macie o nas zielonego pojęcia […] Można żyć szczęśliwie, można żyć po swojemu. Można tańczyć według własnej melodii, a nie cudzej, na własnych zasadach […] Możemy teraz tańczyć tylko dla siebie, kocham cię, skarbie – mówiła po eliminacji z programu, Agnieszka Kaczorowska.
POLECAMY: Michał Kassin obnaża całą prawdę o zachowaniu Kaczorowskiej i Rogacewicza za kulisami „Tańca z Gwiazdami”
Maja Hyży DOSADNIE o zachowaniu Kaczorowskiej
Burza wokół odejścia Agnieszki Kaczorowskiej i Marcina Rogacewicza z „Tańca z Gwiazdami” nie ucicha. Choć emocje po niedzielnym odcinku jeszcze nie opadły, coraz więcej osób z branży zaczyna zabierać głos w tej sprawie. Największe kontrowersje wywołały słowa tancerki, która w pożegnalnym wystąpieniu stwierdziła, że jej partner „tańczy lepiej niż niejeden uczestnik”. W oczach wielu widzów i celebrytów była to niepotrzebna szpila wymierzona w pozostałych uczestników show.
Wielu fanów programu uznało wypowiedź Kaczorowskiej za przejaw frustracji i braku sportowej klasy. W mediach społecznościowych momentalnie pojawiły się setki komentarzy, w których internauci zarzucali jej brak pokory i dystansu. Niektórzy pisali wprost, że „taniec to nie tylko technika, ale też pokora i szacunek do innych”. Do dyskusji włączyły się również znane osoby, w tym Maja Hyży, która nie kryła oburzenia zachowaniem tancerki.
Maja Hyży, komentując sytuację w rozmowie z portalem Jastrząb Post, nie przebierała w słowach. Piosenkarka jasno dała do zrozumienia, że takie zachowanie nie przystoi osobie z doświadczeniem scenicznym i medialnym.
Mową pożegnalną tego nie można nazwać, bo myślę, że tak naprawdę Agnieszka z nikim się nie pożegnała. Wzięła pod pachę swojego partnera i po prostu wyszła […] Uważam, że zachowała się bardzo niefajnie, totalnie nietaktownie i bez szacunku do osób, z którymi współpracowała, dzięki którym w ogóle tam była. Nie podziękowała nikomu, a to, w jaki sposób prowadzili swoją historię w “Tańcu z gwiazdami”, na początku było fajne, ale chyba się ulało. Za dużo prywaty w tańcu – zauważyła Maja Hyży w wywiadzie.
Maja Hyży zwróciła również uwagę na to, że Agnieszka Kaczorowska i Marcin Rogacewicz nie wzięli udziału w tradycyjnej transmisji na żywo, podczas której uczestnicy żegnający się z programem rozmawiają z fanami i dziękują im za wsparcie. Zdaniem piosenkarki, takie zachowanie mogło zostać odebrane jako lekceważenie zarówno widzów, jak i całej produkcji.
Przede wszystkim ona zapracowała sobie na taką decyzję widzów, a nie inną. Ale to, że zrezygnowała z live’a i nie uszanowała fanów, których przecież mieli i mają… Nawet ze względu na nich powinna zrobić tego live’a, ludzie czekali na nich, a ona uniosła się dumą i się obraził – skomentowała.
ZOBACZ RÓWNIEŻ: Rafał Maserak nie owija w bawełnę – ostro o eliminacji Kaczorowskiej i Rogacewicza. Naprawdę powinni odpaść?
Zgadzacie się ze słowami Mai Hyży? Dajcie znać w komentarzu pod artykułem oraz na Instagramie, Facebooku i TikToku!



Autor: Szymon Jedynak
-
Każda okazja dobra,żeby zapomniana Maja mogła zaistnieć,kobieto ty nawet nie możesz postać przy Agnieszka Kaczorowskiej więc zamilcz.
news
„Po prostu Damian” stworzył nowy gatunek: CYBER-POP? Prosto z premiery „100 dni: Misja Zeus”
„Po prostu Damian” stworzył nowy gatunek: CYBER-POP? Prosto z premiery „100 dni: Misja Zeus”
POLECAMY: Kayah wystąpi wiosną w „Tańcu z Gwiazdami”? Padła jasna deklaracja
news
Filip Chajzer po latach wrócił do tragedii. „Nigdy nie usłyszałem słowa przepraszam”
Śmierć 9-letniego Maksa w 2015 roku na zawsze zmieniła życie Filipa Chajzera. Dziennikarz przez lata unikał szczegółowego opowiadania o tragedii, jednak w podcaście Cypriana Majchera wrócił do bolesnych wspomnień. Opowiedział o żałobie, emocjach, które wciąż mu towarzyszą, oraz relacji z byłym teściem, który prowadził samochód w chwili wypadku.
Filip Chajzer przez lata bardzo oszczędnie mówił o śmierci swojego 9-letniego syna Maksa. Chłopiec zginął w 2015 roku w tragicznym wypadku samochodowym, do którego doszło podczas podróży z dziadkiem, byłym teściem dziennikarza. Ta tragedia na zawsze odcisnęła piętno na życiu prezentera, który wielokrotnie podkreślał, że po takiej stracie nic już nie może wyglądać jak wcześniej.
W rozmowie z Cyprianem Majcherem, Filip Chajzer zdecydował się wrócić do tamtych wydarzeń i opowiedzieć o bólu, z którym mierzy się do dziś. Szczególnie poruszająco zabrzmiały jego słowa dotyczące żałoby oraz relacji z byłym teściem. Dziennikarz przyznał, że nigdy nie usłyszał od niego przeprosin ani nawet próby rozmowy o wypadku.
POLECAMY: Filip Chajzer BRONI prezydenta NAWROCKIEGO! Co sądzi o słowach Wojewódzkiego?
Tragedia, po której nic nie było już takie samo
Śmierć 9-letniego Maksa w lipcu 2015 roku była dla Filipa Chajzera tragedią, która na zawsze zmieniła jego życie. Chłopiec zginął w wypadku samochodowym, gdy podróżował z dziadkiem, ojcem swojej mamy. Samochód zjechał z drogi i uderzył w naczepę ciężarówki stojącej na poboczu. Dziecko zginęło na miejscu, a dziennikarz, który w tym czasie przebywał w Stanach Zjednoczonych, natychmiast wrócił do Polski. Filip Chajzer przez długi czas nie potrafił mówić o śmierci syna. Wspomnienia związane z Maksem były zbyt bolesne, a żałoba całkowicie rozbiła jego dotychczasowe życie. Dziennikarz przyznawał, że po tej tragedii zmagał się z depresją i przez wiele lat próbował znaleźć sposób na poradzenie sobie z cierpieniem.
Życie po takiej stracie nigdy nie będzie już normalne – mówił Filip Chajzer, podkreślając, że śmierci dziecka nie da się racjonalnie wyjaśnić ani przepracować w taki sposób, aby ból po prostu zniknął.
W innym wywiadzie opowiadał, że Maks śnił mu się niemal każdej nocy. Po przebudzeniu zapisywał rozmowy ze swoim synem, aby zachować choć namiastkę kontaktu z nim.
Maks śnił mi się niemal każdej nocy. Budziłem się i zapisywałem nasze rozmowy – wspominał. Jak tłumaczył, początkowo wstydził się prosić o pomoc psychologa.
Uważał, że powinien sam poradzić sobie z emocjami, choć jego stan psychiczny był bardzo trudny.
Byłem w fatalnym stanie, ale wtedy jeszcze nie chciałem pomocy psychologa. Wstydziłem się, że jestem taki słaby. Próbowałem poszukiwać odpowiedzi na własną rękę. Śmierci dziecka nie da się racjonalnie wytłumaczyć. W ogóle nie da się wytłumaczyć… – mówił w rozmowie cytowanej przez media.
Z czasem Filip Chajzer zdecydował się na terapię. Przyznawał, że korzystał z pomocy wielu specjalistów, jednak nawet intensywna praca nad sobą nie sprawiła, że wspomnienia o synu przestały boleć. W jego przypadku żałoba nie była zamkniętym rozdziałem, lecz doświadczeniem, które powracało w najmniej oczekiwanych momentach.
POLECAMY: Filip Chajzer żali się u Wojewódzkiego: „Tęsknię za tym”. Przykre?
Teść zawinił?
W najnowszych wspomnieniach dziennikarz wrócił także do relacji z byłym teściem, który prowadził samochód w chwili tragicznego wypadku. Filip Chajzer przyznał, że między nimi nie doszło do rozmowy, która mogłaby pomóc mu zrozumieć wydarzenia z 2015 roku lub choć częściowo zamknąć ten bolesny temat.
Nigdy nikt nie podjął ze mną próby rozmowy. Nigdy nie usłyszałem jednego słowa, nigdy nie usłyszałem słowa przepraszam – wyznał.
W rozmowach o tragedii podkreślał, że każdy człowiek przeżywa żałobę inaczej. Jedni potrzebują mówić o zmarłej osobie, inni zamykają się w sobie i próbują funkcjonować mimo ogromnego bólu. Dziennikarz opowiadał również o fali hejtu, która spadła na niego po śmierci Maksa. W internecie pojawiały się brutalne komentarze, a nieznane osoby przesyłały mu zdjęcia miejsc związanych z wypadkiem. Dziennikarz wspominał, że takie zachowanie doprowadziło go do skrajnego załamania.
Ja wtedy w środku umarłem. To była taka śmierć za życia moja – mówił, opisując emocje, które towarzyszyły mu po atakach w sieci.
Mimo upływu lat Filip Chajzer nie ukrywa, że strata syna wciąż jest obecna w jego życiu. Wspominanie Maksa stało się dla niego także sposobem na zachowanie pamięci o chłopcu. Jak podkreślał, zależało mu na tym, aby historia jego dziecka nie została zapomniana, a jego imię nadal było obecne w świadomości ludzi.
POLECAMY: TYLKO U NAS: 20-letnia narzeczona Chajzera w „Królowej Przetrwania”? Padły zaskakujące słowa




news
Nie mogą znaleźć Michała Wójcika. Przez to procedura wymeldowania utknęła
Wokół Michała Wójcika narasta kolejny konflikt. Rodzice jego zmarłej partnerki chcą wymeldować kabareciarza z należącej do nich nieruchomości w Katowicach. Budynek planują wyburzyć, jednak procedura od miesięcy nie może się zakończyć. Problemem jest między innymi ustalenie aktualnego miejsca pobytu artysty.
Wokół Michała Wójcika narasta konflikt, który może mieć swój finał w sądzie. Rodzice jego zmarłej partnerki chcą wymeldować kabareciarza z domu w Katowicach, należącego do nich od lat. Jak twierdzą, budynek jest w złym stanie technicznym i planują go wyburzyć, jednak formalności związane z wymeldowaniem artysty ciągną się już od kilku miesięcy.
Dodatkowym problemem jest ustalenie, gdzie obecnie przebywa Michał Wójcik. Właściciele nieruchomości nie kryją frustracji, a urzędnicy wyjaśniają, że przed wydaniem decyzji muszą dokładnie sprawdzić, czy kabareciarz rzeczywiście i na stałe opuścił lokal.
Kim jest Michał Wójcik?
Michał Wójcik to jeden z najbardziej rozpoznawalnych polskich artystów kabaretowych. Od 2000 roku występuje w popularnym kabarecie Ani Mru-Mru, który współtworzy między innymi z Marcinem Wójcikiem i Waldemarem Wilkołkiem. Choć panowie noszą to samo nazwisko, nie są spokrewnieni. Artysta urodził się 22 listopada 1971 roku w Lublinie, a poza działalnością kabaretową pojawiał się również w produkcjach telewizyjnych, między innymi w improwizowanym serialu „Spadkobiercy”.
Prywatnie Michał Wójcik jest ojcem czworga dzieci. Ma córkę Julię oraz synów: Jakuba, Charliego i Michała Juniora. Pociechy pochodzą z różnych związków artysty. W 2022 roku artysta kabaretowy pojawił się z najstarszą córką w programie „Dzień Dobry TVN”, gdzie opowiadał o ich relacji, wspólnych zainteresowaniach i kontaktach w patchworkowej rodzinie.
Michał Wójcik od około trzech lat jest zameldowany w domu przy ulicy Średniej w Katowicach. Nieruchomość należy do Barbary i Janusza W., czyli rodziców jego zmarłej partnerki, Janiny W. Kobieta zmarła 6 marca 2023 roku po chorobie nowotworowej. Para doczekała się syna, który obecnie pozostaje pod opieką ojca i jego nowej partnerki. Jak twierdzą właściciele budynku, Michał Wójcik został zameldowany w ich nieruchomości około dwóch tygodni po śmierci Janiny. Według ich relacji chcieli w ten sposób pomóc mu w uporządkowaniu spraw finansowych i urzędowych.
Rodzice Janiny przekonują, że w tamtym czasie artysta miał problemy finansowe i potrzebował zameldowania w Katowicach, aby móc ustalić sposób spłaty zadłużenia wobec urzędu skarbowego. Początkowo ich relacje miały być dobre, jednak z czasem doszło między nimi do pogorszenia stosunków. Właściciele nieruchomości chcą obecnie zakończyć sprawę i odzyskać pełną swobodę w dysponowaniu budynkiem. Podkreślają, że dom jest w złym stanie technicznym i może stanowić zagrożenie dla osób przechodzących w jego pobliżu.
Nie wiadomo, gdzie obecnie mieszka kabareciarz
Barbara i Janusz W. planują wyburzenie budynku, a następnie inne zagospodarowanie należącej do nich działki. Twierdzą jednak, że obecność Michała Wójcika w ewidencji mieszkańców utrudnia realizację tych planów. Dodatkowo pod wskazanym adresem mają pojawiać się osoby podające się za wierzycieli artysty. Właściciele rozpoczęli procedurę wymeldowania, która w katowickim urzędzie trwa od lutego. Postępowanie przeciąga się, ponieważ urzędnicy mają trudności z ustaleniem, gdzie faktycznie przebywa Michał Wójcik.
Sprawdzane miały być między innymi adresy w Lublinie, gdzie kabareciarz był wcześniej zameldowany. Według relacji rodziców jego zmarłej partnerki artysty miał również wynajmować mieszkanie w Mysłowicach. Tamtejszy urząd miał wezwać go na spotkanie, jednak artysta nie pojawił się w wyznaczonym terminie.
W związku z tym katowicki urząd może zwrócić się do sądu o wyznaczenie przedstawiciela dla osoby nieobecnej. Taki przedstawiciel mógłby reprezentować Michała Wójcika w postępowaniu administracyjnym.
Sprawa znowu się przeciąga o kolejne miesiące – komentują Barbara i Janusz W.
Urzędnicy podkreślają, że samo złożenie wniosku nie oznacza automatycznego wymeldowania. Przed wydaniem decyzji trzeba ustalić, czy dana osoba rzeczywiście i trwale opuściła lokal. W tym celu urząd może analizować zeznania świadków, oświadczenia, wyjaśnienia oraz wyniki oględzin nieruchomości. Na razie decyzja o wymeldowaniu Michała Wójcika nie została wydana. „Fakt” zwrócił się do artysty o komentarz za pośrednictwem jego menedżera Zbigniewa Remleina. Prośba miała zostać przekazana kabareciarzowi, jednak do czasu publikacji materiału nie otrzymano odpowiedzi.
POLECAMY: Kultowe show wróci do Polsatu? Edward Miszczak zabrał głos





news
Jerzy Bralczyk znów mówi o „zdychaniu” zwierząt. Te słowa niegdyś wywołały burzę
Wystarczyło jedno słowo, by w 2024 roku rozpętała się ogólnopolska dyskusja. Teraz Jerzy Bralczyk po ponad dwóch latach ponownie wrócił do sprawy i wyjaśnił, dlaczego nadal nie uważa określenia „zdychać” za obraźliwe, gdy mowa o zwierzętach. Językoznawca wspomniał również o fali hejtu, z którą musiał się mierzyć. Dowiedz się więcej!
Wypowiedź prof. Jerzego Bralczyka z 2024 roku odbiła się szerokim echem. Językoznawca pojawił się wówczas w programie „100 pytań do”, gdzie został zapytany między innymi o sposób, w jaki współcześnie mówimy o zwierzętach. Jedno z jego stwierdzeń szczególnie mocno podzieliło opinię publiczną i szybko wywołało dyskusję w mediach społecznościowych.
Chodziło o słowa „umierać” i „zdychać” w odniesieniu do zwierząt. Jerzy Bralczyk przyznał wówczas, że nie jest zwolennikiem określania śmierci psa czy kota mianem „umierania”. Tłumaczył, że jako osoba przywiązana do tradycyjnych form językowych inaczej postrzega te określenia.
“Jestem starym człowiekiem i preferuję te tradycyjne formuły i sposób myślenia. Nawet mówienie, że choćby najulubieńszy pies umarł, będzie dla mnie obce. Nie, pies niestety zdechł” – przekonywał wówczas profesor.
Wypowiedź spotkała się z bardzo różnymi reakcjami. Część osób broniła językoznawcy, wskazując, że mówił o tradycyjnym użyciu języka, inni natomiast uznali, że słowo „zdechł” ma w przypadku ukochanego zwierzęcia zdecydowanie negatywny wydźwięk. Dyskusja szybko wyszła poza środowisko językoznawcze i stała się jednym z głośniejszych tematów w mediach.
POLECAMY: Kayah wystąpi wiosną w „Tańcu z Gwiazdami”? Padła jasna deklaracja
Jerzy Bralczyk wraca do afery związanej ze “zdychaniem zwierząt”. Zmienił zdanie?
Teraz, po ponad dwóch latach, Jerzy Bralczyk ponownie odniósł się do tej kwestii. W podcaście „W stylu Krychowiaka” w RMF FM językoznawca wyjaśnił, że jego stanowisko wcale się nie zmieniło. Nadal uważa, że słowo „zdychać” samo w sobie nie musi być pejoratywne, jeżeli odnosi się do zwierzęcia.
“Słowo „zdychać” nie jest dla mnie pejoratywne. W odniesieniu do człowieka tak, ale w odniesieniu do zwierzęcia nie. Miałem dwa koty ulubione, jeden był wręcz ukochany i on zdechł. Niestety. Przykro mi” – wyznał u Krychowiaka.
Tym samym Jerzy Bralczyk po raz kolejny jasno wyraził swoje stanowisko. Jego zdaniem używanie słowa „zdechł” w odniesieniu do zwierzęcia wynika z tradycyjnego sposobu posługiwania się językiem. Nie oznacza natomiast braku szacunku do zwierzęcia ani braku emocjonalnego przywiązania do niego.
Co ciekawe, profesor wspomniał również o tym, jak osobiście odebrał reakcje na jego wcześniejszą wypowiedź. Jerzy Bralczyk przyznał, że fala krytyki była dla niego przykra, szczególnie dlatego, że część opinii publicznej zaczęła postrzegać go jako osobę, która nie darzy zwierząt sympatią.
“Bardzo dużo hejtu dostałem. Przykro mi z tego powodu, bo wyszedłem na kogoś, kto nie lubi zwierząt. A cierpienia zwierząt są dla mnie jak cierpienia ludzi” – dodał.
To właśnie ten fragment rozmowy pokazuje, że dla Jerzego Bralczyka cała sprawa miała również bardzo osobisty wymiar. Językoznawca podkreślił, że jego wybór konkretnego słowa nie ma nic wspólnego z brakiem empatii wobec zwierząt. Wręcz przeciwnie, zaznaczył, że cierpienie zwierząt jest dla niego równie istotne jak cierpienie ludzi.
W tej samej rozmowie Jerzy Bralczyk został zapytany także o inne określenie, które we współczesnej polszczyźnie budzi kontrowersje. Tym razem chodziło o słowo „Murzyn”. Profesor przedstawił swoje stanowisko, wskazując, że z jego perspektywy słowo to nadal może pełnić funkcję opisową w języku.
“Potrzebne mi jest to słowo na określenie ludzi, którzy tak wyglądają, mają ciemną skórę” – zauważył profesor Bralczyk.
Wypowiedź ponownie może wywołać dyskusję, szczególnie że współczesna polszczyzna zmienia się wraz ze zmianami społecznymi i kulturowymi. Jerzy Bralczyk zaznaczył jednak, że w praktyce bierze pod uwagę również odczucia drugiej osoby. Jeżeli konkretne określenie kogoś rani lub sprawia mu przykrość, profesor deklaruje, że nie będzie go wobec takiej osoby używał.
“Przecież ja nie czuję żadnej wyższości nad ludźmi czarnymi. Absolutnie […] Wobec nich tak nie powiem, bo ja nie lubię sprawiać przykrości” – przekonywał.
Po latach temat „zdychania” zwierząt ponownie więc wrócił do przestrzeni publicznej. Jerzy Bralczyk nie wycofał się ze swojej wcześniejszej opinii, ale jednocześnie zdecydował się opowiedzieć o konsekwencjach, jakie spotkały go po tamtej wypowiedzi. Jak sam przyznał, szczególnie dotknęło go przedstawianie go jako osoby, która nie lubi zwierząt.
ZOBACZ RÓWNIEŻ: Martyna Wojciechowska ma powody do radości. Właśnie TO ogłoszono
Jakie Wy macie zdanie na ten temat? Dajcie znać w komentarzu pod artykułem!


Dodaj komentarz
-
news4 dni temuBudka Suflera ma nowego wokalistę. To on zastąpi Jacka Kawalca
-
news4 dni temu„M jak miłość” żegna kolejne gwiazdy. Znane nazwiska odchodzą z serialu
-
showbiz3 dni temuZrezygnował z „Tańca z Gwiazdami”. Teraz przerwał milczenie
-
news5 dni temuEdyta Bartosiewicz zachwycona uczestnikiem „The Voice of Poland” [WIDEO]
-
showbiz3 dni temuFilip Gurłacz PSIOCZY na „Taniec z Gwiazdami”. W tle Kaczorowska
-
news2 dni temuKrzysztof Kwiatkowski długo ukrywał ukochaną. Jego partnerka to znana wokalistka
-
news4 dni temuCzerwony dywan, multum gwiazd i wielkie emocje. Tak premierę „100 dni: Misja Zeus” świętowali w Energylandii
-
showbiz4 dni temuWielkie zmiany tuż przed 2. odcinkiem „Tańca z Gwiazdami”. Tego jeszcze nie było

Dodaj komentarz