news
Mycie rąk ratuje życie? UNICEF ujawnia badania!
Odkąd koronawirus rozprzestrzenia się na świecie bardzo szybko, media codziennie nakłaniają do dokładnego i częstego mycia rąk. Zobacz najnowsze badania UNICEF, które ujawniają wiele aspektów!
Wszyscy wiedzą, że mycie rąk jest jedną z podstawowych czynności do walki z koronawirusem. Po internecie krążą filmy i instrukcje jak dokładnie myć ręce, dlaczego i przez jaki czas. Do dokładnego wymycia rąk potrzebny jest dostęp do czystej wody i mydła. Jednak jak się okazuje, nie każdy na świecie ma tę możliwość żeby wymyć ręce. Woda i mydło to kluczowe czynniki, jednak niedostępne dla milionów ludzi na świecie- UNICEF ostrzega. Jak podają najnowsze badania, zaledwie 3 na 5 osób na całym świecie ma dostęp do podstawowych “składników” i urządzeń sanitarnych, co oznacza, że nie każdy może umyć ręce. Niektórzy myją ręce kilka razy dziennie, a miliony innych ludzi nie może wymyć rąk nawet raz w ciągu dnia. Dyrektor Programowy UNICEF, Sanjay Wijesekera powiedział, że:
Mycie rąk mydłem jest jedną z najtańszych, najbardziej efektywnych metod, dzięki której można ochronić siebie i innych przed koronawirusem oraz wieloma infekcjami. To nie jest magiczne lekarstwo, ale ważne jest, aby ludzie wiedzieli, jakie kroki powinni podjąć, aby zapewnić bezpieczeństwo sobie i swoim rodzinom
Okazuje się jednak, że nie dla każdego jest to takie proste, bo w wielu regionach świata,np.: dzieci, rodzice, nauczyciele, pracownicy medyczni nie mają dostępu do bieżącej wody, mydła w domu, w szkole, czy w pracy.
Polecamy – Warszawa miastem widmo- te zdjęcia naprawdę robią wrażenie
Według ostatnich badań, które przedstawił UNICEF:
- 40% światowej populacji nie ma dostępu do urządzeń sanitarnych we własnych domach. W tych najuboższych stanowi to aż 75% ludności.
- 47% szkół na świecie nie ma sanitariatów. Uczy się w nich 900 milionów dzieci.
- 16% ośrodków medycznych nie ma urządzeń sanitarnych lub toalet
Kto jest najbardziej zagrożony? Mieszkańcy miast, ze względu na gęstość zaludnienia i zatłoczone miejsca,np.: sklepy czy transport publiczny. Zagrożone są zwłaszcza osoby mieszkające w biednych miejskich “slumsach”. Dlatego mycie rąk staje się bardzo ważne, jednak mimo to:
- 22% ludzi w miastach (153 mln) w Azji Środkowej i Południowej nie ma gdzie umyć rąk. Najgorszą sytuację mają mieszkańcy Indii i Bangladeszu.
- 28% Indonezyjczyków mieszkających w miastach (41 mln) we Wschodniej Azji nie ma toalety w domu
Mycie rąk zapobiega rozprzestrzenianiu się koronawirusa oraz innych infekcji. Ma to kluczowe znaczenie dla ochrony pracowników służby zdrowia w punktach opieki zdrowotnej. Pracownicy medyczni są na pierwszej linii frontu w walce z chorobami, dlatego w ich miejscu pracy trzeba bardziej przestrzegać zasad higieny. UNICEF przypomina, jak prawidłowo i skutecznie myć ręce:
- Zwilż ręce bieżącą wodą.
- Nałóż mydło na mokre ręce.
- Szoruj wszystkie powierzchnie dłoni- w tym grzbiet, między palcami i pod paznokciami (minimum przez 20 sekund).
- Dokładnie spłucz ręce bieżącą wodą.
- Osusz ręce jednorazowym ręcznikiem lub czystą szmatką
Przypominamy Wam jak działa UNICEF: organizacja działająca na całym świecie, aby zapewnić ludziom dostęp do odpowiednich urządzeń sanitarnych oraz podstawowych środków do higieny. UNICEF promuje mycie rąk w ponad 90 krajach, współpracując z rządami państw w celu opracowania odpowiednich polityk, planów działania i strategii. Organizacja wspiera też krajowe związane z myciem rąk.
Zobacz również – Koronawirus nie oszczędza nikogo- te gwiazdy zmagają się z chorobą
fot. UNICEF Instagram
S.S.
news
Filip Chajzer po latach wrócił do tragedii. „Nigdy nie usłyszałem słowa przepraszam”
Śmierć 9-letniego Maksa w 2015 roku na zawsze zmieniła życie Filipa Chajzera. Dziennikarz przez lata unikał szczegółowego opowiadania o tragedii, jednak w podcaście Cypriana Majchera wrócił do bolesnych wspomnień. Opowiedział o żałobie, emocjach, które wciąż mu towarzyszą, oraz relacji z byłym teściem, który prowadził samochód w chwili wypadku.
Filip Chajzer przez lata bardzo oszczędnie mówił o śmierci swojego 9-letniego syna Maksa. Chłopiec zginął w 2015 roku w tragicznym wypadku samochodowym, do którego doszło podczas podróży z dziadkiem, byłym teściem dziennikarza. Ta tragedia na zawsze odcisnęła piętno na życiu prezentera, który wielokrotnie podkreślał, że po takiej stracie nic już nie może wyglądać jak wcześniej.
W rozmowie z Cyprianem Majcherem, Filip Chajzer zdecydował się wrócić do tamtych wydarzeń i opowiedzieć o bólu, z którym mierzy się do dziś. Szczególnie poruszająco zabrzmiały jego słowa dotyczące żałoby oraz relacji z byłym teściem. Dziennikarz przyznał, że nigdy nie usłyszał od niego przeprosin ani nawet próby rozmowy o wypadku.
POLECAMY: Filip Chajzer BRONI prezydenta NAWROCKIEGO! Co sądzi o słowach Wojewódzkiego?
Tragedia, po której nic nie było już takie samo
Śmierć 9-letniego Maksa w lipcu 2015 roku była dla Filipa Chajzera tragedią, która na zawsze zmieniła jego życie. Chłopiec zginął w wypadku samochodowym, gdy podróżował z dziadkiem, ojcem swojej mamy. Samochód zjechał z drogi i uderzył w naczepę ciężarówki stojącej na poboczu. Dziecko zginęło na miejscu, a dziennikarz, który w tym czasie przebywał w Stanach Zjednoczonych, natychmiast wrócił do Polski. Filip Chajzer przez długi czas nie potrafił mówić o śmierci syna. Wspomnienia związane z Maksem były zbyt bolesne, a żałoba całkowicie rozbiła jego dotychczasowe życie. Dziennikarz przyznawał, że po tej tragedii zmagał się z depresją i przez wiele lat próbował znaleźć sposób na poradzenie sobie z cierpieniem.
Życie po takiej stracie nigdy nie będzie już normalne – mówił Filip Chajzer, podkreślając, że śmierci dziecka nie da się racjonalnie wyjaśnić ani przepracować w taki sposób, aby ból po prostu zniknął.
W innym wywiadzie opowiadał, że Maks śnił mu się niemal każdej nocy. Po przebudzeniu zapisywał rozmowy ze swoim synem, aby zachować choć namiastkę kontaktu z nim.
Maks śnił mi się niemal każdej nocy. Budziłem się i zapisywałem nasze rozmowy – wspominał. Jak tłumaczył, początkowo wstydził się prosić o pomoc psychologa.
Uważał, że powinien sam poradzić sobie z emocjami, choć jego stan psychiczny był bardzo trudny.
Byłem w fatalnym stanie, ale wtedy jeszcze nie chciałem pomocy psychologa. Wstydziłem się, że jestem taki słaby. Próbowałem poszukiwać odpowiedzi na własną rękę. Śmierci dziecka nie da się racjonalnie wytłumaczyć. W ogóle nie da się wytłumaczyć… – mówił w rozmowie cytowanej przez media.
Z czasem Filip Chajzer zdecydował się na terapię. Przyznawał, że korzystał z pomocy wielu specjalistów, jednak nawet intensywna praca nad sobą nie sprawiła, że wspomnienia o synu przestały boleć. W jego przypadku żałoba nie była zamkniętym rozdziałem, lecz doświadczeniem, które powracało w najmniej oczekiwanych momentach.
POLECAMY: Filip Chajzer żali się u Wojewódzkiego: „Tęsknię za tym”. Przykre?
Teść zawinił?
W najnowszych wspomnieniach dziennikarz wrócił także do relacji z byłym teściem, który prowadził samochód w chwili tragicznego wypadku. Filip Chajzer przyznał, że między nimi nie doszło do rozmowy, która mogłaby pomóc mu zrozumieć wydarzenia z 2015 roku lub choć częściowo zamknąć ten bolesny temat.
Nigdy nikt nie podjął ze mną próby rozmowy. Nigdy nie usłyszałem jednego słowa, nigdy nie usłyszałem słowa przepraszam – wyznał.
W rozmowach o tragedii podkreślał, że każdy człowiek przeżywa żałobę inaczej. Jedni potrzebują mówić o zmarłej osobie, inni zamykają się w sobie i próbują funkcjonować mimo ogromnego bólu. Dziennikarz opowiadał również o fali hejtu, która spadła na niego po śmierci Maksa. W internecie pojawiały się brutalne komentarze, a nieznane osoby przesyłały mu zdjęcia miejsc związanych z wypadkiem. Dziennikarz wspominał, że takie zachowanie doprowadziło go do skrajnego załamania.
Ja wtedy w środku umarłem. To była taka śmierć za życia moja – mówił, opisując emocje, które towarzyszyły mu po atakach w sieci.
Mimo upływu lat Filip Chajzer nie ukrywa, że strata syna wciąż jest obecna w jego życiu. Wspominanie Maksa stało się dla niego także sposobem na zachowanie pamięci o chłopcu. Jak podkreślał, zależało mu na tym, aby historia jego dziecka nie została zapomniana, a jego imię nadal było obecne w świadomości ludzi.
POLECAMY: TYLKO U NAS: 20-letnia narzeczona Chajzera w „Królowej Przetrwania”? Padły zaskakujące słowa




news
Nie mogą znaleźć Michała Wójcika. Przez to procedura wymeldowania utknęła
Wokół Michała Wójcika narasta kolejny konflikt. Rodzice jego zmarłej partnerki chcą wymeldować kabareciarza z należącej do nich nieruchomości w Katowicach. Budynek planują wyburzyć, jednak procedura od miesięcy nie może się zakończyć. Problemem jest między innymi ustalenie aktualnego miejsca pobytu artysty.
Wokół Michała Wójcika narasta konflikt, który może mieć swój finał w sądzie. Rodzice jego zmarłej partnerki chcą wymeldować kabareciarza z domu w Katowicach, należącego do nich od lat. Jak twierdzą, budynek jest w złym stanie technicznym i planują go wyburzyć, jednak formalności związane z wymeldowaniem artysty ciągną się już od kilku miesięcy.
Dodatkowym problemem jest ustalenie, gdzie obecnie przebywa Michał Wójcik. Właściciele nieruchomości nie kryją frustracji, a urzędnicy wyjaśniają, że przed wydaniem decyzji muszą dokładnie sprawdzić, czy kabareciarz rzeczywiście i na stałe opuścił lokal.
Kim jest Michał Wójcik?
Michał Wójcik to jeden z najbardziej rozpoznawalnych polskich artystów kabaretowych. Od 2000 roku występuje w popularnym kabarecie Ani Mru-Mru, który współtworzy między innymi z Marcinem Wójcikiem i Waldemarem Wilkołkiem. Choć panowie noszą to samo nazwisko, nie są spokrewnieni. Artysta urodził się 22 listopada 1971 roku w Lublinie, a poza działalnością kabaretową pojawiał się również w produkcjach telewizyjnych, między innymi w improwizowanym serialu „Spadkobiercy”.
Prywatnie Michał Wójcik jest ojcem czworga dzieci. Ma córkę Julię oraz synów: Jakuba, Charliego i Michała Juniora. Pociechy pochodzą z różnych związków artysty. W 2022 roku artysta kabaretowy pojawił się z najstarszą córką w programie „Dzień Dobry TVN”, gdzie opowiadał o ich relacji, wspólnych zainteresowaniach i kontaktach w patchworkowej rodzinie.
Michał Wójcik od około trzech lat jest zameldowany w domu przy ulicy Średniej w Katowicach. Nieruchomość należy do Barbary i Janusza W., czyli rodziców jego zmarłej partnerki, Janiny W. Kobieta zmarła 6 marca 2023 roku po chorobie nowotworowej. Para doczekała się syna, który obecnie pozostaje pod opieką ojca i jego nowej partnerki. Jak twierdzą właściciele budynku, Michał Wójcik został zameldowany w ich nieruchomości około dwóch tygodni po śmierci Janiny. Według ich relacji chcieli w ten sposób pomóc mu w uporządkowaniu spraw finansowych i urzędowych.
Rodzice Janiny przekonują, że w tamtym czasie artysta miał problemy finansowe i potrzebował zameldowania w Katowicach, aby móc ustalić sposób spłaty zadłużenia wobec urzędu skarbowego. Początkowo ich relacje miały być dobre, jednak z czasem doszło między nimi do pogorszenia stosunków. Właściciele nieruchomości chcą obecnie zakończyć sprawę i odzyskać pełną swobodę w dysponowaniu budynkiem. Podkreślają, że dom jest w złym stanie technicznym i może stanowić zagrożenie dla osób przechodzących w jego pobliżu.
Nie wiadomo, gdzie obecnie mieszka kabareciarz
Barbara i Janusz W. planują wyburzenie budynku, a następnie inne zagospodarowanie należącej do nich działki. Twierdzą jednak, że obecność Michała Wójcika w ewidencji mieszkańców utrudnia realizację tych planów. Dodatkowo pod wskazanym adresem mają pojawiać się osoby podające się za wierzycieli artysty. Właściciele rozpoczęli procedurę wymeldowania, która w katowickim urzędzie trwa od lutego. Postępowanie przeciąga się, ponieważ urzędnicy mają trudności z ustaleniem, gdzie faktycznie przebywa Michał Wójcik.
Sprawdzane miały być między innymi adresy w Lublinie, gdzie kabareciarz był wcześniej zameldowany. Według relacji rodziców jego zmarłej partnerki artysty miał również wynajmować mieszkanie w Mysłowicach. Tamtejszy urząd miał wezwać go na spotkanie, jednak artysta nie pojawił się w wyznaczonym terminie.
W związku z tym katowicki urząd może zwrócić się do sądu o wyznaczenie przedstawiciela dla osoby nieobecnej. Taki przedstawiciel mógłby reprezentować Michała Wójcika w postępowaniu administracyjnym.
Sprawa znowu się przeciąga o kolejne miesiące – komentują Barbara i Janusz W.
Urzędnicy podkreślają, że samo złożenie wniosku nie oznacza automatycznego wymeldowania. Przed wydaniem decyzji trzeba ustalić, czy dana osoba rzeczywiście i trwale opuściła lokal. W tym celu urząd może analizować zeznania świadków, oświadczenia, wyjaśnienia oraz wyniki oględzin nieruchomości. Na razie decyzja o wymeldowaniu Michała Wójcika nie została wydana. „Fakt” zwrócił się do artysty o komentarz za pośrednictwem jego menedżera Zbigniewa Remleina. Prośba miała zostać przekazana kabareciarzowi, jednak do czasu publikacji materiału nie otrzymano odpowiedzi.
POLECAMY: Kultowe show wróci do Polsatu? Edward Miszczak zabrał głos





news
Jerzy Bralczyk znów mówi o „zdychaniu” zwierząt. Te słowa niegdyś wywołały burzę
Wystarczyło jedno słowo, by w 2024 roku rozpętała się ogólnopolska dyskusja. Teraz Jerzy Bralczyk po ponad dwóch latach ponownie wrócił do sprawy i wyjaśnił, dlaczego nadal nie uważa określenia „zdychać” za obraźliwe, gdy mowa o zwierzętach. Językoznawca wspomniał również o fali hejtu, z którą musiał się mierzyć. Dowiedz się więcej!
Wypowiedź prof. Jerzego Bralczyka z 2024 roku odbiła się szerokim echem. Językoznawca pojawił się wówczas w programie „100 pytań do”, gdzie został zapytany między innymi o sposób, w jaki współcześnie mówimy o zwierzętach. Jedno z jego stwierdzeń szczególnie mocno podzieliło opinię publiczną i szybko wywołało dyskusję w mediach społecznościowych.
Chodziło o słowa „umierać” i „zdychać” w odniesieniu do zwierząt. Jerzy Bralczyk przyznał wówczas, że nie jest zwolennikiem określania śmierci psa czy kota mianem „umierania”. Tłumaczył, że jako osoba przywiązana do tradycyjnych form językowych inaczej postrzega te określenia.
“Jestem starym człowiekiem i preferuję te tradycyjne formuły i sposób myślenia. Nawet mówienie, że choćby najulubieńszy pies umarł, będzie dla mnie obce. Nie, pies niestety zdechł” – przekonywał wówczas profesor.
Wypowiedź spotkała się z bardzo różnymi reakcjami. Część osób broniła językoznawcy, wskazując, że mówił o tradycyjnym użyciu języka, inni natomiast uznali, że słowo „zdechł” ma w przypadku ukochanego zwierzęcia zdecydowanie negatywny wydźwięk. Dyskusja szybko wyszła poza środowisko językoznawcze i stała się jednym z głośniejszych tematów w mediach.
POLECAMY: Kayah wystąpi wiosną w „Tańcu z Gwiazdami”? Padła jasna deklaracja
Jerzy Bralczyk wraca do afery związanej ze “zdychaniem zwierząt”. Zmienił zdanie?
Teraz, po ponad dwóch latach, Jerzy Bralczyk ponownie odniósł się do tej kwestii. W podcaście „W stylu Krychowiaka” w RMF FM językoznawca wyjaśnił, że jego stanowisko wcale się nie zmieniło. Nadal uważa, że słowo „zdychać” samo w sobie nie musi być pejoratywne, jeżeli odnosi się do zwierzęcia.
“Słowo „zdychać” nie jest dla mnie pejoratywne. W odniesieniu do człowieka tak, ale w odniesieniu do zwierzęcia nie. Miałem dwa koty ulubione, jeden był wręcz ukochany i on zdechł. Niestety. Przykro mi” – wyznał u Krychowiaka.
Tym samym Jerzy Bralczyk po raz kolejny jasno wyraził swoje stanowisko. Jego zdaniem używanie słowa „zdechł” w odniesieniu do zwierzęcia wynika z tradycyjnego sposobu posługiwania się językiem. Nie oznacza natomiast braku szacunku do zwierzęcia ani braku emocjonalnego przywiązania do niego.
Co ciekawe, profesor wspomniał również o tym, jak osobiście odebrał reakcje na jego wcześniejszą wypowiedź. Jerzy Bralczyk przyznał, że fala krytyki była dla niego przykra, szczególnie dlatego, że część opinii publicznej zaczęła postrzegać go jako osobę, która nie darzy zwierząt sympatią.
“Bardzo dużo hejtu dostałem. Przykro mi z tego powodu, bo wyszedłem na kogoś, kto nie lubi zwierząt. A cierpienia zwierząt są dla mnie jak cierpienia ludzi” – dodał.
To właśnie ten fragment rozmowy pokazuje, że dla Jerzego Bralczyka cała sprawa miała również bardzo osobisty wymiar. Językoznawca podkreślił, że jego wybór konkretnego słowa nie ma nic wspólnego z brakiem empatii wobec zwierząt. Wręcz przeciwnie, zaznaczył, że cierpienie zwierząt jest dla niego równie istotne jak cierpienie ludzi.
W tej samej rozmowie Jerzy Bralczyk został zapytany także o inne określenie, które we współczesnej polszczyźnie budzi kontrowersje. Tym razem chodziło o słowo „Murzyn”. Profesor przedstawił swoje stanowisko, wskazując, że z jego perspektywy słowo to nadal może pełnić funkcję opisową w języku.
“Potrzebne mi jest to słowo na określenie ludzi, którzy tak wyglądają, mają ciemną skórę” – zauważył profesor Bralczyk.
Wypowiedź ponownie może wywołać dyskusję, szczególnie że współczesna polszczyzna zmienia się wraz ze zmianami społecznymi i kulturowymi. Jerzy Bralczyk zaznaczył jednak, że w praktyce bierze pod uwagę również odczucia drugiej osoby. Jeżeli konkretne określenie kogoś rani lub sprawia mu przykrość, profesor deklaruje, że nie będzie go wobec takiej osoby używał.
“Przecież ja nie czuję żadnej wyższości nad ludźmi czarnymi. Absolutnie […] Wobec nich tak nie powiem, bo ja nie lubię sprawiać przykrości” – przekonywał.
Po latach temat „zdychania” zwierząt ponownie więc wrócił do przestrzeni publicznej. Jerzy Bralczyk nie wycofał się ze swojej wcześniejszej opinii, ale jednocześnie zdecydował się opowiedzieć o konsekwencjach, jakie spotkały go po tamtej wypowiedzi. Jak sam przyznał, szczególnie dotknęło go przedstawianie go jako osoby, która nie lubi zwierząt.
ZOBACZ RÓWNIEŻ: Martyna Wojciechowska ma powody do radości. Właśnie TO ogłoszono
Jakie Wy macie zdanie na ten temat? Dajcie znać w komentarzu pod artykułem!


news
Martyna Wojciechowska ma powody do radości. Właśnie TO ogłoszono
Martyna Wojciechowska po raz kolejny udowadnia, że widzowie wciąż chcą oglądać jej podróże w najdalsze zakątki świata. Nowy sezon „Kobiety na krańcu świata” wystartował z mocnym wynikiem, a dane po pierwszych odcinkach mogą robić wrażenie. TVN ma naprawdę sporo powodów do zadowolenia. Dowiedz się więcej!
Trzy tygodnie temu wystartował nowy sezon kultowego już programu „Kobieta na krańcu świata”, którego gospodynią od lat jest Martyna Wojciechowska. Podróżniczka ponownie ruszyła w świat, aby spotykać niezwykłe kobiety, poznawać ich historie i pokazywać widzom miejsca, których na co dzień nie mają okazji zobaczyć. Tym razem również nie zabrakło kierunków, które mogą mocno zaskoczyć publiczność.
W pierwszym odcinku Martyna Wojciechowska zabrała widzów do Indii. Druga wyprawa prowadziła do Korei Północnej, natomiast w trzecim odcinku bohaterowie i widzowie przenieśli się na Fidżi. Każdy z tych kierunków przyniósł zupełnie inną historię i pozwolił spojrzeć na świat z perspektywy ludzi żyjących w bardzo różnych warunkach.
Co jednak najważniejsze, nowy sezon może pochwalić się bardzo dobrymi wynikami oglądalności. Jak ustalił portal Press, premierowe odcinki, które są nadawane od końca sierpnia w niedziele około godziny 11.30. Z danych uwzględniających również widownię poza domem wynika, że podczas emisji programu TVN osiąga średnio 9,27 proc. udziału w grupie ogólnej 4+ oraz 12,49 proc. w grupie komercyjnej 20-54, rozliczeniowej stacji.
Szczegółowe wyniki poszczególnych odcinków również wyglądają bardzo dobrze. Pierwszy odcinek nowej serii przyciągnął średnio 605 tysięcy widzów. Drugi zainteresował już aż 963 tysiące osób, natomiast trzeci obejrzało średnio 686 tysięcy widzów. Oznacza to, że program potrafi zgromadzić przed telewizorami naprawdę dużą publiczność, mimo że jest emitowany w niedzielnym paśmie przedpołudniowym.
POLECAMY: Kultowe show wróci do Polsatu? Edward Miszczak zabrał głos
Martyna Wojciechowska przyciąga tłumy widzów
Jeszcze ciekawiej wygląda porównanie z poprzednim sezonem. Rok temu po pierwszych trzech odcinkach program miał średnio 567 tysięcy widzów. Tegoroczna średnia po trzech emisjach wynosi natomiast około 751 tysięcy. To oznacza wzrost o blisko 184 tysiące widzów. Jak na program, który jest na antenie od wielu lat, taki rezultat jest naprawdę znaczący.
Warto również zwrócić uwagę na pozycję TVN w samym paśmie emisji programu. W niedzielnym przedziale od 11.30 do 12.35, który w większości pokrywa się z emisją „Kobiety na krańcu świata”, stacja osiąga 8,87 proc. udziału w grupie ogólnej 4+. To pozwala jej zająć pierwsze miejsce wśród kanałów telewizyjnych, przed TVN24, które w tym czasie osiąga 8,45 proc. udziału.
Stacja jest również liderem w grupie komercyjnej 20-54, gdzie w tym paśmie osiąga 12,09 proc. udziału. To pokazuje, że „Kobieta na krańcu świata” nie jest jedynie programem, który przyciąga wiernych fanów Martyny Wojciechowskiej. Format nadal potrafi skutecznie konkurować o widza z innymi propozycjami telewizyjnymi.
Tym bardziej wynik może cieszyć Martynę Wojciechowską. Program ma już przecież ogromny staż, a utrzymanie zainteresowania widzów przez tak wiele lat nie jest łatwym zadaniem. W przypadku wielu produkcji po kolejnych sezonach oglądalność zaczyna spadać, tymczasem tutaj sytuacja wygląda zupełnie inaczej. Tegoroczna średnia jest wyraźnie wyższa niż przed rokiem.
A to jeszcze nie koniec podróży. Przed widzami „Kobiety na krańcu świata” pozostało pięć premierowych odcinków. Martyna Wojciechowska odwiedzi między innymi Nową Zelandię, Republikę Konga, Republikę Środkowoafrykańską, Pustynię Gobi w Mongolii oraz Bengal Zachodni. Każdy z tych kierunków zapowiada kolejne spotkania i historie, które mogą przyciągnąć przed telewizory jeszcze większą publiczność.
Premierowe odcinki „Kobiety na krańcu świata” widzowie mogą oglądać w każdą niedzielę po „Dzień Dobry TVN” w TVN, około godziny 11.30. Na razie wszystko wskazuje na to, że decyzja o kontynuowaniu programu była strzałem w dziesiątkę. Martyna Wojciechowska po raz kolejny pokazuje, że format, który przez lata stał się jednym z jej znaków rozpoznawczych, nadal ma swoją publiczność.
ZOBACZ RÓWNIEŻ: Nowa czołówka „Na Wspólnej” wywołała burzę. Podoba się Wam?
Lubicie oglądać program Martyny Wojciechowskiej? Dajcie znać w komentarzu pod artykułem!





Autor: Szymon Jedynak
Dodaj komentarz
-
news4 dni temuBudka Suflera ma nowego wokalistę. To on zastąpi Jacka Kawalca
-
news3 dni temu„M jak miłość” żegna kolejne gwiazdy. Znane nazwiska odchodzą z serialu
-
news5 dni temuEdyta Bartosiewicz zachwycona uczestnikiem „The Voice of Poland” [WIDEO]
-
showbiz3 dni temuZrezygnował z „Tańca z Gwiazdami”. Teraz przerwał milczenie
-
showbiz3 dni temuFilip Gurłacz PSIOCZY na „Taniec z Gwiazdami”. W tle Kaczorowska
-
news2 dni temuKrzysztof Kwiatkowski długo ukrywał ukochaną. Jego partnerka to znana wokalistka
-
news4 dni temuCzerwony dywan, multum gwiazd i wielkie emocje. Tak premierę „100 dni: Misja Zeus” świętowali w Energylandii
-
showbiz4 dni temuWielkie zmiany tuż przed 2. odcinkiem „Tańca z Gwiazdami”. Tego jeszcze nie było

Dodaj komentarz