news
Porady jak utrzymać równowagę między pracą a życiem prywatnym
Jeszcze niedawno granica była oczywista. Wychodziłeś z biura – kończyła się praca. Zamykałeś drzwi mieszkania – zaczynało się życie prywatne. Dziś laptop stoi na stole w salonie, telefon służbowy wibruje w kieszeni podczas kolacji, a Slack potrafi odezwać się w sobotni wieczór. Praca zdalna, hybrydowa, elastyczne godziny – wszystko to miało dać nam większą kontrolę. A często dało stałą dostępność.
W świecie, w którym smartfon służy jednocześnie do wideokonferencji, bankowości, mediów społecznościowych i rozrywki – czy to serial, czy gry na telefon hazardowe – niezwykle łatwo przeskoczyć z trybu „pracuję” w tryb „scrolluję”, nie wychodząc nawet z tej samej aplikacji. Granica między obowiązkiem a odpoczynkiem przestaje być przestrzenią – staje się stanem umysłu. A ten bywa zawodny.
Presja produktywności tylko podkręca tempo. Kultura „zawsze online”, mierzenie efektywności, porównywanie się do innych – to wszystko sprawia, że praca wchodzi w nasze wieczory, weekendy i myśli tuż przed snem. Dlatego równowaga między pracą a życiem prywatnym nie jest dziś luksusem. Jest koniecznością.
Czym naprawdę jest równowaga między pracą a życiem prywatnym

Równowaga nie oznacza matematycznego podziału 50/50. To mit, który potrafi bardziej frustrować niż pomagać. Nie chodzi o to, by każda godzina pracy miała swoje lustrzane odbicie w godzinie odpoczynku. Chodzi o coś innego – o zrównoważone zarządzanie czasem, godzenie kariery z życiem prywatnym, energią i priorytetami.
W praktyce oznacza to, że są okresy intensywniejsze zawodowo – projekty, deadliny, ważne spotkania. Ale po nich musi nastąpić realna regeneracja. Równowaga to system, który jest możliwy do utrzymania miesiącami i latami, a nie sprint, który kończy się wypaleniem.
Badania nad wypaleniem zawodowym pokazują, że długotrwały brak granic między pracą a życiem prywatnym zwiększa ryzyko chronicznego stresu, problemów ze snem i spadku satysfakcji z pracy. Równowaga to nie moda z poradnika lifestyle’owego. To element higieny psychicznej.
Błędy, które niszczą równowagę
Prawda jest taka, że Polacy nadal uczą się równowagi między pracą a życiem prywatnym. Pierwszy błąd to praca poza ustalonymi godzinami. „Tylko odpiszę na jednego maila”, „jeszcze jeden slajd”, „jeszcze 15 minut”. Te drobne przesunięcia budują nawyk, w którym praca nie ma końca. Jeśli nie wyznaczymy momentu zamknięcia dnia zawodowego, nikt nie zrobi tego za nas.
Drugi błąd to ciągłe sprawdzanie poczty. Badania nad tzw. „attention residue” pokazują, że nawet krótki powrót do wiadomości służbowych podczas czasu wolnego obniża jakość odpoczynku. Umysł pozostaje częściowo w trybie zadaniowym.
Trzecia pułapka to pomijanie przerw. Paradoksalnie, im więcej pracy, tym bardziej potrzebujemy krótkich momentów oddechu. Ignorowanie przerw prowadzi do spadku koncentracji i efektywności, a w dłuższej perspektywie – do zmęczenia poznawczego.
Czwarty problem to brak planowania. Jeśli dzień zaczyna się bez jasnej listy priorytetów, kończy się chaosem. A chaos wydłuża czas pracy.
Piąty błąd to nieumiejętność odłączenia się. Telefon na stoliku nocnym, powiadomienia włączone 24/7, odpowiadanie na wiadomości w niedzielę wieczorem. Bez świadomego „wylogowania się” z pracy trudno mówić o prawdziwym odpoczynku.
Wyznaczanie granic w cyfrowym świecie

Granice trzeba zaprojektować. Nie pojawią się same.
Pierwszy krok to określenie godzin pracy – nawet przy pracy zdalnej. Konkretny przedział, po którym komputer zostaje zamknięty. Stała godzina zakończenia dnia pomaga budować nawyk odłączania się.
Drugi krok to ograniczenie komunikacji po godzinach. Coraz więcej firm wprowadza polityki „right to disconnect”, czyli prawo do bycia offline poza ustalonym czasem pracy. Jeśli Twoja organizacja nie ma takiej zasady, możesz wypracować własną – na przykład ustawiając automatyczną informację o dostępności.
Trzecia kwestia to zarządzanie powiadomieniami. Wyłączenie alertów z aplikacji służbowych po pracy to drobna zmiana, która ma ogromne znaczenie dla spokoju wieczoru.
Czwarty element to komunikowanie oczekiwań. Jeśli współpracownicy wiedzą, kiedy jesteś dostępny, rzadziej będą oczekiwać natychmiastowej odpowiedzi o 21:30.
Strategie zarządzania energią
Czas to jedno. Energia – drugie.
Planowanie tygodniowe pozwala spojrzeć szerzej niż tylko na listę zadań na jutro. Dzięki temu możesz rozłożyć intensywne projekty tak, by nie kumulowały się w jednym dniu.
Technika 80/20, znana jako zasada Pareto, przypomina, że często 20% działań przynosi 80% efektów. Warto zidentyfikować te kluczowe zadania i skupić się na nich w godzinach największej koncentracji.
Time blocking, czyli blokowanie czasu na konkretne zadania, pomaga uniknąć rozpraszania. Zamiast reagować na każde powiadomienie, tworzysz przestrzeń na głęboką pracę.
Pomocne są też strukturalne przerwy. Technika Pomodoro – 25 minut pracy i 5 minut przerwy – opiera się na udokumentowanym fakcie, że koncentracja ma swoje naturalne cykle. Regularne przerwy zwiększają efektywność.
Rola odpoczynku
Sen to fundament. Dorosły człowiek potrzebuje zazwyczaj 7–9 godzin snu na dobę. Chroniczny niedobór snu wpływa na koncentrację, nastrój i odporność na stres. Aktywność fizyczna działa jak naturalny regulator napięcia. Regularny ruch obniża poziom stresu i poprawia jakość snu. Nie musi to być maraton – wystarczy szybki spacer czy trening kilka razy w tygodniu.
Hobby i aktywności offline pozwalają mózgowi wejść w inny tryb. Gotowanie, czytanie, sport, muzyka – to przestrzeń, w której nie jesteśmy oceniani przez KPI ani deadliny. Techniki zarządzania stresem, takie jak ćwiczenia oddechowe czy medytacja uważności, mają potwierdzone działanie w redukcji napięcia. Nawet kilka minut dziennie może przynieść zauważalny efekt.
Warto również zadbać o jakość odpoczynku, nie tylko jego długość. Ograniczenie ekranów przed snem, stałe pory zasypiania i krótkie rytuały wyciszające pomagają organizmowi wejść w tryb regeneracji. Odpoczynek to nie strata czasu – to inwestycja w długofalową wydajność i zdrowie.
Równowaga w długiej perspektywie
Najważniejsze jest to, że równowaga nie powstaje w jeden weekend. To proces. Warto wprowadzać zmiany stopniowo – najpierw stała godzina kończenia pracy, potem ograniczenie powiadomień, później planowanie tygodniowe.
Regularna autorefleksja pomaga ocenić, czy obecny model pracy wspiera Twoje zdrowie i efektywność. To, co działało rok temu, dziś może wymagać korekty. Równowaga między pracą a życiem prywatnym nie jest celem samym w sobie. Jest warunkiem, by pracować skutecznie i żyć w sposób, który daje satysfakcję. A w świecie nieustannej łączności to właśnie świadome stawianie granic staje się najważniejszą kompetencją.
Warto też pamiętać, że potrzeby zmieniają się wraz z etapem życia. Inaczej wygląda równowaga u osoby budującej karierę, inaczej u rodzica małych dzieci, a jeszcze inaczej u kogoś, kto prowadzi własną działalność. Dlatego tak istotne jest regularne „aktualizowanie” własnych priorytetów. Raz na kilka miesięcy warto zadać sobie proste pytanie: czy obecny rytm dnia mnie wzmacnia, czy wyczerpuje? Jeśli odpowiedź brzmi to drugie, to sygnał do korekty. Małe przesunięcia – krótsze spotkania, mniej zobowiązań po godzinach, więcej czasu na regenerację – w długiej perspektywie robią ogromną różnicę.
news
„Po prostu Damian” stworzył nowy gatunek: CYBER-POP? Prosto z premiery „100 dni: Misja Zeus”
„Po prostu Damian” stworzył nowy gatunek: CYBER-POP? Prosto z premiery „100 dni: Misja Zeus”
POLECAMY: Kayah wystąpi wiosną w „Tańcu z Gwiazdami”? Padła jasna deklaracja
news
Filip Chajzer po latach wrócił do tragedii. „Nigdy nie usłyszałem słowa przepraszam”
Śmierć 9-letniego Maksa w 2015 roku na zawsze zmieniła życie Filipa Chajzera. Dziennikarz przez lata unikał szczegółowego opowiadania o tragedii, jednak w podcaście Cypriana Majchera wrócił do bolesnych wspomnień. Opowiedział o żałobie, emocjach, które wciąż mu towarzyszą, oraz relacji z byłym teściem, który prowadził samochód w chwili wypadku.
Filip Chajzer przez lata bardzo oszczędnie mówił o śmierci swojego 9-letniego syna Maksa. Chłopiec zginął w 2015 roku w tragicznym wypadku samochodowym, do którego doszło podczas podróży z dziadkiem, byłym teściem dziennikarza. Ta tragedia na zawsze odcisnęła piętno na życiu prezentera, który wielokrotnie podkreślał, że po takiej stracie nic już nie może wyglądać jak wcześniej.
W rozmowie z Cyprianem Majcherem, Filip Chajzer zdecydował się wrócić do tamtych wydarzeń i opowiedzieć o bólu, z którym mierzy się do dziś. Szczególnie poruszająco zabrzmiały jego słowa dotyczące żałoby oraz relacji z byłym teściem. Dziennikarz przyznał, że nigdy nie usłyszał od niego przeprosin ani nawet próby rozmowy o wypadku.
POLECAMY: Filip Chajzer BRONI prezydenta NAWROCKIEGO! Co sądzi o słowach Wojewódzkiego?
Tragedia, po której nic nie było już takie samo
Śmierć 9-letniego Maksa w lipcu 2015 roku była dla Filipa Chajzera tragedią, która na zawsze zmieniła jego życie. Chłopiec zginął w wypadku samochodowym, gdy podróżował z dziadkiem, ojcem swojej mamy. Samochód zjechał z drogi i uderzył w naczepę ciężarówki stojącej na poboczu. Dziecko zginęło na miejscu, a dziennikarz, który w tym czasie przebywał w Stanach Zjednoczonych, natychmiast wrócił do Polski. Filip Chajzer przez długi czas nie potrafił mówić o śmierci syna. Wspomnienia związane z Maksem były zbyt bolesne, a żałoba całkowicie rozbiła jego dotychczasowe życie. Dziennikarz przyznawał, że po tej tragedii zmagał się z depresją i przez wiele lat próbował znaleźć sposób na poradzenie sobie z cierpieniem.
Życie po takiej stracie nigdy nie będzie już normalne – mówił Filip Chajzer, podkreślając, że śmierci dziecka nie da się racjonalnie wyjaśnić ani przepracować w taki sposób, aby ból po prostu zniknął.
W innym wywiadzie opowiadał, że Maks śnił mu się niemal każdej nocy. Po przebudzeniu zapisywał rozmowy ze swoim synem, aby zachować choć namiastkę kontaktu z nim.
Maks śnił mi się niemal każdej nocy. Budziłem się i zapisywałem nasze rozmowy – wspominał. Jak tłumaczył, początkowo wstydził się prosić o pomoc psychologa.
Uważał, że powinien sam poradzić sobie z emocjami, choć jego stan psychiczny był bardzo trudny.
Byłem w fatalnym stanie, ale wtedy jeszcze nie chciałem pomocy psychologa. Wstydziłem się, że jestem taki słaby. Próbowałem poszukiwać odpowiedzi na własną rękę. Śmierci dziecka nie da się racjonalnie wytłumaczyć. W ogóle nie da się wytłumaczyć… – mówił w rozmowie cytowanej przez media.
Z czasem Filip Chajzer zdecydował się na terapię. Przyznawał, że korzystał z pomocy wielu specjalistów, jednak nawet intensywna praca nad sobą nie sprawiła, że wspomnienia o synu przestały boleć. W jego przypadku żałoba nie była zamkniętym rozdziałem, lecz doświadczeniem, które powracało w najmniej oczekiwanych momentach.
POLECAMY: Filip Chajzer żali się u Wojewódzkiego: „Tęsknię za tym”. Przykre?
Teść zawinił?
W najnowszych wspomnieniach dziennikarz wrócił także do relacji z byłym teściem, który prowadził samochód w chwili tragicznego wypadku. Filip Chajzer przyznał, że między nimi nie doszło do rozmowy, która mogłaby pomóc mu zrozumieć wydarzenia z 2015 roku lub choć częściowo zamknąć ten bolesny temat.
Nigdy nikt nie podjął ze mną próby rozmowy. Nigdy nie usłyszałem jednego słowa, nigdy nie usłyszałem słowa przepraszam – wyznał.
W rozmowach o tragedii podkreślał, że każdy człowiek przeżywa żałobę inaczej. Jedni potrzebują mówić o zmarłej osobie, inni zamykają się w sobie i próbują funkcjonować mimo ogromnego bólu. Dziennikarz opowiadał również o fali hejtu, która spadła na niego po śmierci Maksa. W internecie pojawiały się brutalne komentarze, a nieznane osoby przesyłały mu zdjęcia miejsc związanych z wypadkiem. Dziennikarz wspominał, że takie zachowanie doprowadziło go do skrajnego załamania.
Ja wtedy w środku umarłem. To była taka śmierć za życia moja – mówił, opisując emocje, które towarzyszyły mu po atakach w sieci.
Mimo upływu lat Filip Chajzer nie ukrywa, że strata syna wciąż jest obecna w jego życiu. Wspominanie Maksa stało się dla niego także sposobem na zachowanie pamięci o chłopcu. Jak podkreślał, zależało mu na tym, aby historia jego dziecka nie została zapomniana, a jego imię nadal było obecne w świadomości ludzi.
POLECAMY: TYLKO U NAS: 20-letnia narzeczona Chajzera w „Królowej Przetrwania”? Padły zaskakujące słowa




news
Nie mogą znaleźć Michała Wójcika. Przez to procedura wymeldowania utknęła
Wokół Michała Wójcika narasta kolejny konflikt. Rodzice jego zmarłej partnerki chcą wymeldować kabareciarza z należącej do nich nieruchomości w Katowicach. Budynek planują wyburzyć, jednak procedura od miesięcy nie może się zakończyć. Problemem jest między innymi ustalenie aktualnego miejsca pobytu artysty.
Wokół Michała Wójcika narasta konflikt, który może mieć swój finał w sądzie. Rodzice jego zmarłej partnerki chcą wymeldować kabareciarza z domu w Katowicach, należącego do nich od lat. Jak twierdzą, budynek jest w złym stanie technicznym i planują go wyburzyć, jednak formalności związane z wymeldowaniem artysty ciągną się już od kilku miesięcy.
Dodatkowym problemem jest ustalenie, gdzie obecnie przebywa Michał Wójcik. Właściciele nieruchomości nie kryją frustracji, a urzędnicy wyjaśniają, że przed wydaniem decyzji muszą dokładnie sprawdzić, czy kabareciarz rzeczywiście i na stałe opuścił lokal.
Kim jest Michał Wójcik?
Michał Wójcik to jeden z najbardziej rozpoznawalnych polskich artystów kabaretowych. Od 2000 roku występuje w popularnym kabarecie Ani Mru-Mru, który współtworzy między innymi z Marcinem Wójcikiem i Waldemarem Wilkołkiem. Choć panowie noszą to samo nazwisko, nie są spokrewnieni. Artysta urodził się 22 listopada 1971 roku w Lublinie, a poza działalnością kabaretową pojawiał się również w produkcjach telewizyjnych, między innymi w improwizowanym serialu „Spadkobiercy”.
Prywatnie Michał Wójcik jest ojcem czworga dzieci. Ma córkę Julię oraz synów: Jakuba, Charliego i Michała Juniora. Pociechy pochodzą z różnych związków artysty. W 2022 roku artysta kabaretowy pojawił się z najstarszą córką w programie „Dzień Dobry TVN”, gdzie opowiadał o ich relacji, wspólnych zainteresowaniach i kontaktach w patchworkowej rodzinie.
Michał Wójcik od około trzech lat jest zameldowany w domu przy ulicy Średniej w Katowicach. Nieruchomość należy do Barbary i Janusza W., czyli rodziców jego zmarłej partnerki, Janiny W. Kobieta zmarła 6 marca 2023 roku po chorobie nowotworowej. Para doczekała się syna, który obecnie pozostaje pod opieką ojca i jego nowej partnerki. Jak twierdzą właściciele budynku, Michał Wójcik został zameldowany w ich nieruchomości około dwóch tygodni po śmierci Janiny. Według ich relacji chcieli w ten sposób pomóc mu w uporządkowaniu spraw finansowych i urzędowych.
Rodzice Janiny przekonują, że w tamtym czasie artysta miał problemy finansowe i potrzebował zameldowania w Katowicach, aby móc ustalić sposób spłaty zadłużenia wobec urzędu skarbowego. Początkowo ich relacje miały być dobre, jednak z czasem doszło między nimi do pogorszenia stosunków. Właściciele nieruchomości chcą obecnie zakończyć sprawę i odzyskać pełną swobodę w dysponowaniu budynkiem. Podkreślają, że dom jest w złym stanie technicznym i może stanowić zagrożenie dla osób przechodzących w jego pobliżu.
Nie wiadomo, gdzie obecnie mieszka kabareciarz
Barbara i Janusz W. planują wyburzenie budynku, a następnie inne zagospodarowanie należącej do nich działki. Twierdzą jednak, że obecność Michała Wójcika w ewidencji mieszkańców utrudnia realizację tych planów. Dodatkowo pod wskazanym adresem mają pojawiać się osoby podające się za wierzycieli artysty. Właściciele rozpoczęli procedurę wymeldowania, która w katowickim urzędzie trwa od lutego. Postępowanie przeciąga się, ponieważ urzędnicy mają trudności z ustaleniem, gdzie faktycznie przebywa Michał Wójcik.
Sprawdzane miały być między innymi adresy w Lublinie, gdzie kabareciarz był wcześniej zameldowany. Według relacji rodziców jego zmarłej partnerki artysty miał również wynajmować mieszkanie w Mysłowicach. Tamtejszy urząd miał wezwać go na spotkanie, jednak artysta nie pojawił się w wyznaczonym terminie.
W związku z tym katowicki urząd może zwrócić się do sądu o wyznaczenie przedstawiciela dla osoby nieobecnej. Taki przedstawiciel mógłby reprezentować Michała Wójcika w postępowaniu administracyjnym.
Sprawa znowu się przeciąga o kolejne miesiące – komentują Barbara i Janusz W.
Urzędnicy podkreślają, że samo złożenie wniosku nie oznacza automatycznego wymeldowania. Przed wydaniem decyzji trzeba ustalić, czy dana osoba rzeczywiście i trwale opuściła lokal. W tym celu urząd może analizować zeznania świadków, oświadczenia, wyjaśnienia oraz wyniki oględzin nieruchomości. Na razie decyzja o wymeldowaniu Michała Wójcika nie została wydana. „Fakt” zwrócił się do artysty o komentarz za pośrednictwem jego menedżera Zbigniewa Remleina. Prośba miała zostać przekazana kabareciarzowi, jednak do czasu publikacji materiału nie otrzymano odpowiedzi.
POLECAMY: Kultowe show wróci do Polsatu? Edward Miszczak zabrał głos





news
Jerzy Bralczyk znów mówi o „zdychaniu” zwierząt. Te słowa niegdyś wywołały burzę
Wystarczyło jedno słowo, by w 2024 roku rozpętała się ogólnopolska dyskusja. Teraz Jerzy Bralczyk po ponad dwóch latach ponownie wrócił do sprawy i wyjaśnił, dlaczego nadal nie uważa określenia „zdychać” za obraźliwe, gdy mowa o zwierzętach. Językoznawca wspomniał również o fali hejtu, z którą musiał się mierzyć. Dowiedz się więcej!
Wypowiedź prof. Jerzego Bralczyka z 2024 roku odbiła się szerokim echem. Językoznawca pojawił się wówczas w programie „100 pytań do”, gdzie został zapytany między innymi o sposób, w jaki współcześnie mówimy o zwierzętach. Jedno z jego stwierdzeń szczególnie mocno podzieliło opinię publiczną i szybko wywołało dyskusję w mediach społecznościowych.
Chodziło o słowa „umierać” i „zdychać” w odniesieniu do zwierząt. Jerzy Bralczyk przyznał wówczas, że nie jest zwolennikiem określania śmierci psa czy kota mianem „umierania”. Tłumaczył, że jako osoba przywiązana do tradycyjnych form językowych inaczej postrzega te określenia.
“Jestem starym człowiekiem i preferuję te tradycyjne formuły i sposób myślenia. Nawet mówienie, że choćby najulubieńszy pies umarł, będzie dla mnie obce. Nie, pies niestety zdechł” – przekonywał wówczas profesor.
Wypowiedź spotkała się z bardzo różnymi reakcjami. Część osób broniła językoznawcy, wskazując, że mówił o tradycyjnym użyciu języka, inni natomiast uznali, że słowo „zdechł” ma w przypadku ukochanego zwierzęcia zdecydowanie negatywny wydźwięk. Dyskusja szybko wyszła poza środowisko językoznawcze i stała się jednym z głośniejszych tematów w mediach.
POLECAMY: Kayah wystąpi wiosną w „Tańcu z Gwiazdami”? Padła jasna deklaracja
Jerzy Bralczyk wraca do afery związanej ze “zdychaniem zwierząt”. Zmienił zdanie?
Teraz, po ponad dwóch latach, Jerzy Bralczyk ponownie odniósł się do tej kwestii. W podcaście „W stylu Krychowiaka” w RMF FM językoznawca wyjaśnił, że jego stanowisko wcale się nie zmieniło. Nadal uważa, że słowo „zdychać” samo w sobie nie musi być pejoratywne, jeżeli odnosi się do zwierzęcia.
“Słowo „zdychać” nie jest dla mnie pejoratywne. W odniesieniu do człowieka tak, ale w odniesieniu do zwierzęcia nie. Miałem dwa koty ulubione, jeden był wręcz ukochany i on zdechł. Niestety. Przykro mi” – wyznał u Krychowiaka.
Tym samym Jerzy Bralczyk po raz kolejny jasno wyraził swoje stanowisko. Jego zdaniem używanie słowa „zdechł” w odniesieniu do zwierzęcia wynika z tradycyjnego sposobu posługiwania się językiem. Nie oznacza natomiast braku szacunku do zwierzęcia ani braku emocjonalnego przywiązania do niego.
Co ciekawe, profesor wspomniał również o tym, jak osobiście odebrał reakcje na jego wcześniejszą wypowiedź. Jerzy Bralczyk przyznał, że fala krytyki była dla niego przykra, szczególnie dlatego, że część opinii publicznej zaczęła postrzegać go jako osobę, która nie darzy zwierząt sympatią.
“Bardzo dużo hejtu dostałem. Przykro mi z tego powodu, bo wyszedłem na kogoś, kto nie lubi zwierząt. A cierpienia zwierząt są dla mnie jak cierpienia ludzi” – dodał.
To właśnie ten fragment rozmowy pokazuje, że dla Jerzego Bralczyka cała sprawa miała również bardzo osobisty wymiar. Językoznawca podkreślił, że jego wybór konkretnego słowa nie ma nic wspólnego z brakiem empatii wobec zwierząt. Wręcz przeciwnie, zaznaczył, że cierpienie zwierząt jest dla niego równie istotne jak cierpienie ludzi.
W tej samej rozmowie Jerzy Bralczyk został zapytany także o inne określenie, które we współczesnej polszczyźnie budzi kontrowersje. Tym razem chodziło o słowo „Murzyn”. Profesor przedstawił swoje stanowisko, wskazując, że z jego perspektywy słowo to nadal może pełnić funkcję opisową w języku.
“Potrzebne mi jest to słowo na określenie ludzi, którzy tak wyglądają, mają ciemną skórę” – zauważył profesor Bralczyk.
Wypowiedź ponownie może wywołać dyskusję, szczególnie że współczesna polszczyzna zmienia się wraz ze zmianami społecznymi i kulturowymi. Jerzy Bralczyk zaznaczył jednak, że w praktyce bierze pod uwagę również odczucia drugiej osoby. Jeżeli konkretne określenie kogoś rani lub sprawia mu przykrość, profesor deklaruje, że nie będzie go wobec takiej osoby używał.
“Przecież ja nie czuję żadnej wyższości nad ludźmi czarnymi. Absolutnie […] Wobec nich tak nie powiem, bo ja nie lubię sprawiać przykrości” – przekonywał.
Po latach temat „zdychania” zwierząt ponownie więc wrócił do przestrzeni publicznej. Jerzy Bralczyk nie wycofał się ze swojej wcześniejszej opinii, ale jednocześnie zdecydował się opowiedzieć o konsekwencjach, jakie spotkały go po tamtej wypowiedzi. Jak sam przyznał, szczególnie dotknęło go przedstawianie go jako osoby, która nie lubi zwierząt.
ZOBACZ RÓWNIEŻ: Martyna Wojciechowska ma powody do radości. Właśnie TO ogłoszono
Jakie Wy macie zdanie na ten temat? Dajcie znać w komentarzu pod artykułem!


-
news5 dni temuBudka Suflera ma nowego wokalistę. To on zastąpi Jacka Kawalca
-
news4 dni temu„M jak miłość” żegna kolejne gwiazdy. Znane nazwiska odchodzą z serialu
-
showbiz3 dni temuZrezygnował z „Tańca z Gwiazdami”. Teraz przerwał milczenie
-
news2 dni temuKrzysztof Kwiatkowski długo ukrywał ukochaną. Jego partnerka to znana wokalistka
-
news5 dni temuEdyta Bartosiewicz zachwycona uczestnikiem „The Voice of Poland” [WIDEO]
-
showbiz4 dni temuFilip Gurłacz PSIOCZY na „Taniec z Gwiazdami”. W tle Kaczorowska
-
showbiz2 dni temuKto odpadł z „Tańca z Gwiazdami”? Widzowie w szoku
-
news5 dni temuCzerwony dywan, multum gwiazd i wielkie emocje. Tak premierę „100 dni: Misja Zeus” świętowali w Energylandii

Dodaj komentarz