news
Co naprawdę wydarzyło się po zejściu Viki Gabor ze sceny na “Sylwestrze z Dwójką? Tego nie pokazali w TV
Jeszcze kilka dni temu mówiła o niej cała Polska w kontekście romskiego ślubu, dziś znów znalazła się w centrum uwagi jako artystka. Występ Viki Gabor podczas sylwestrowego koncertu TVP był nie tylko muzycznym wydarzeniem, ale też symbolicznym gestem. Czy scena stała się dla niej bezpiecznym azylem po jednej z najbardziej burzliwych chwil w karierze? Dowiedz się więcej!
Sylwestrowy występ Viki Gabor pod katowickim Spodkiem przyciągnął uwagę nie tylko fanów muzyki, lecz także tych, którzy od kilku dni śledzili medialne doniesienia na temat jej życia prywatnego. Młoda wokalistka pojawiła się na scenie „Sylwestra z Dwójką” w momencie, gdy emocje wokół jej romskiego ślubu wciąż nie opadły. Dla wielu widzów był to pierwszy sygnał, że mimo ogromnej presji i kontrowersji artystka nie zamierza rezygnować z zobowiązań zawodowych ani znikać z przestrzeni publicznej.
Jeszcze przed sylwestrową nocą nazwisko Gabor było odmieniane przez wszystkie przypadki za sprawą nagrania, które obiegło internet. Wideo, w którym Bogdan Trojanek ogłosił, że jego wnuk Giovanni poślubił Viki zgodnie z tradycją romską, wywołało prawdziwą burzę. Informacja ta była dla wielu fanów ogromnym zaskoczeniem, zwłaszcza że dotyczyła nie tylko życia prywatnego młodej gwiazdy, ale także kwestii kulturowych i obyczajowych, rzadko obecnych w mainstreamowych mediach.
Transmisja na żywo, prowadzona przez Bogdana Trojanka, momentalnie stała się viralem. Internauci z zapartym tchem obserwowali kolejne minuty nagrania, w którym padały słowa jasno wskazujące na zawarcie małżeństwa.
Tak miało być i tak się stało. Chciałem pastwo poinformować, że jesteśmy w Krakowie. Viki Gabor i mój wnuczek Giovani pobrali się według tradycji romskiej. Nie złamali prawa romskiego. Uciekli sobie, tak jak ich dziadkowie i pradziadkowie, tak i oni sobie uciekli. Od dzisiaj mój wnuczek jest w rodzinie Viki Gabor, a Viki jest w mojej rodzinie. A teraz jedziemy do jej dziadków i rodziców, żebyśmy zrobili tradycję cygańską. Czekajcie na cygańskie, piękne wesele – mówił mężczyzna w sobotnim nagraniu.
Reakcje w sieci były skrajne. Jedni gratulowali młodej parze odwagi i miłości, inni wyrażali niepokój związany z wiekiem Viki Gabor i tempem podejmowanych przez nią decyzji. Dyskusje szybko przestały być jedynie komentarzami fanów, a przeniosły się do programów publicystycznych i portali plotkarskich, gdzie analizowano zarówno prawne, jak i kulturowe aspekty romskiego ślubu.
Kilka godzin później Bogdan Trojanek zdecydował się na usunięcie nagrań z ceremonii, publikując poruszający wpis w mediach społecznościowych.
Nie spodziewałem się takiego zachowania ludzi. Dla spokoju Viki i mojego wnuka usuwam nagrania. Oni to strasznie przeżywają, odniosę się za parę dni do tego hejtu – przekazał w sobotę.
Ten gest tylko spotęgował domysły i pytania o to, jak młoda artystka radzi sobie z ogromną falą zainteresowania i krytyki.
Niedługo później fani zauważyli kolejny zaskakujący ruch – z profilu Viki Gabor na Instagramie zniknęły wszystkie dotychczasowe posty. Zostawione czarne zdjęcie profilowe i niemal całkowicie wyczyszczona siatka wywołały lawinę spekulacji. Dla wielu był to sygnał kryzysu, potrzeby odcięcia się lub próby uporządkowania własnej przestrzeni w momencie ogromnego napięcia emocjonalnego.
POLECAMY: Nie uwierzysz, co Mikołaj „Bagi” Bagiński zażądał od Polsatu przed sylwestrowym występem
Viki Gabor zaskoczyła na “Sylwestrze z Dwójką”
Tym większym zaskoczeniem okazało się pojawienie Viki Gabor na sylwestrowej scenie TVP. Przy katowickim Spodku artystka zaprezentowała się w zupełnie nowej odsłonie – z różowymi włosami, mocnym makijażem i odważną stylizacją z panterkowym płaszczem. Jej obecność była jasnym sygnałem, że mimo burzy w mediach społecznościowych nie zamierza rezygnować z kariery ani chować się przed kamerami.
Choć na ściance chętnie pozowała do zdjęć, Viki Gabor unikała dłuższych rozmów z mediami. Nasz reporter obecny na miejscu zauważył jednak, że za kulisami nie była sama – towarzyszył jej partner Giovanni, który przez cały wieczór pozostawał blisko artystki. Ten obrazek kontrastował z medialnymi narracjami, pokazując bardziej prywatną, spokojną stronę całej historii.
Podczas sylwestrowej nocy Viki Gabor wykonała m.in. swój hit „Afera”, który publiczność przyjęła z entuzjazmem. Występ był energetyczny, dopracowany i profesjonalny, jakby artystka chciała jasno zaznaczyć, że scena jest jej naturalnym środowiskiem, niezależnie od tego, co dzieje się poza nią. Dla wielu widzów był to moment, w którym kontrowersje zeszły na drugi plan, a na pierwszym znów pojawił się talent.
Choć pytania o romski ślub, reakcje internautów i decyzje podejmowane w mediach społecznościowych wciąż pozostają bez jednoznacznych odpowiedzi, jedno jest pewne – Viki Gabor znalazła się w punkcie przełomowym. Sylwestrowy występ pokazał, że nie zamierza uciekać od sceny ani publiczności. Czy to początek nowego etapu w jej życiu i karierze, czy jedynie chwilowe wyciszenie burzy?
ZOBACZ RÓWNIEŻ: Doda zagra wymarzony koncert na Narodowym? Bez spełnienia tych warunków nie ma mowy
Jak Wam się podobała kreacja Viki Gabor na “Sylwestrze z Dwójką”? Dajcie znać w komentarzu pod artykułem oraz na Instagramie, Facebooku i TikToku!






Autor: Szymon Jedynak
-
Kiedyś była ładna dziewczyna, a teraz jest poczwara. Ona chyba nie ma lustra, a kasa totalnie wyprała to coś co jeszcze chyba szczątkowo ma w głowie.
-
pieknie ……choc przykro ze tak szybko dorosla
-
Super 9
-
Jeszcze kilka dni temu mówiła o niej cała Polska w kontekście romskiego ślubu, dziś znów znalazła się w centrum uwagi jako artystka. Występ Viki Gabor podczas sylwestrowego koncertu TVP był nie tylko muzycznym wydarzeniem, ale też symbolicznym gestem. Czy scena stała się dla niej bezpiecznym azylem po jednej z najbardziej burzliwych chwil w karierze? Dowiedz się więcej!
Sylwestrowy występ Viki Gabor pod katowickim Spodkiem przyciągnął uwagę nie tylko fanów muzyki, lecz także tych, którzy od kilku dni śledzili medialne doniesienia na temat jej życia prywatnego. Młoda wokalistka pojawiła się na scenie „Sylwestra z Dwójką” w momencie, gdy emocje wokół jej romskiego ślubu wciąż nie opadły. Dla wielu widzów był to pierwszy sygnał, że mimo ogromnej presji i kontrowersji artystka nie zamierza rezygnować z zobowiązań zawodowych ani znikać z przestrzeni publicznej.
Jeszcze przed sylwestrową nocą nazwisko Gabor było odmieniane przez wszystkie przypadki za sprawą nagrania, które obiegło internet. Wideo, w którym Bogdan Trojanek ogłosił, że jego wnuk Giovanni poślubił Viki zgodnie z tradycją romską, wywołało prawdziwą burzę. Informacja ta była dla wielu fanów ogromnym zaskoczeniem, zwłaszcza że dotyczyła nie tylko życia prywatnego młodej gwiazdy, ale także kwestii kulturowych i obyczajowych, rzadko obecnych w mainstreamowych mediach.
Transmisja na żywo, prowadzona przez Bogdana Trojanka, momentalnie stała się viralem. Internauci z zapartym tchem obserwowali kolejne minuty nagrania, w którym padały słowa jasno wskazujące na zawarcie małżeństwa.
Tak miało być i tak się stało. Chciałem pastwo poinformować, że jesteśmy w Krakowie. Viki Gabor i mój wnuczek Giovani pobrali się według tradycji romskiej. Nie złamali prawa romskiego. Uciekli sobie, tak jak ich dziadkowie i pradziadkowie, tak i oni sobie uciekli. Od dzisiaj mój wnuczek jest w rodzinie Viki Gabor, a Viki jest w mojej rodzinie. A teraz jedziemy do jej dziadków i rodziców, żebyśmy zrobili tradycję cygańską. Czekajcie na cygańskie, piękne wesele – mówił mężczyzna w sobotnim nagraniu.
Reakcje w sieci były skrajne. Jedni gratulowali młodej parze odwagi i miłości, inni wyrażali niepokój związany z wiekiem Viki Gabor i tempem podejmowanych przez nią decyzji. Dyskusje szybko przestały być jedynie komentarzami fanów, a przeniosły się do programów publicystycznych i portali plotkarskich, gdzie analizowano zarówno prawne, jak i kulturowe aspekty romskiego ślubu.
Kilka godzin później Bogdan Trojanek zdecydował się na usunięcie nagrań z ceremonii, publikując poruszający wpis w mediach społecznościowych.
Nie spodziewałem się takiego zachowania ludzi. Dla spokoju Viki i mojego wnuka usuwam nagrania. Oni to strasznie przeżywają, odniosę się za parę dni do tego hejtu – przekazał w sobotę.
Ten gest tylko spotęgował domysły i pytania o to, jak młoda artystka radzi sobie z ogromną falą zainteresowania i krytyki.
Niedługo później fani zauważyli kolejny zaskakujący ruch – z profilu Viki Gabor na Instagramie zniknęły wszystkie dotychczasowe posty. Zostawione czarne zdjęcie profilowe i niemal całkowicie wyczyszczona siatka wywołały lawinę spekulacji. Dla wielu był to sygnał kryzysu, potrzeby odcięcia się lub próby uporządkowania własnej przestrzeni w momencie ogromnego napięcia emocjonalnego.
POLECAMY: Nie uwierzysz, co Mikołaj „Bagi” Bagiński zażądał od Polsatu przed sylwestrowym występem
Viki Gabor zaskoczyła na “Sylwestrze z Dwójką”Tym większym zaskoczeniem okazało się pojawienie Viki Gabor na sylwestrowej scenie TVP. Przy katowickim Spodku artystka zaprezentowała się w zupełnie nowej odsłonie – z różowymi włosami, mocnym makijażem i odważną stylizacją z panterkowym płaszczem. Jej obecność była jasnym sygnałem, że mimo burzy w mediach społecznościowych nie zamierza rezygnować z kariery ani chować się przed kamerami.
Choć na ściance chętnie pozowała do zdjęć, Viki Gabor unikała dłuższych rozmów z mediami. Nasz reporter obecny na miejscu zauważył jednak, że za kulisami nie była sama – towarzyszył jej partner Giovanni, który przez cały wieczór pozostawał blisko artystki. Ten obrazek kontrastował z medialnymi narracjami, pokazując bardziej prywatną, spokojną stronę całej historii.
Podczas sylwestrowej nocy Viki Gabor wykonała m.in. swój hit „Afera”, który publiczność przyjęła z entuzjazmem. Występ był energetyczny, dopracowany i profesjonalny, jakby artystka chciała jasno zaznaczyć, że scena jest jej naturalnym środowiskiem, niezależnie od tego, co dzieje się poza nią. Dla wielu widzów był to moment, w którym kontrowersje zeszły na drugi plan, a na pierwszym znów pojawił się talent.
Choć pytania o romski ślub, reakcje internautów i decyzje podejmowane w mediach społecznościowych wciąż pozostają bez jednoznacznych odpowiedzi, jedno jest pewne – Viki Gabor znalazła się w punkcie przełomowym. Sylwestrowy występ pokazał, że nie zamierza uciekać od sceny ani publiczności. Czy to początek nowego etapu w jej życiu i karierze, czy jedynie chwilowe wyciszenie burzy?
ZOBACZ RÓWNIEŻ: Doda zagra wymarzony koncert na Narodowym? Bez spełnienia tych warunków nie ma mowy
Jak Wam się podobała kreacja Viki Gabor na “Sylwestrze z Dwójką”? Dajcie znać w komentarzu pod artykułem oraz na Instagramie, Facebooku i TikToku!
Viki Gabor (fot. AKPA)
Viki Gabor (fot. AKPA)
Viki Gabor (fot. AKPA)
Viki Gabor (fot. Piętka Mieszko/AKPA)
Viki Gabor (fot. AKPA)
Viki Gabor (fot. Piętka Mieszko/AKPA)Autor: Szymon Jedynak
news
„Po prostu Damian” stworzył nowy gatunek: CYBER-POP? Prosto z premiery „100 dni: Misja Zeus”
„Po prostu Damian” stworzył nowy gatunek: CYBER-POP? Prosto z premiery „100 dni: Misja Zeus”
POLECAMY: Kayah wystąpi wiosną w „Tańcu z Gwiazdami”? Padła jasna deklaracja
news
Filip Chajzer po latach wrócił do tragedii. „Nigdy nie usłyszałem słowa przepraszam”
Śmierć 9-letniego Maksa w 2015 roku na zawsze zmieniła życie Filipa Chajzera. Dziennikarz przez lata unikał szczegółowego opowiadania o tragedii, jednak w podcaście Cypriana Majchera wrócił do bolesnych wspomnień. Opowiedział o żałobie, emocjach, które wciąż mu towarzyszą, oraz relacji z byłym teściem, który prowadził samochód w chwili wypadku.
Filip Chajzer przez lata bardzo oszczędnie mówił o śmierci swojego 9-letniego syna Maksa. Chłopiec zginął w 2015 roku w tragicznym wypadku samochodowym, do którego doszło podczas podróży z dziadkiem, byłym teściem dziennikarza. Ta tragedia na zawsze odcisnęła piętno na życiu prezentera, który wielokrotnie podkreślał, że po takiej stracie nic już nie może wyglądać jak wcześniej.
W rozmowie z Cyprianem Majcherem, Filip Chajzer zdecydował się wrócić do tamtych wydarzeń i opowiedzieć o bólu, z którym mierzy się do dziś. Szczególnie poruszająco zabrzmiały jego słowa dotyczące żałoby oraz relacji z byłym teściem. Dziennikarz przyznał, że nigdy nie usłyszał od niego przeprosin ani nawet próby rozmowy o wypadku.
POLECAMY: Filip Chajzer BRONI prezydenta NAWROCKIEGO! Co sądzi o słowach Wojewódzkiego?
Tragedia, po której nic nie było już takie samo
Śmierć 9-letniego Maksa w lipcu 2015 roku była dla Filipa Chajzera tragedią, która na zawsze zmieniła jego życie. Chłopiec zginął w wypadku samochodowym, gdy podróżował z dziadkiem, ojcem swojej mamy. Samochód zjechał z drogi i uderzył w naczepę ciężarówki stojącej na poboczu. Dziecko zginęło na miejscu, a dziennikarz, który w tym czasie przebywał w Stanach Zjednoczonych, natychmiast wrócił do Polski. Filip Chajzer przez długi czas nie potrafił mówić o śmierci syna. Wspomnienia związane z Maksem były zbyt bolesne, a żałoba całkowicie rozbiła jego dotychczasowe życie. Dziennikarz przyznawał, że po tej tragedii zmagał się z depresją i przez wiele lat próbował znaleźć sposób na poradzenie sobie z cierpieniem.
Życie po takiej stracie nigdy nie będzie już normalne – mówił Filip Chajzer, podkreślając, że śmierci dziecka nie da się racjonalnie wyjaśnić ani przepracować w taki sposób, aby ból po prostu zniknął.
W innym wywiadzie opowiadał, że Maks śnił mu się niemal każdej nocy. Po przebudzeniu zapisywał rozmowy ze swoim synem, aby zachować choć namiastkę kontaktu z nim.
Maks śnił mi się niemal każdej nocy. Budziłem się i zapisywałem nasze rozmowy – wspominał. Jak tłumaczył, początkowo wstydził się prosić o pomoc psychologa.
Uważał, że powinien sam poradzić sobie z emocjami, choć jego stan psychiczny był bardzo trudny.
Byłem w fatalnym stanie, ale wtedy jeszcze nie chciałem pomocy psychologa. Wstydziłem się, że jestem taki słaby. Próbowałem poszukiwać odpowiedzi na własną rękę. Śmierci dziecka nie da się racjonalnie wytłumaczyć. W ogóle nie da się wytłumaczyć… – mówił w rozmowie cytowanej przez media.
Z czasem Filip Chajzer zdecydował się na terapię. Przyznawał, że korzystał z pomocy wielu specjalistów, jednak nawet intensywna praca nad sobą nie sprawiła, że wspomnienia o synu przestały boleć. W jego przypadku żałoba nie była zamkniętym rozdziałem, lecz doświadczeniem, które powracało w najmniej oczekiwanych momentach.
POLECAMY: Filip Chajzer żali się u Wojewódzkiego: „Tęsknię za tym”. Przykre?
Teść zawinił?
W najnowszych wspomnieniach dziennikarz wrócił także do relacji z byłym teściem, który prowadził samochód w chwili tragicznego wypadku. Filip Chajzer przyznał, że między nimi nie doszło do rozmowy, która mogłaby pomóc mu zrozumieć wydarzenia z 2015 roku lub choć częściowo zamknąć ten bolesny temat.
Nigdy nikt nie podjął ze mną próby rozmowy. Nigdy nie usłyszałem jednego słowa, nigdy nie usłyszałem słowa przepraszam – wyznał.
W rozmowach o tragedii podkreślał, że każdy człowiek przeżywa żałobę inaczej. Jedni potrzebują mówić o zmarłej osobie, inni zamykają się w sobie i próbują funkcjonować mimo ogromnego bólu. Dziennikarz opowiadał również o fali hejtu, która spadła na niego po śmierci Maksa. W internecie pojawiały się brutalne komentarze, a nieznane osoby przesyłały mu zdjęcia miejsc związanych z wypadkiem. Dziennikarz wspominał, że takie zachowanie doprowadziło go do skrajnego załamania.
Ja wtedy w środku umarłem. To była taka śmierć za życia moja – mówił, opisując emocje, które towarzyszyły mu po atakach w sieci.
Mimo upływu lat Filip Chajzer nie ukrywa, że strata syna wciąż jest obecna w jego życiu. Wspominanie Maksa stało się dla niego także sposobem na zachowanie pamięci o chłopcu. Jak podkreślał, zależało mu na tym, aby historia jego dziecka nie została zapomniana, a jego imię nadal było obecne w świadomości ludzi.
POLECAMY: TYLKO U NAS: 20-letnia narzeczona Chajzera w „Królowej Przetrwania”? Padły zaskakujące słowa




news
Nie mogą znaleźć Michała Wójcika. Przez to procedura wymeldowania utknęła
Wokół Michała Wójcika narasta kolejny konflikt. Rodzice jego zmarłej partnerki chcą wymeldować kabareciarza z należącej do nich nieruchomości w Katowicach. Budynek planują wyburzyć, jednak procedura od miesięcy nie może się zakończyć. Problemem jest między innymi ustalenie aktualnego miejsca pobytu artysty.
Wokół Michała Wójcika narasta konflikt, który może mieć swój finał w sądzie. Rodzice jego zmarłej partnerki chcą wymeldować kabareciarza z domu w Katowicach, należącego do nich od lat. Jak twierdzą, budynek jest w złym stanie technicznym i planują go wyburzyć, jednak formalności związane z wymeldowaniem artysty ciągną się już od kilku miesięcy.
Dodatkowym problemem jest ustalenie, gdzie obecnie przebywa Michał Wójcik. Właściciele nieruchomości nie kryją frustracji, a urzędnicy wyjaśniają, że przed wydaniem decyzji muszą dokładnie sprawdzić, czy kabareciarz rzeczywiście i na stałe opuścił lokal.
Kim jest Michał Wójcik?
Michał Wójcik to jeden z najbardziej rozpoznawalnych polskich artystów kabaretowych. Od 2000 roku występuje w popularnym kabarecie Ani Mru-Mru, który współtworzy między innymi z Marcinem Wójcikiem i Waldemarem Wilkołkiem. Choć panowie noszą to samo nazwisko, nie są spokrewnieni. Artysta urodził się 22 listopada 1971 roku w Lublinie, a poza działalnością kabaretową pojawiał się również w produkcjach telewizyjnych, między innymi w improwizowanym serialu „Spadkobiercy”.
Prywatnie Michał Wójcik jest ojcem czworga dzieci. Ma córkę Julię oraz synów: Jakuba, Charliego i Michała Juniora. Pociechy pochodzą z różnych związków artysty. W 2022 roku artysta kabaretowy pojawił się z najstarszą córką w programie „Dzień Dobry TVN”, gdzie opowiadał o ich relacji, wspólnych zainteresowaniach i kontaktach w patchworkowej rodzinie.
Michał Wójcik od około trzech lat jest zameldowany w domu przy ulicy Średniej w Katowicach. Nieruchomość należy do Barbary i Janusza W., czyli rodziców jego zmarłej partnerki, Janiny W. Kobieta zmarła 6 marca 2023 roku po chorobie nowotworowej. Para doczekała się syna, który obecnie pozostaje pod opieką ojca i jego nowej partnerki. Jak twierdzą właściciele budynku, Michał Wójcik został zameldowany w ich nieruchomości około dwóch tygodni po śmierci Janiny. Według ich relacji chcieli w ten sposób pomóc mu w uporządkowaniu spraw finansowych i urzędowych.
Rodzice Janiny przekonują, że w tamtym czasie artysta miał problemy finansowe i potrzebował zameldowania w Katowicach, aby móc ustalić sposób spłaty zadłużenia wobec urzędu skarbowego. Początkowo ich relacje miały być dobre, jednak z czasem doszło między nimi do pogorszenia stosunków. Właściciele nieruchomości chcą obecnie zakończyć sprawę i odzyskać pełną swobodę w dysponowaniu budynkiem. Podkreślają, że dom jest w złym stanie technicznym i może stanowić zagrożenie dla osób przechodzących w jego pobliżu.
Nie wiadomo, gdzie obecnie mieszka kabareciarz
Barbara i Janusz W. planują wyburzenie budynku, a następnie inne zagospodarowanie należącej do nich działki. Twierdzą jednak, że obecność Michała Wójcika w ewidencji mieszkańców utrudnia realizację tych planów. Dodatkowo pod wskazanym adresem mają pojawiać się osoby podające się za wierzycieli artysty. Właściciele rozpoczęli procedurę wymeldowania, która w katowickim urzędzie trwa od lutego. Postępowanie przeciąga się, ponieważ urzędnicy mają trudności z ustaleniem, gdzie faktycznie przebywa Michał Wójcik.
Sprawdzane miały być między innymi adresy w Lublinie, gdzie kabareciarz był wcześniej zameldowany. Według relacji rodziców jego zmarłej partnerki artysty miał również wynajmować mieszkanie w Mysłowicach. Tamtejszy urząd miał wezwać go na spotkanie, jednak artysta nie pojawił się w wyznaczonym terminie.
W związku z tym katowicki urząd może zwrócić się do sądu o wyznaczenie przedstawiciela dla osoby nieobecnej. Taki przedstawiciel mógłby reprezentować Michała Wójcika w postępowaniu administracyjnym.
Sprawa znowu się przeciąga o kolejne miesiące – komentują Barbara i Janusz W.
Urzędnicy podkreślają, że samo złożenie wniosku nie oznacza automatycznego wymeldowania. Przed wydaniem decyzji trzeba ustalić, czy dana osoba rzeczywiście i trwale opuściła lokal. W tym celu urząd może analizować zeznania świadków, oświadczenia, wyjaśnienia oraz wyniki oględzin nieruchomości. Na razie decyzja o wymeldowaniu Michała Wójcika nie została wydana. „Fakt” zwrócił się do artysty o komentarz za pośrednictwem jego menedżera Zbigniewa Remleina. Prośba miała zostać przekazana kabareciarzowi, jednak do czasu publikacji materiału nie otrzymano odpowiedzi.
POLECAMY: Kultowe show wróci do Polsatu? Edward Miszczak zabrał głos





news
Jerzy Bralczyk znów mówi o „zdychaniu” zwierząt. Te słowa niegdyś wywołały burzę
Wystarczyło jedno słowo, by w 2024 roku rozpętała się ogólnopolska dyskusja. Teraz Jerzy Bralczyk po ponad dwóch latach ponownie wrócił do sprawy i wyjaśnił, dlaczego nadal nie uważa określenia „zdychać” za obraźliwe, gdy mowa o zwierzętach. Językoznawca wspomniał również o fali hejtu, z którą musiał się mierzyć. Dowiedz się więcej!
Wypowiedź prof. Jerzego Bralczyka z 2024 roku odbiła się szerokim echem. Językoznawca pojawił się wówczas w programie „100 pytań do”, gdzie został zapytany między innymi o sposób, w jaki współcześnie mówimy o zwierzętach. Jedno z jego stwierdzeń szczególnie mocno podzieliło opinię publiczną i szybko wywołało dyskusję w mediach społecznościowych.
Chodziło o słowa „umierać” i „zdychać” w odniesieniu do zwierząt. Jerzy Bralczyk przyznał wówczas, że nie jest zwolennikiem określania śmierci psa czy kota mianem „umierania”. Tłumaczył, że jako osoba przywiązana do tradycyjnych form językowych inaczej postrzega te określenia.
“Jestem starym człowiekiem i preferuję te tradycyjne formuły i sposób myślenia. Nawet mówienie, że choćby najulubieńszy pies umarł, będzie dla mnie obce. Nie, pies niestety zdechł” – przekonywał wówczas profesor.
Wypowiedź spotkała się z bardzo różnymi reakcjami. Część osób broniła językoznawcy, wskazując, że mówił o tradycyjnym użyciu języka, inni natomiast uznali, że słowo „zdechł” ma w przypadku ukochanego zwierzęcia zdecydowanie negatywny wydźwięk. Dyskusja szybko wyszła poza środowisko językoznawcze i stała się jednym z głośniejszych tematów w mediach.
POLECAMY: Kayah wystąpi wiosną w „Tańcu z Gwiazdami”? Padła jasna deklaracja
Jerzy Bralczyk wraca do afery związanej ze “zdychaniem zwierząt”. Zmienił zdanie?
Teraz, po ponad dwóch latach, Jerzy Bralczyk ponownie odniósł się do tej kwestii. W podcaście „W stylu Krychowiaka” w RMF FM językoznawca wyjaśnił, że jego stanowisko wcale się nie zmieniło. Nadal uważa, że słowo „zdychać” samo w sobie nie musi być pejoratywne, jeżeli odnosi się do zwierzęcia.
“Słowo „zdychać” nie jest dla mnie pejoratywne. W odniesieniu do człowieka tak, ale w odniesieniu do zwierzęcia nie. Miałem dwa koty ulubione, jeden był wręcz ukochany i on zdechł. Niestety. Przykro mi” – wyznał u Krychowiaka.
Tym samym Jerzy Bralczyk po raz kolejny jasno wyraził swoje stanowisko. Jego zdaniem używanie słowa „zdechł” w odniesieniu do zwierzęcia wynika z tradycyjnego sposobu posługiwania się językiem. Nie oznacza natomiast braku szacunku do zwierzęcia ani braku emocjonalnego przywiązania do niego.
Co ciekawe, profesor wspomniał również o tym, jak osobiście odebrał reakcje na jego wcześniejszą wypowiedź. Jerzy Bralczyk przyznał, że fala krytyki była dla niego przykra, szczególnie dlatego, że część opinii publicznej zaczęła postrzegać go jako osobę, która nie darzy zwierząt sympatią.
“Bardzo dużo hejtu dostałem. Przykro mi z tego powodu, bo wyszedłem na kogoś, kto nie lubi zwierząt. A cierpienia zwierząt są dla mnie jak cierpienia ludzi” – dodał.
To właśnie ten fragment rozmowy pokazuje, że dla Jerzego Bralczyka cała sprawa miała również bardzo osobisty wymiar. Językoznawca podkreślił, że jego wybór konkretnego słowa nie ma nic wspólnego z brakiem empatii wobec zwierząt. Wręcz przeciwnie, zaznaczył, że cierpienie zwierząt jest dla niego równie istotne jak cierpienie ludzi.
W tej samej rozmowie Jerzy Bralczyk został zapytany także o inne określenie, które we współczesnej polszczyźnie budzi kontrowersje. Tym razem chodziło o słowo „Murzyn”. Profesor przedstawił swoje stanowisko, wskazując, że z jego perspektywy słowo to nadal może pełnić funkcję opisową w języku.
“Potrzebne mi jest to słowo na określenie ludzi, którzy tak wyglądają, mają ciemną skórę” – zauważył profesor Bralczyk.
Wypowiedź ponownie może wywołać dyskusję, szczególnie że współczesna polszczyzna zmienia się wraz ze zmianami społecznymi i kulturowymi. Jerzy Bralczyk zaznaczył jednak, że w praktyce bierze pod uwagę również odczucia drugiej osoby. Jeżeli konkretne określenie kogoś rani lub sprawia mu przykrość, profesor deklaruje, że nie będzie go wobec takiej osoby używał.
“Przecież ja nie czuję żadnej wyższości nad ludźmi czarnymi. Absolutnie […] Wobec nich tak nie powiem, bo ja nie lubię sprawiać przykrości” – przekonywał.
Po latach temat „zdychania” zwierząt ponownie więc wrócił do przestrzeni publicznej. Jerzy Bralczyk nie wycofał się ze swojej wcześniejszej opinii, ale jednocześnie zdecydował się opowiedzieć o konsekwencjach, jakie spotkały go po tamtej wypowiedzi. Jak sam przyznał, szczególnie dotknęło go przedstawianie go jako osoby, która nie lubi zwierząt.
ZOBACZ RÓWNIEŻ: Martyna Wojciechowska ma powody do radości. Właśnie TO ogłoszono
Jakie Wy macie zdanie na ten temat? Dajcie znać w komentarzu pod artykułem!


Dodaj komentarz
-
news4 dni temuBudka Suflera ma nowego wokalistę. To on zastąpi Jacka Kawalca
-
news4 dni temu„M jak miłość” żegna kolejne gwiazdy. Znane nazwiska odchodzą z serialu
-
showbiz3 dni temuZrezygnował z „Tańca z Gwiazdami”. Teraz przerwał milczenie
-
news5 dni temuEdyta Bartosiewicz zachwycona uczestnikiem „The Voice of Poland” [WIDEO]
-
news2 dni temuKrzysztof Kwiatkowski długo ukrywał ukochaną. Jego partnerka to znana wokalistka
-
showbiz3 dni temuFilip Gurłacz PSIOCZY na „Taniec z Gwiazdami”. W tle Kaczorowska
-
showbiz2 dni temuKto odpadł z „Tańca z Gwiazdami”? Widzowie w szoku
-
news4 dni temuCzerwony dywan, multum gwiazd i wielkie emocje. Tak premierę „100 dni: Misja Zeus” świętowali w Energylandii

Dodaj komentarz