Śledź nas

showbiz

Maryla Rodowicz nie gryzła się w język oceniając Sanah – te słowa zaskakują

Opublikowano

w dniu

Maryla Rodowicz wydała nowy album „Niech żyje bal”, na którym przypomina swoje największe hity – w zupełnie nowym wydaniu i z gwiazdorskimi duetami. W jednym z wywiadów zdradza, że młodzi artyści są dla niej prawdziwą konkurencją i nie owija w bawełnę, komentując fenomen Sanah. Dowiedz się więcej!

Maryla Rodowicz, jedna z ikon polskiej sceny muzycznej, po raz kolejny pokazuje, że potrafi zadziwiać i sięgać po nowe terytoria. 14 listopada ukazał się jej nowy album pt. „Niech żyje bal”, który mimo nostalgii i szacunku dla przeszłości, tętni świeżością. To nie klasyczny „greatest hits” – to nowe wersje dawnych piosenek, odświeżone, odmłodzone i nagrane we współpracy z najpopularniejszymi artystami polskiej współczesnej sceny.

Na płycie pojawiają się duety z Igorem Herbutem, Roxie Węgiel, Lanberry, Bryską, Krzysztofem Zalewskim, Ralphem Kamińskim, Mrozem i Dawidem Kwiatkowskim. Każdy z tych wykonawców wnosi coś zupełnie innego: jego talent, swój styl, ale i nową interpretację klasycznych przebojów Rodowicz. Dzięki temu album zyskuje podwójną wartość – jest zarówno hołdem przeszłości, jak i manifestem ciągłego muzycznego rozwoju.

W rozmowie z portalem Pomponik Maryla Rodowicz nie kryła podziwu dla młodych artystów, z którymi pracowała. Te słowa pokazują, że legenda polskiej muzyki dostrzega w młodszym pokoleniu nie tylko gościnnych partnerów, ale realną siłę artystyczną.

Dowiedziałam się, jak mocna jest ta moja nowa konkurencja. Naprawdę, to nie są jakieś wydmuszki, tylko to są głosy, wielkie talenty – powiedziała.

Rodowicz nie boi się mówić wprost ani o swoich ambicjach, ani o roli, jaką widzi dla siebie w dzisiejszym show-biznesie. Dla niej ten projekt to coś więcej niż nostalgia – to dialog pokoleń i potwierdzenie, że muzyka nie zna granic wiekowych. Współpraca z młodymi gwiazdami ma swoją wagę i symbolikę: Maryla nadal jest w grze, nadal ma coś do powiedzenia.

POLECAMY: Sławek Uniatowski miał wypadek samochodowy – wypłynęły zdjęcia z miejsca zdarzenia. Jak się czuje?

Maryla Rodowicz ocenia fenomen Sanah

Jednak najbardziej kontrowersyjnym fragmentem rozmowy był moment, gdy Maryla Rodowicz odniosła się do fenomenu Sanah – jednej z najważniejszych polskich artystek ostatnich lat. Choć docenia sukces młodej wokalistki i to, co osiągnęła, to jednak nie szczędziła słów krytyki pod względem wokalnym.

To jest taki grzeczny, szkolny wokal. Ja nie jestem fanką takich wokali, ale podziwiam i gratuluję jej takiego sukcesu, bo sprzedawać takie wielkie stadiony to jest wyczyn – komentuje.

Sanah, której pełne nazwisko to Zuzanna Jurczak, wydała już kilka płyt — m.in. „Królowa dram”, „Irenka” – i skomponowała wiele przebojów, które goszczą na listach radiowych i playlistach młodzieży. Jej utwory, takie jak „Szampan” czy „Ale Jazz!”, stały się hymnami nowego popu, a jej koncerty gromadzą tysiące fanów. To czyni ją fenomenem młodej sceny i artystką, której komercyjny sukces trudno podważyć.

Rodowicz podkreśliła jednak, że jej własna kariera była zupełnie inna. Te słowa brzmią jak przypomnienie: jej sukces nie miał lęku przed dużą sceną.

Ja wprawdzie, jak jeszcze nie było tego pokolenia Sanah, to zagrałam te wszystkie największe hale, takie jak Hala Stulecia we Wrocławiu czy Hala Arena w Poznaniu. Jeszcze nie było wtedy tych wielkich, tych takich największych hal sportowych. Ale to, co było, to zagrałam – dodała.

Choć krytyka może zaskakiwać, Maryla nie zamierza prowokować – jej komentarze są raczej wyrazem szczerej refleksji niż agresywnej konkurencji. Premiera płyty „Niech żyje bal” to także szansa na nowe otwarcie dla Maryli. Dzięki współpracy z młodymi gwiazdami ma szansę dotrzeć do zupełnie innej publiczności – tej, która dorastała na popie nowej ery. Jednocześnie pozostawia wiernym fanom coś z dawnej Maryli: melodie, które znają i kochają, ale w zupełnie nowym brzmieniu.

ZOBACZ RÓWNIEŻ: Monika Olejnik na żywo ujawniła dramat, który skrywała latami: „Dwa razy mnie pobił”

Jak Wam się podoba nowy album Maryli Rodowicz? Dajcie znać w komentarzu pod artykułem oraz na Instagramie, Facebooku i TikToku!

Sanah (fot. screen YouTube only_sanah)
Maryla Rodowicz (fot. screen YouTube Polsat)

Autor: Szymon Jedynak

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

news

Kolejna afera wokół Skolima. Fani nie kryją oburzenia

Opublikowano

w dniu

przez

Skolim potrafi zagrać kilka koncertów w ciągu jednego dnia, ale tym razem napięty grafik odbił się na występie podczas Dni Siedlec. Artysta pojawił się na scenie z dużym opóźnieniem, a jego koncert wpłynął również na występ kolejnej gwiazdy. Nie wszystkim widzom i wykonawcom spodobał się taki obrót spraw. Dowiedz się więcej!

Skolim w ostatnich latach stał się jednym z najpopularniejszych wykonawców młodego pokolenia. Jego utwory, w tym „Wyglądasz idealnie” i „Daj mi jedno słowo”, zdobyły ogromną popularność i mogą pochwalić się wielomilionowymi odtworzeniami na platformach streamingowych. Muzyk słynie także z niezwykle intensywnego grafiku koncertowego. Zdarza się, że jednego dnia ma zaplanowanych kilka występów w różnych miejscach Polski, a pomiędzy nimi przemieszcza się nawet helikopterem.

Jednym z takich wyjątkowo intensywnych dni była sobota, 12 września. Skolim miał tego dnia pojawić się między innymi w Katowicach, Myślenicach, Trzebnicy, Heaven Leszno oraz Diamond Biała Wieś. Na jego trasie znalazły się również Siedlce, gdzie był jedną z gwiazd tegorocznych Dni Siedlec. Tak napięty harmonogram oznaczał dla artysty konieczność szybkiego przemieszczania się pomiędzy kolejnymi lokalizacjami.

Na miejscu Skolim ostatecznie pojawił się helikopterem. Sam widok maszyny miał wywołać spore emocje wśród zgromadzonej publiczności, która czekała na występ popularnego wokalisty. Problem w tym, że koncert nie rozpoczął się zgodnie z pierwotnym planem. Jak wynika z relacji fanów oraz dziennikarzy Eski, publiczność musiała czekać na artystę około dwóch godzin.

Dla części fanów oczekiwanie nie przekreśliło jednak pozytywnych wrażeń. W mediach społecznościowych pojawiły się komentarze osób, które mimo opóźnienia były zachwycone samym występem Skolima.

“Super gość, brawo!”, “Mega występ Skolima”; “Kocham jego utwory” – czytamy wśród opinii zamieszczonych przez uczestników wydarzenia.

POLECAMY: Jerzy Bralczyk znów mówi o „zdychaniu” zwierząt. Te słowa niegdyś wywołały burzę

Fani zażenowani, menadżer Myslovitz komentuje zachowanie Skolima

Nie wszyscy podeszli jednak do sprawy z takim entuzjazmem. W komentarzach nie zabrakło zdecydowanej krytyki. Część osób zwracała uwagę przede wszystkim na długość oczekiwania oraz konsekwencje opóźnienia dla całego harmonogramu wydarzenia:

  • „Dwie godziny czekania to jednak przesada, organizatorzy powinni coś z tym zrobić”;
  • „Rozumiem, że ma dużo koncertów, ale publiczność też ma swoje plany. Takie opóźnienie jest niepoważne”;
  • „Przyszedłem specjalnie na koncert, a zamiast muzyki było dwugodzinne czekanie”.

Na opóźnieniu ucierpiał również występ Myslovitz, który został zaplanowany tuż po kocercie Skolima. W tym przypadku sprawa nie dotyczyła już wyłącznie oczekujących fanów, ale także organizacji kolejnych występów tego wieczoru. Każde przesunięcie jednego koncertu mogło bowiem wpłynąć na artystów, którzy mieli wejść na scenę później.

Menedżer Myslovitz, Maciej Durczak, w rozmowie z „Faktem” odniósł się do sytuacji i zdradził, jak wyglądała ona z perspektywy zespołu:

“Byliśmy tylko poproszeni, żeby poczekać. Natomiast artysta Skolim nie był skłonny z powodu swojego spóźnienia choć trochę skrócić występu, żeby jeszcze bardziej nie wydłużać tego czasu” – wyznał na łamach Faktu.

Cała sytuacja ponownie zwróciła uwagę na niezwykle napięty kalendarz Skolima. Granie kilku koncertów jednego dnia pozwala artyście docierać do ogromnej liczby fanów, ale jednocześnie wymaga bardzo precyzyjnej logistyki. Przy tak dużej liczbie występów w różnych częściach kraju wystarczy jedno przesunięcie, aby kolejne punkty trasy zaczęły się na siebie nakładać. W Siedlcach konsekwencje tego harmonogramu odczuli zarówno widzowie, jak i kolejny wykonawca.

Nie jest to zresztą pierwszy raz, kiedy napięty grafik Skolima i jego koncertowa aktywność budzą zainteresowanie. Artysta należy do najbardziej zapracowanych wykonawców polskiej sceny rozrywkowej, a jego charakterystyczny sposób przemieszczania się między imprezami stał się wręcz jednym z elementów jego medialnego wizerunku. Tym razem jednak uwagę przyciągnęła nie tylko jego efektowna podróż helikopterem, ale przede wszystkim dwugodzinne opóźnienie i jego wpływ na cały harmonogram Dni Siedlec.

ZOBACZ RÓWNIEŻ: Kayah wystąpi wiosną w „Tańcu z Gwiazdami”? Padła jasna deklaracja

Skolima przesadza z ilością granych koncertów? Dajcie znać w komentarzu pod artykułem!

Skolim (fot. TVP) – “Lato z Radiem i Telewizją Polską” z 11 lipca 2026 roku
Skolim (fot. TVP) – “Lato z Radiem i Telewizją Polską” z 11 lipca 2026 roku
Skolim (fot. TVP) – “Lato z Radiem i Telewizją Polską” z 11 lipca 2026 roku
Skolim (fot. TVP) – “Lato z Radiem i Telewizją Polską” z 11 lipca 2026 roku

Autor: Szymon Jedynak

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Kontynuuj czytanie

news

Jerzy Bralczyk znów mówi o „zdychaniu” zwierząt. Te słowa niegdyś wywołały burzę

Opublikowano

w dniu

przez

Wystarczyło jedno słowo, by w 2024 roku rozpętała się ogólnopolska dyskusja. Teraz Jerzy Bralczyk po ponad dwóch latach ponownie wrócił do sprawy i wyjaśnił, dlaczego nadal nie uważa określenia „zdychać” za obraźliwe, gdy mowa o zwierzętach. Językoznawca wspomniał również o fali hejtu, z którą musiał się mierzyć. Dowiedz się więcej!

Wypowiedź prof. Jerzego Bralczyka z 2024 roku odbiła się szerokim echem. Językoznawca pojawił się wówczas w programie „100 pytań do”, gdzie został zapytany między innymi o sposób, w jaki współcześnie mówimy o zwierzętach. Jedno z jego stwierdzeń szczególnie mocno podzieliło opinię publiczną i szybko wywołało dyskusję w mediach społecznościowych.

Chodziło o słowa „umierać” i „zdychać” w odniesieniu do zwierząt. Jerzy Bralczyk przyznał wówczas, że nie jest zwolennikiem określania śmierci psa czy kota mianem „umierania”. Tłumaczył, że jako osoba przywiązana do tradycyjnych form językowych inaczej postrzega te określenia.

“Jestem starym człowiekiem i preferuję te tradycyjne formuły i sposób myślenia. Nawet mówienie, że choćby najulubieńszy pies umarł, będzie dla mnie obce. Nie, pies niestety zdechł” – przekonywał wówczas profesor.

Wypowiedź spotkała się z bardzo różnymi reakcjami. Część osób broniła językoznawcy, wskazując, że mówił o tradycyjnym użyciu języka, inni natomiast uznali, że słowo „zdechł” ma w przypadku ukochanego zwierzęcia zdecydowanie negatywny wydźwięk. Dyskusja szybko wyszła poza środowisko językoznawcze i stała się jednym z głośniejszych tematów w mediach.

POLECAMY: Kayah wystąpi wiosną w „Tańcu z Gwiazdami”? Padła jasna deklaracja

Jerzy Bralczyk wraca do afery związanej ze “zdychaniem zwierząt”. Zmienił zdanie?

Teraz, po ponad dwóch latach, Jerzy Bralczyk ponownie odniósł się do tej kwestii. W podcaście „W stylu Krychowiaka” w RMF FM językoznawca wyjaśnił, że jego stanowisko wcale się nie zmieniło. Nadal uważa, że słowo „zdychać” samo w sobie nie musi być pejoratywne, jeżeli odnosi się do zwierzęcia.

“Słowo „zdychać” nie jest dla mnie pejoratywne. W odniesieniu do człowieka tak, ale w odniesieniu do zwierzęcia nie. Miałem dwa koty ulubione, jeden był wręcz ukochany i on zdechł. Niestety. Przykro mi” – wyznał u Krychowiaka.

Tym samym Jerzy Bralczyk po raz kolejny jasno wyraził swoje stanowisko. Jego zdaniem używanie słowa „zdechł” w odniesieniu do zwierzęcia wynika z tradycyjnego sposobu posługiwania się językiem. Nie oznacza natomiast braku szacunku do zwierzęcia ani braku emocjonalnego przywiązania do niego.

Co ciekawe, profesor wspomniał również o tym, jak osobiście odebrał reakcje na jego wcześniejszą wypowiedź. Jerzy Bralczyk przyznał, że fala krytyki była dla niego przykra, szczególnie dlatego, że część opinii publicznej zaczęła postrzegać go jako osobę, która nie darzy zwierząt sympatią.

“Bardzo dużo hejtu dostałem. Przykro mi z tego powodu, bo wyszedłem na kogoś, kto nie lubi zwierząt. A cierpienia zwierząt są dla mnie jak cierpienia ludzi” – dodał.

To właśnie ten fragment rozmowy pokazuje, że dla Jerzego Bralczyka cała sprawa miała również bardzo osobisty wymiar. Językoznawca podkreślił, że jego wybór konkretnego słowa nie ma nic wspólnego z brakiem empatii wobec zwierząt. Wręcz przeciwnie, zaznaczył, że cierpienie zwierząt jest dla niego równie istotne jak cierpienie ludzi.

W tej samej rozmowie Jerzy Bralczyk został zapytany także o inne określenie, które we współczesnej polszczyźnie budzi kontrowersje. Tym razem chodziło o słowo „Murzyn”. Profesor przedstawił swoje stanowisko, wskazując, że z jego perspektywy słowo to nadal może pełnić funkcję opisową w języku.

“Potrzebne mi jest to słowo na określenie ludzi, którzy tak wyglądają, mają ciemną skórę” – zauważył profesor Bralczyk.

Wypowiedź ponownie może wywołać dyskusję, szczególnie że współczesna polszczyzna zmienia się wraz ze zmianami społecznymi i kulturowymi. Jerzy Bralczyk zaznaczył jednak, że w praktyce bierze pod uwagę również odczucia drugiej osoby. Jeżeli konkretne określenie kogoś rani lub sprawia mu przykrość, profesor deklaruje, że nie będzie go wobec takiej osoby używał.

“Przecież ja nie czuję żadnej wyższości nad ludźmi czarnymi. Absolutnie […] Wobec nich tak nie powiem, bo ja nie lubię sprawiać przykrości” – przekonywał.

Po latach temat „zdychania” zwierząt ponownie więc wrócił do przestrzeni publicznej. Jerzy Bralczyk nie wycofał się ze swojej wcześniejszej opinii, ale jednocześnie zdecydował się opowiedzieć o konsekwencjach, jakie spotkały go po tamtej wypowiedzi. Jak sam przyznał, szczególnie dotknęło go przedstawianie go jako osoby, która nie lubi zwierząt.

ZOBACZ RÓWNIEŻ: Martyna Wojciechowska ma powody do radości. Właśnie TO ogłoszono

Jakie Wy macie zdanie na ten temat? Dajcie znać w komentarzu pod artykułem!

Grzegorz Krychowiak i Jerzy Bralczyk (fot. zdjęcie prasowe RMF FM)
Jerzy Bralczyk (fot. screen YouTube TVP Info Publicystyka)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Kontynuuj czytanie

showbiz

Kayah wystąpi wiosną w „Tańcu z Gwiazdami”? Padła jasna deklaracja

Opublikowano

w dniu

przez

Jeszcze niedawno jej nazwisko pojawiało się w kontekście jednego z najpopularniejszych programów Polsatu. Kayah miała nawet rozważać zupełnie inną rolę, ale dziś wiadomo już, że widzowie nie zobaczą jej ani na parkiecie, ani za jurorskim stołem. Co stoi za tą decyzją? Dowiedz się więcej!

Od kilku miesięcy w mediach i kuluarach programu „Dancing with Stars. Taniec z Gwiazdami” pojawiały się informacje dotyczące potencjalnego udziału Kayah w show. Początkowo spekulowano, że piosenkarka mogłaby zatańczyć na parkiecie w jednej z kolejnych edycji. Sama gwiazda w rozmowie z Telemagazynem studziła jednak te emocje i sugerowała, że jeśli miałaby pojawić się w programie, zdecydowanie bardziej widziałaby siebie w roli jurorki.

Tymczasem trwa już 19. edycja „Dancing with Stars. Taniec z Gwiazdami”, która powróciła na antenę z początkiem września. Na parkiecie możemy oglądać między innymi Mandarynę, Jaspera Sołtysiewicza oraz Izę Kunę. Uczestnicy od dłuższego czasu intensywnie przygotowują się do kolejnych występów pod okiem profesjonalnych tancerzy. Pierwsza osoba ma już jednak za sobą przygodę z programem – jako pierwsza z rywalizacji odpadła Monika Borzym. Przed pozostałymi gwiazdami jeszcze wiele tanecznych zmagań i emocji.

Jeszcze niedawno pojawiały się także informacje, że Kayah mogłaby zastąpić Ewę Kasprzyk w jury programu. Taki scenariusz również wzbudził spore zainteresowanie, szczególnie że piosenkarka ma ogromne doświadczenie sceniczne i mogłaby wnieść do programu zupełnie inną perspektywę. Ostatecznie jednak także ten wariant nie zostanie zrealizowany.

Kayah podczas tegorocznego Top of the Top Sopot Festival opowiedziała Telemagazynowi, jak obecnie wygląda sytuacja. Gwiazda wprost przyznała, że na parkiecie „Tańca z Gwiazdami” na pewno jej nie zobaczymy. Powód może jednak zaskoczyć fanów programu, ponieważ sama wokalistka otwarcie mówi o swoich problemach z kontuzjami.

„Na pewno nie będę tańczyć, bo ja bardzo kontuzyjna jestem. Dzisiaj ledwo stoję w tych obcasach, bo skręciłam kostkę dwa tygodnie temu. […] Po prostu zawijam się o własne nogi, sukienki, nie widzę progów, chociaż mieszkam w domu prawie 30 lat, taka jestem, ale pewnie wiąże się to z tym, że stresuje się przed takimi wielkimi występami – wiem, że muszę być w formie i wtedy ta forma mi siada, ale daje radę – są środki przeciwbólowe” – wyznała Kayah.

POLECAMY: Martyna Wojciechowska ma powody do radości. Właśnie TO ogłoszono

Kayah SKREŚLA udział w “Tańcu z Gwiazdami”. Przykre?

Wypowiedź Kayah jednoznacznie zamyka więc temat jej udziału w tanecznym show jako uczestniczki. Piosenkarka nie pozostawia większego pola do interpretacji – przyznaje, że taniec na tak wymagającym poziomie wiązałby się dla niej z dużym ryzykiem. Tym bardziej że, jak sama zdradziła, nawet podczas sopockiego festiwalu zmagała się ze skutkami niedawnego urazu.

Nie oznacza to jednak, że temat Kayah w „Tańcu z Gwiazdami” od początku był całkowicie oderwany od rzeczywistości. Sama artystka wcześniej dopuszczała możliwość pojawienia się w programie, ale wskazywała na inną funkcję. W roli jurorki mogłaby oceniać uczestników, nie podejmując jednocześnie fizycznego wyzwania, jakim jest udział w rywalizacji na parkiecie.

“Moja obecność tam wtedy dwa razy jako śpiewająca i raz, jako to piąte koło u wozu było dla mnie fajnym przeżyciem, dlatego że mogłam na żywo poczuć ten pot, poczuć ten trud, którego jak oglądamy telewizję nie słychać, nie widać. Naprawdę mam wielki szacunek dla tych, którzy decydują się z różnych powodów, ale to jest naprawdę bardzo ciężka praca” – dodała Kayah.

Ostatecznie jednak nie zobaczymy jej również w jury. Tym samym wszystkie wcześniejsze spekulacje dotyczące obecności Kayah w programie można uznać za zakończone. Gwiazda rozwiała wątpliwości podczas rozmowy z Telemagazynem i jasno opowiedziała o tym, dlaczego nie zdecydowała się na udział w show.

ZOBACZ RÓWNIEŻ: Kultowe show wróci do Polsatu? Edward Miszczak zabrał głos

Chcielibyście powrotu Kayah do “The Voice of Poland” w roli trenerki? Dajcie znać w komentarzu pod artykułem!

Kayah (zdjęcie prywatne serwisu przeAmbitni.pl)
Rafał Maserak, Julia Wieniawa, Iwona Pavlović, Tomasz Wygoda (fot. Paweł Wrzecion/AKPA)

Autor: Szymon Jedynak

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Kontynuuj czytanie

news

Martyna Wojciechowska ma powody do radości. Właśnie TO ogłoszono

Opublikowano

w dniu

przez

Martyna Wojciechowska po raz kolejny udowadnia, że widzowie wciąż chcą oglądać jej podróże w najdalsze zakątki świata. Nowy sezon „Kobiety na krańcu świata” wystartował z mocnym wynikiem, a dane po pierwszych odcinkach mogą robić wrażenie. TVN ma naprawdę sporo powodów do zadowolenia. Dowiedz się więcej!

Trzy tygodnie temu wystartował nowy sezon kultowego już programu „Kobieta na krańcu świata”, którego gospodynią od lat jest Martyna Wojciechowska. Podróżniczka ponownie ruszyła w świat, aby spotykać niezwykłe kobiety, poznawać ich historie i pokazywać widzom miejsca, których na co dzień nie mają okazji zobaczyć. Tym razem również nie zabrakło kierunków, które mogą mocno zaskoczyć publiczność.

W pierwszym odcinku Martyna Wojciechowska zabrała widzów do Indii. Druga wyprawa prowadziła do Korei Północnej, natomiast w trzecim odcinku bohaterowie i widzowie przenieśli się na Fidżi. Każdy z tych kierunków przyniósł zupełnie inną historię i pozwolił spojrzeć na świat z perspektywy ludzi żyjących w bardzo różnych warunkach.

Co jednak najważniejsze, nowy sezon może pochwalić się bardzo dobrymi wynikami oglądalności. Jak ustalił portal Press, premierowe odcinki, które są nadawane od końca sierpnia w niedziele około godziny 11.30. Z danych uwzględniających również widownię poza domem wynika, że podczas emisji programu TVN osiąga średnio 9,27 proc. udziału w grupie ogólnej 4+ oraz 12,49 proc. w grupie komercyjnej 20-54, rozliczeniowej stacji.

Szczegółowe wyniki poszczególnych odcinków również wyglądają bardzo dobrze. Pierwszy odcinek nowej serii przyciągnął średnio 605 tysięcy widzów. Drugi zainteresował już aż 963 tysiące osób, natomiast trzeci obejrzało średnio 686 tysięcy widzów. Oznacza to, że program potrafi zgromadzić przed telewizorami naprawdę dużą publiczność, mimo że jest emitowany w niedzielnym paśmie przedpołudniowym.

POLECAMY: Kultowe show wróci do Polsatu? Edward Miszczak zabrał głos

Martyna Wojciechowska przyciąga tłumy widzów

Jeszcze ciekawiej wygląda porównanie z poprzednim sezonem. Rok temu po pierwszych trzech odcinkach program miał średnio 567 tysięcy widzów. Tegoroczna średnia po trzech emisjach wynosi natomiast około 751 tysięcy. To oznacza wzrost o blisko 184 tysiące widzów. Jak na program, który jest na antenie od wielu lat, taki rezultat jest naprawdę znaczący.

Warto również zwrócić uwagę na pozycję TVN w samym paśmie emisji programu. W niedzielnym przedziale od 11.30 do 12.35, który w większości pokrywa się z emisją „Kobiety na krańcu świata”, stacja osiąga 8,87 proc. udziału w grupie ogólnej 4+. To pozwala jej zająć pierwsze miejsce wśród kanałów telewizyjnych, przed TVN24, które w tym czasie osiąga 8,45 proc. udziału.

Stacja jest również liderem w grupie komercyjnej 20-54, gdzie w tym paśmie osiąga 12,09 proc. udziału. To pokazuje, że „Kobieta na krańcu świata” nie jest jedynie programem, który przyciąga wiernych fanów Martyny Wojciechowskiej. Format nadal potrafi skutecznie konkurować o widza z innymi propozycjami telewizyjnymi.

Tym bardziej wynik może cieszyć Martynę Wojciechowską. Program ma już przecież ogromny staż, a utrzymanie zainteresowania widzów przez tak wiele lat nie jest łatwym zadaniem. W przypadku wielu produkcji po kolejnych sezonach oglądalność zaczyna spadać, tymczasem tutaj sytuacja wygląda zupełnie inaczej. Tegoroczna średnia jest wyraźnie wyższa niż przed rokiem.

A to jeszcze nie koniec podróży. Przed widzami „Kobiety na krańcu świata” pozostało pięć premierowych odcinków. Martyna Wojciechowska odwiedzi między innymi Nową Zelandię, Republikę Konga, Republikę Środkowoafrykańską, Pustynię Gobi w Mongolii oraz Bengal Zachodni. Każdy z tych kierunków zapowiada kolejne spotkania i historie, które mogą przyciągnąć przed telewizory jeszcze większą publiczność.

Premierowe odcinki „Kobiety na krańcu świata” widzowie mogą oglądać w każdą niedzielę po „Dzień Dobry TVN” w TVN, około godziny 11.30. Na razie wszystko wskazuje na to, że decyzja o kontynuowaniu programu była strzałem w dziesiątkę. Martyna Wojciechowska po raz kolejny pokazuje, że format, który przez lata stał się jednym z jej znaków rozpoznawczych, nadal ma swoją publiczność.

ZOBACZ RÓWNIEŻ: Nowa czołówka „Na Wspólnej” wywołała burzę. Podoba się Wam?

Lubicie oglądać program Martyny Wojciechowskiej? Dajcie znać w komentarzu pod artykułem!

Martyna Wojciechowska (fot. zdjęcia prasowe TVN Warner Bros Discovery)
Martyna Wojciechowska (fot. zdjęcia prasowe TVN Warner Bros Discovery)
Martyna Wojciechowska (fot. zdjęcia prasowe TVN Warner Bros Discovery)
Martyna Wojciechowska (fot. zdjęcia prasowe TVN Warner Bros Discovery)
Martyna Wojciechowska (fot. zdjęcia prasowe TVN Warner Bros Discovery)

Autor: Szymon Jedynak

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Kontynuuj czytanie

HITY

Copyright © 2019 Przeambitni.pl. Stworzona z miłością