Śledź nas

showbiz

Eliza Trybała odcina się od „Warsaw Shore”? Nagle wspomniała o córkach: “Macierzyństwo mnie trochę ocaliło”

Opublikowano

w dniu

Od premiery „Warsaw Shore” minęło ponad 11 lat, a jednak wizerunek Elizy Trybały ciągle jest sprowadzany do jednej roli: imprezowiczki z MTV. W podcaście Agaty Reszko-Boguszewskiej, “Call my mommy“, celebrytka pierwszy raz tak szczerze i emocjonalnie opowiedziała o macierzyństwie, hejcie, własnych lękach oraz o tym, jak trudno jest wyrwać się z łatki nadanej na początku kariery. W jej słowach słychać jednocześnie ulgę i gniew. Dowiedz się więcej!

Choć dziś Eliza Trybała jest przede wszystkim żoną, mamą dwóch córek i aktywną influencerką, dla wielu wciąż pozostaje twarzą jednego z najbardziej kontrowersyjnych show w historii polskiej telewizji. „Warsaw Shore”, czyli imprezowy format MTV, wypromował ją jako jedną z najbardziej wyrazistych uczestniczek – dziewczynę bez filtra, temperamentną i żyjącą pełną piersią.

Przez lata obserwatorzy mogli jednak zauważyć, że celebrytka przeszła spektakularną przemianę: z buntowniczej imprezowiczki w dojrzałą kobietę, która otwarcie mówi o macierzyństwie, lękach i rozwoju. Jej metamorfozę widzowie mogli obserwować nie tylko w social mediach, ale też w programie „Królowa przetrwania”, gdzie w tajlandzkiej dżungli mierzyła się z wysiłkiem, emocjami i własnymi granicami – daleko od klubowych świateł, za to bardzo blisko prawdziwej siebie.

W rozmowie z Agatą ReszkoBoguszewską Trybała otworzyła się na temat początków swojej historii miłosnej z Piotrem „Trybsonem” Trybałą, wracając pamięcią do momentu wejścia do programu, który odmienił jej życie. Podkreślała, że nikt, dosłownie nikt – nie spodziewał się, że z tak kontrowersyjnego formatu narodzi się wieloletni związek.

Zacznijmy od tego, że nikt się też nie spodziewał, że wchodząc do kontrowersyjnego programu, wyjdzie z tego piękna, cudowna rodzinka kochająca się i będąca z sobą tyle lat. Więc ja uważam, że to gdzieś było zapisane w gwiazdach i tak musiało być, że nic się nie dzieje bez powodu – mówiła w rozmowie.

Celebrytka nie ukrywała, że młodość wykorzystała do granic możliwości. Bardzo stanowczo odniosła się do zarzutów, że imprezowanie przekreśla później możliwość bycia dobrą mamą.

Tak jakby ludzie się nie mogli zmieniać. Tak, tak jakbyś była nastolatką I imprezując, nie mogłabyś być dobrą mamą. To jedno nie wyklucza drugiego. Więc uważam, że to było super, że ja właśnie się tyle wyimprezowałam, że może mi teraz to starczyć i ja teraz nie czuję takiej potrzeby. To właśnie było ekstra, że miałam czas na imprezę, a później mogłam stać się właśnie i skupić na macierzyństwie. Więc dobrze też, że to się stało w takim wieku, bo teraz mam prawie odchowane dzieci i więc wszystko tak i tak jest, jak powinno być, uważam – mówiła szczerze.

Kiedy opowiadała o chwili, w której dowiedziała się, że jest w ciąży, przyznała, że towarzyszył jej ogromny lęk – nie o siebie, ale o to, czy partner będzie gotowy na zmiany.

Nie wiedziałam, jak Paweł się zachowa, czy on to udźwignie, on równie dobrze, dopiero tak naprawdę zaczynaliśmy jakby nie patrzeć jakąś karierę. I dopiero wchodziliśmy do show-biznesu i czy on będzie się chciał bawić w pieluchy, w dziecko, czy tak naprawdę pójdzie sobie dalej w show-biznes – dodała.

A jednocześnie od zawsze nosiła w sobie marzenie o rodzinie:

Moim marzeniem było w ogóle stworzenie rodziny, urodzenie dziecka i tak dalej. Dlatego, że ja pochodzę w ogóle z takiego bardzo mocno rodzinnego domu – dopowiedziała.

POLECAMY: Nadchodzi wielki finał „MasterChefa” – sprawdź, kto powalczy o wygraną. Kiedy i gdzie oglądać?

Eliza Trybała odcina się od “Warsaw Shore”?

W podcaście Agaty Reszko padła również kwestia łatki „Elizy z Warsaw Shore”. Celebrytka przyznała, że towarzyszy jej ona bez przerwy, wręcz obsesyjnie.

Jestem wszędzie podpisywana Eliza z Warsaw Shore. Nie tyle lat jakbym w ogóle sobie cały czas uczestniczyła w tym jednym programie. MTV już nie ma […] Jakby co najmniej kogoś tam po prostu nie wiem, skatowała i tak od razu jestem łatka tej imprezowiczki i i tego, że to jest ten program i co z tego, że ludzie mają dalsze swoje życie, zmieniają się właśnie, zakładają rodziny, mają zupełnie inny tryb życia, nie? Ty byłaś Elizą z Warsaw Shore i już powinna być skończona do końca życia – mówiła.

Trybała nie ukrywała, że społeczeństwo traktuje ją surowiej niż inne celebrytki. Według niej jej osoba „przyciąga kontrowersję”, nawet jeśli realnie nie robi nic szczególnie skandalicznego.

Jedna dziewczyna, która powiedzmy, jest po prostu osobą publiczną, zrobiłaby to samo, nie dostałoby się tak bardzo jej, jak mi się dostaje za niektóre rzeczy. Więc jest bardzo często nadmuchane to, co zrobię, bardzo często jest coś dopowiadane albo jest taka narracja też mojej osoby, żeby zawsze było to bardziej kontrowersyjne, bardziej złe i bardziej, żeby ludzie mogli się do mnie przyczepić – zauważyła.

Padło również trudne pytanie: czy gdyby mogła cofnąć czas, weszłaby do programu jeszcze raz? Celebrytka bez zastanowienia odpowiedziała:

Wzięłabym udział w programie, ale właśnie też dlatego, że tam wyszło mi wszystko na plus. Poznałam tę miłość swojego życia. Mam dzieci i tak dalej. Więc dlatego wzięłabym jeszcze raz w tym udział. Oczywiście, że wiele błędów popełniłam tam i wiele rzeczy nie chciałabym, żeby się tam wydarzyły, ale no co? Może dlatego właśnie tutaj jestem i tu siedzimy, rozmawiamy – powiedziała.

POLECAMY: Maciej Pela wreszcie skomentował romans i czułości Kaczorowskiej z Rogacewiczem. Te słowa szokują

Eliza Trybała wprost o macierzyństwie. Łatwo nie było?

Jednym z najmocniejszych fragmentów rozmowy była jej refleksja o rodzicielstwie.

Macierzyństwo mnie trochę ocaliło. Macierzyństwo uratowało mnie przed tym, że co mogło się w ogóle wydarzyć. No bo przecież te imprezy były grube, długie i one się nie kończyły, więc tak naprawdę nie wiem, co by się ze mną wydarzyło – powiedziała.

Wyznała, że jej ojciec – zamiast złości – odczuł ulgę, gdy dowiedział się o ciąży.

Nie wiem, co by się ze mną stało, więc to, że akurat zaszła w tym momencie w ciążę, to tak uważam, że właśnie tak powinno być, bo mój tata właśnie on normalnie pewnie by zareagował, możliwe, że złością, że zaszłam w ciążę, no bo miałam też 19 lat, a on się cieszył. On się cieszył, bo wiedział o tym, że macierzyństwo, że ciąża mnie uratowała od tego wszystkiego. To jest piękne – wyznała.

Kiedy temat zszedł na jej córki, Trybała nie kryła strachu, ale i ogromnej determinacji.

Jezu, jakby moje córki były takie to chyba bym je zamknęła w jakiejś złotej klatce, przysięgam – rzuciła pół żartem, pół serio.

Rozmowa zeszła też na temat presji wyglądu – w końcu jej córki dorastają, patrząc na swoją mamę, która publicznie mówiła o błędach w medycynie estetycznej. Trybała podkreśliła, że codziennie afirmuje swoje dzieci.

Ja codziennie im powtarzam, że są piękne, że są mądre, że są cudownymi dziewczynkami, że mają przepiękne serduszka, że są takie i, takie i one „wiem mamo”, nie raz mi mówią, że słyszę to codziennie, ale ja chcę, żeby one w tym rosły, w tym dojrzewały z tą myślą, że takie są i nie potrzebują, nie wiadomo czego, żeby wyglądać dobrze – wyjaśniła.

ZOBACZ RÓWNIEŻ: Nie uwierzysz, co Małgorzata Tomaszewska znalazła po latach w torebce swojej Babci. Ten wpis poruszył fanów do łez

Pamiętacie Elizę z czasów “Warsaw Shore”? Dajcie znać w komentarzu pod artykułem oraz na Instagramie, Facebooku i TikToku!

Eliza Trybała (fot. screen YouTube “Call my mommy”)
Eliza Trybała (fot. screen YouTube “Call my mommy”)
Eliza Trybała (fot. screen YouTube “Call my mommy”)
Eliza Trybała (fot. screen Instagram Eliza Trybała)

Autor: Szymon Jedynak

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

news

Jerzy Bralczyk znów mówi o „zdychaniu” zwierząt. Te słowa niegdyś wywołały burzę

Opublikowano

w dniu

przez

Wystarczyło jedno słowo, by w 2024 roku rozpętała się ogólnopolska dyskusja. Teraz Jerzy Bralczyk po ponad dwóch latach ponownie wrócił do sprawy i wyjaśnił, dlaczego nadal nie uważa określenia „zdychać” za obraźliwe, gdy mowa o zwierzętach. Językoznawca wspomniał również o fali hejtu, z którą musiał się mierzyć. Dowiedz się więcej!

Wypowiedź prof. Jerzego Bralczyka z 2024 roku odbiła się szerokim echem. Językoznawca pojawił się wówczas w programie „100 pytań do”, gdzie został zapytany między innymi o sposób, w jaki współcześnie mówimy o zwierzętach. Jedno z jego stwierdzeń szczególnie mocno podzieliło opinię publiczną i szybko wywołało dyskusję w mediach społecznościowych.

Chodziło o słowa „umierać” i „zdychać” w odniesieniu do zwierząt. Jerzy Bralczyk przyznał wówczas, że nie jest zwolennikiem określania śmierci psa czy kota mianem „umierania”. Tłumaczył, że jako osoba przywiązana do tradycyjnych form językowych inaczej postrzega te określenia.

“Jestem starym człowiekiem i preferuję te tradycyjne formuły i sposób myślenia. Nawet mówienie, że choćby najulubieńszy pies umarł, będzie dla mnie obce. Nie, pies niestety zdechł” – przekonywał wówczas profesor.

Wypowiedź spotkała się z bardzo różnymi reakcjami. Część osób broniła językoznawcy, wskazując, że mówił o tradycyjnym użyciu języka, inni natomiast uznali, że słowo „zdechł” ma w przypadku ukochanego zwierzęcia zdecydowanie negatywny wydźwięk. Dyskusja szybko wyszła poza środowisko językoznawcze i stała się jednym z głośniejszych tematów w mediach.

POLECAMY: Kayah wystąpi wiosną w „Tańcu z Gwiazdami”? Padła jasna deklaracja

Jerzy Bralczyk wraca do afery związanej ze “zdychaniem zwierząt”. Zmienił zdanie?

Teraz, po ponad dwóch latach, Jerzy Bralczyk ponownie odniósł się do tej kwestii. W podcaście „W stylu Krychowiaka” w RMF FM językoznawca wyjaśnił, że jego stanowisko wcale się nie zmieniło. Nadal uważa, że słowo „zdychać” samo w sobie nie musi być pejoratywne, jeżeli odnosi się do zwierzęcia.

“Słowo „zdychać” nie jest dla mnie pejoratywne. W odniesieniu do człowieka tak, ale w odniesieniu do zwierzęcia nie. Miałem dwa koty ulubione, jeden był wręcz ukochany i on zdechł. Niestety. Przykro mi” – wyznał u Krychowiaka.

Tym samym Jerzy Bralczyk po raz kolejny jasno wyraził swoje stanowisko. Jego zdaniem używanie słowa „zdechł” w odniesieniu do zwierzęcia wynika z tradycyjnego sposobu posługiwania się językiem. Nie oznacza natomiast braku szacunku do zwierzęcia ani braku emocjonalnego przywiązania do niego.

Co ciekawe, profesor wspomniał również o tym, jak osobiście odebrał reakcje na jego wcześniejszą wypowiedź. Jerzy Bralczyk przyznał, że fala krytyki była dla niego przykra, szczególnie dlatego, że część opinii publicznej zaczęła postrzegać go jako osobę, która nie darzy zwierząt sympatią.

“Bardzo dużo hejtu dostałem. Przykro mi z tego powodu, bo wyszedłem na kogoś, kto nie lubi zwierząt. A cierpienia zwierząt są dla mnie jak cierpienia ludzi” – dodał.

To właśnie ten fragment rozmowy pokazuje, że dla Jerzego Bralczyka cała sprawa miała również bardzo osobisty wymiar. Językoznawca podkreślił, że jego wybór konkretnego słowa nie ma nic wspólnego z brakiem empatii wobec zwierząt. Wręcz przeciwnie, zaznaczył, że cierpienie zwierząt jest dla niego równie istotne jak cierpienie ludzi.

W tej samej rozmowie Jerzy Bralczyk został zapytany także o inne określenie, które we współczesnej polszczyźnie budzi kontrowersje. Tym razem chodziło o słowo „Murzyn”. Profesor przedstawił swoje stanowisko, wskazując, że z jego perspektywy słowo to nadal może pełnić funkcję opisową w języku.

“Potrzebne mi jest to słowo na określenie ludzi, którzy tak wyglądają, mają ciemną skórę” – zauważył profesor Bralczyk.

Wypowiedź ponownie może wywołać dyskusję, szczególnie że współczesna polszczyzna zmienia się wraz ze zmianami społecznymi i kulturowymi. Jerzy Bralczyk zaznaczył jednak, że w praktyce bierze pod uwagę również odczucia drugiej osoby. Jeżeli konkretne określenie kogoś rani lub sprawia mu przykrość, profesor deklaruje, że nie będzie go wobec takiej osoby używał.

“Przecież ja nie czuję żadnej wyższości nad ludźmi czarnymi. Absolutnie […] Wobec nich tak nie powiem, bo ja nie lubię sprawiać przykrości” – przekonywał.

Po latach temat „zdychania” zwierząt ponownie więc wrócił do przestrzeni publicznej. Jerzy Bralczyk nie wycofał się ze swojej wcześniejszej opinii, ale jednocześnie zdecydował się opowiedzieć o konsekwencjach, jakie spotkały go po tamtej wypowiedzi. Jak sam przyznał, szczególnie dotknęło go przedstawianie go jako osoby, która nie lubi zwierząt.

ZOBACZ RÓWNIEŻ: Martyna Wojciechowska ma powody do radości. Właśnie TO ogłoszono

Jakie Wy macie zdanie na ten temat? Dajcie znać w komentarzu pod artykułem!

Grzegorz Krychowiak i Jerzy Bralczyk (fot. zdjęcie prasowe RMF FM)
Jerzy Bralczyk (fot. screen YouTube TVP Info Publicystyka)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Kontynuuj czytanie

showbiz

Kayah wystąpi wiosną w „Tańcu z Gwiazdami”? Padła jasna deklaracja

Opublikowano

w dniu

przez

Jeszcze niedawno jej nazwisko pojawiało się w kontekście jednego z najpopularniejszych programów Polsatu. Kayah miała nawet rozważać zupełnie inną rolę, ale dziś wiadomo już, że widzowie nie zobaczą jej ani na parkiecie, ani za jurorskim stołem. Co stoi za tą decyzją? Dowiedz się więcej!

Od kilku miesięcy w mediach i kuluarach programu „Dancing with Stars. Taniec z Gwiazdami” pojawiały się informacje dotyczące potencjalnego udziału Kayah w show. Początkowo spekulowano, że piosenkarka mogłaby zatańczyć na parkiecie w jednej z kolejnych edycji. Sama gwiazda w rozmowie z Telemagazynem studziła jednak te emocje i sugerowała, że jeśli miałaby pojawić się w programie, zdecydowanie bardziej widziałaby siebie w roli jurorki.

Tymczasem trwa już 19. edycja „Dancing with Stars. Taniec z Gwiazdami”, która powróciła na antenę z początkiem września. Na parkiecie możemy oglądać między innymi Mandarynę, Jaspera Sołtysiewicza oraz Izę Kunę. Uczestnicy od dłuższego czasu intensywnie przygotowują się do kolejnych występów pod okiem profesjonalnych tancerzy. Pierwsza osoba ma już jednak za sobą przygodę z programem – jako pierwsza z rywalizacji odpadła Monika Borzym. Przed pozostałymi gwiazdami jeszcze wiele tanecznych zmagań i emocji.

Jeszcze niedawno pojawiały się także informacje, że Kayah mogłaby zastąpić Ewę Kasprzyk w jury programu. Taki scenariusz również wzbudził spore zainteresowanie, szczególnie że piosenkarka ma ogromne doświadczenie sceniczne i mogłaby wnieść do programu zupełnie inną perspektywę. Ostatecznie jednak także ten wariant nie zostanie zrealizowany.

Kayah podczas tegorocznego Top of the Top Sopot Festival opowiedziała Telemagazynowi, jak obecnie wygląda sytuacja. Gwiazda wprost przyznała, że na parkiecie „Tańca z Gwiazdami” na pewno jej nie zobaczymy. Powód może jednak zaskoczyć fanów programu, ponieważ sama wokalistka otwarcie mówi o swoich problemach z kontuzjami.

„Na pewno nie będę tańczyć, bo ja bardzo kontuzyjna jestem. Dzisiaj ledwo stoję w tych obcasach, bo skręciłam kostkę dwa tygodnie temu. […] Po prostu zawijam się o własne nogi, sukienki, nie widzę progów, chociaż mieszkam w domu prawie 30 lat, taka jestem, ale pewnie wiąże się to z tym, że stresuje się przed takimi wielkimi występami – wiem, że muszę być w formie i wtedy ta forma mi siada, ale daje radę – są środki przeciwbólowe” – wyznała Kayah.

POLECAMY: Martyna Wojciechowska ma powody do radości. Właśnie TO ogłoszono

Kayah SKREŚLA udział w “Tańcu z Gwiazdami”. Przykre?

Wypowiedź Kayah jednoznacznie zamyka więc temat jej udziału w tanecznym show jako uczestniczki. Piosenkarka nie pozostawia większego pola do interpretacji – przyznaje, że taniec na tak wymagającym poziomie wiązałby się dla niej z dużym ryzykiem. Tym bardziej że, jak sama zdradziła, nawet podczas sopockiego festiwalu zmagała się ze skutkami niedawnego urazu.

Nie oznacza to jednak, że temat Kayah w „Tańcu z Gwiazdami” od początku był całkowicie oderwany od rzeczywistości. Sama artystka wcześniej dopuszczała możliwość pojawienia się w programie, ale wskazywała na inną funkcję. W roli jurorki mogłaby oceniać uczestników, nie podejmując jednocześnie fizycznego wyzwania, jakim jest udział w rywalizacji na parkiecie.

“Moja obecność tam wtedy dwa razy jako śpiewająca i raz, jako to piąte koło u wozu było dla mnie fajnym przeżyciem, dlatego że mogłam na żywo poczuć ten pot, poczuć ten trud, którego jak oglądamy telewizję nie słychać, nie widać. Naprawdę mam wielki szacunek dla tych, którzy decydują się z różnych powodów, ale to jest naprawdę bardzo ciężka praca” – dodała Kayah.

Ostatecznie jednak nie zobaczymy jej również w jury. Tym samym wszystkie wcześniejsze spekulacje dotyczące obecności Kayah w programie można uznać za zakończone. Gwiazda rozwiała wątpliwości podczas rozmowy z Telemagazynem i jasno opowiedziała o tym, dlaczego nie zdecydowała się na udział w show.

ZOBACZ RÓWNIEŻ: Kultowe show wróci do Polsatu? Edward Miszczak zabrał głos

Chcielibyście powrotu Kayah do “The Voice of Poland” w roli trenerki? Dajcie znać w komentarzu pod artykułem!

Kayah (zdjęcie prywatne serwisu przeAmbitni.pl)
Rafał Maserak, Julia Wieniawa, Iwona Pavlović, Tomasz Wygoda (fot. Paweł Wrzecion/AKPA)

Autor: Szymon Jedynak

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Kontynuuj czytanie

news

Martyna Wojciechowska ma powody do radości. Właśnie TO ogłoszono

Opublikowano

w dniu

przez

Martyna Wojciechowska po raz kolejny udowadnia, że widzowie wciąż chcą oglądać jej podróże w najdalsze zakątki świata. Nowy sezon „Kobiety na krańcu świata” wystartował z mocnym wynikiem, a dane po pierwszych odcinkach mogą robić wrażenie. TVN ma naprawdę sporo powodów do zadowolenia. Dowiedz się więcej!

Trzy tygodnie temu wystartował nowy sezon kultowego już programu „Kobieta na krańcu świata”, którego gospodynią od lat jest Martyna Wojciechowska. Podróżniczka ponownie ruszyła w świat, aby spotykać niezwykłe kobiety, poznawać ich historie i pokazywać widzom miejsca, których na co dzień nie mają okazji zobaczyć. Tym razem również nie zabrakło kierunków, które mogą mocno zaskoczyć publiczność.

W pierwszym odcinku Martyna Wojciechowska zabrała widzów do Indii. Druga wyprawa prowadziła do Korei Północnej, natomiast w trzecim odcinku bohaterowie i widzowie przenieśli się na Fidżi. Każdy z tych kierunków przyniósł zupełnie inną historię i pozwolił spojrzeć na świat z perspektywy ludzi żyjących w bardzo różnych warunkach.

Co jednak najważniejsze, nowy sezon może pochwalić się bardzo dobrymi wynikami oglądalności. Jak ustalił portal Press, premierowe odcinki, które są nadawane od końca sierpnia w niedziele około godziny 11.30. Z danych uwzględniających również widownię poza domem wynika, że podczas emisji programu TVN osiąga średnio 9,27 proc. udziału w grupie ogólnej 4+ oraz 12,49 proc. w grupie komercyjnej 20-54, rozliczeniowej stacji.

Szczegółowe wyniki poszczególnych odcinków również wyglądają bardzo dobrze. Pierwszy odcinek nowej serii przyciągnął średnio 605 tysięcy widzów. Drugi zainteresował już aż 963 tysiące osób, natomiast trzeci obejrzało średnio 686 tysięcy widzów. Oznacza to, że program potrafi zgromadzić przed telewizorami naprawdę dużą publiczność, mimo że jest emitowany w niedzielnym paśmie przedpołudniowym.

POLECAMY: Kultowe show wróci do Polsatu? Edward Miszczak zabrał głos

Martyna Wojciechowska przyciąga tłumy widzów

Jeszcze ciekawiej wygląda porównanie z poprzednim sezonem. Rok temu po pierwszych trzech odcinkach program miał średnio 567 tysięcy widzów. Tegoroczna średnia po trzech emisjach wynosi natomiast około 751 tysięcy. To oznacza wzrost o blisko 184 tysiące widzów. Jak na program, który jest na antenie od wielu lat, taki rezultat jest naprawdę znaczący.

Warto również zwrócić uwagę na pozycję TVN w samym paśmie emisji programu. W niedzielnym przedziale od 11.30 do 12.35, który w większości pokrywa się z emisją „Kobiety na krańcu świata”, stacja osiąga 8,87 proc. udziału w grupie ogólnej 4+. To pozwala jej zająć pierwsze miejsce wśród kanałów telewizyjnych, przed TVN24, które w tym czasie osiąga 8,45 proc. udziału.

Stacja jest również liderem w grupie komercyjnej 20-54, gdzie w tym paśmie osiąga 12,09 proc. udziału. To pokazuje, że „Kobieta na krańcu świata” nie jest jedynie programem, który przyciąga wiernych fanów Martyny Wojciechowskiej. Format nadal potrafi skutecznie konkurować o widza z innymi propozycjami telewizyjnymi.

Tym bardziej wynik może cieszyć Martynę Wojciechowską. Program ma już przecież ogromny staż, a utrzymanie zainteresowania widzów przez tak wiele lat nie jest łatwym zadaniem. W przypadku wielu produkcji po kolejnych sezonach oglądalność zaczyna spadać, tymczasem tutaj sytuacja wygląda zupełnie inaczej. Tegoroczna średnia jest wyraźnie wyższa niż przed rokiem.

A to jeszcze nie koniec podróży. Przed widzami „Kobiety na krańcu świata” pozostało pięć premierowych odcinków. Martyna Wojciechowska odwiedzi między innymi Nową Zelandię, Republikę Konga, Republikę Środkowoafrykańską, Pustynię Gobi w Mongolii oraz Bengal Zachodni. Każdy z tych kierunków zapowiada kolejne spotkania i historie, które mogą przyciągnąć przed telewizory jeszcze większą publiczność.

Premierowe odcinki „Kobiety na krańcu świata” widzowie mogą oglądać w każdą niedzielę po „Dzień Dobry TVN” w TVN, około godziny 11.30. Na razie wszystko wskazuje na to, że decyzja o kontynuowaniu programu była strzałem w dziesiątkę. Martyna Wojciechowska po raz kolejny pokazuje, że format, który przez lata stał się jednym z jej znaków rozpoznawczych, nadal ma swoją publiczność.

ZOBACZ RÓWNIEŻ: Nowa czołówka „Na Wspólnej” wywołała burzę. Podoba się Wam?

Lubicie oglądać program Martyny Wojciechowskiej? Dajcie znać w komentarzu pod artykułem!

Martyna Wojciechowska (fot. zdjęcia prasowe TVN Warner Bros Discovery)
Martyna Wojciechowska (fot. zdjęcia prasowe TVN Warner Bros Discovery)
Martyna Wojciechowska (fot. zdjęcia prasowe TVN Warner Bros Discovery)
Martyna Wojciechowska (fot. zdjęcia prasowe TVN Warner Bros Discovery)
Martyna Wojciechowska (fot. zdjęcia prasowe TVN Warner Bros Discovery)

Autor: Szymon Jedynak

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Kontynuuj czytanie

news

Kultowe show wróci do Polsatu? Edward Miszczak zabrał głos

Opublikowano

w dniu

przez

Fani „Ninja Warrior Polska” długo czekali na informacje dotyczące przyszłości programu. Po wiadomościach o zakończeniu formatu wydawało się, że po dwunastu sezonach to już definitywny koniec. Teraz jednak pojawiło się światełko w tunelu, a słowa Edwarda Miszczaka mogą zmienić wszystko. Dowiedz się więcej!

Przez dwanaście sezonów „Ninja Warrior Polska” dostarczało widzom ogromnych sportowych emocji. Uczestnicy mierzyli się z wymagającymi torami przeszkód, a publiczność z zapartym tchem obserwowała ich kolejne próby. Program na stałe wpisał się w ofertę Polsatu i przez lata był jednym z najbardziej charakterystycznych widowisk stacji. W pewnym momencie pojawiła się jednak informacja, która mocno zaniepokoiła fanów.

W ostatnich tygodniach coraz częściej pojawiały się pytania o przyszłość programu. Widzowie chcieli wiedzieć, kiedy rozpoczną się zdjęcia do kolejnej edycji i czy stacja planuje kontynuować produkcję. Brak konkretnych informacji zaczął rodzić coraz więcej spekulacji. Ostatecznie głos w sprawie zabrał wieloletni prowadzący Łukasz „Juras” Jurkowski, który jakiś czas temu poinformował również o swoim odejściu z Polsat Sport.

Prezenter nie pozostawił wówczas fanom większych złudzeń. W mediach społecznościowych opublikował wpis, w którym odniósł się bezpośrednio do pytań o kolejne sezony „Ninja Warrior Polska”. Z jego słów wynikało, że w tym roku nie zaplanowano zdjęć do nowych odcinków, a realizacja tak dużego przedsięwzięcia nie jest obecnie przewidziana.

“Dużo pytań w temacie kolejnych sezonów Ninja Warrior Polska… Kochani niestety ale na ten moment czas programu dobiegł końca. W tym roku nie mamy ustalonego planu zdjęć do kolejnych sezonów. W TV sytuacja jest dynamiczna, więc nigdy nie mów nigdy ale nie zapowiada się aby tak duża produkcja znalazła nagle miejsce na realizację” – napisał Łukasz “Juras” Jurkowski.

Prezenter nie ukrywał, że zamknięcie tego rozdziału wiąże się z dużymi emocjami. Podziękował wszystkim widzom za lata wspólnego kibicowania i przypomniał, że program przez ponad dekadę popularyzował w Polsce biegi z przeszkodami oraz aktywność fizyczną.

“To było fantastyczne DWANAŚCIE sezonów programu. Dziękujemy Wam za te sportowe emocje. Wspólnie udało Nam się wprowadzić niesamowitą modę na przeszkody w Polsce” – dodał.

Nie zabrakło również podziękowań skierowanych do całej ekipy realizacyjnej oraz Telewizji Polsat. Juras podkreślił, że był to wyjątkowy etap jego zawodowego życia, który zapamięta na długo.

“Dziękuje całej ekipie produkcyjnej za świetny czas na planie i zajebistą robotę. Polsatowi za zaufanie i tyle lat Ninja przygody” – czytamy.

Jednocześnie prowadzący nie zamknął całkowicie drzwi przed ewentualnym powrotem programu. Jak zaznaczył, telewizja potrafi zaskakiwać, dlatego w przyszłości wszystko jest jeszcze możliwe.

“Pewno kiedyś “Ninja Warrior Polska” wróci na ekrany Waszych telewizorów. Dajmy sobie trochę czasu” – wtrącił Juras.

POLECAMY: Nowa czołówka „Na Wspólnej” wywołała burzę. Podoba się Wam?

To jeszcze nie koniec? Edward Miszczak zdradził, co dalej z “Ninja Warrior Polska”

I właśnie teraz pojawiła się informacja, która może zainteresować wszystkich fanów programu. O przyszłość „Ninja Warrior Polska” został zapytany Edward Miszczak. Dyrektor programowy Polsatu na łamach serwisu Wirtualne Media przyznał, że dotychczasowa formuła show rzeczywiście mogła się wyczerpać. Jednocześnie jego wypowiedź jasno pokazuje, że stacja nie zamierza jeszcze definitywnie zamykać drzwi przed tym formatem.

“Dotychczasowa formuła “Ninja Warrior” faktycznie nieco się wyczerpała, ale nie powiedzieliśmy jeszcze ostatniego słowa. Wokół programu wyrosło całe środowisko, a sama dyscyplina za chwilę ma stać się dyscypliną olimpijska” – wyjaśnił Miszczak.

Po czym zasiał ziarno nadziei na powrót programu w nieco innym wydaniu:

„Pracujemy koncepcyjnie nad zmianą producenta zagranicznego. To są wyspecjalizowane firmy, które dostarczają tory do rywalizacji. Zatem być może do tego formatu jeszcze wrócimy” – dodaje.

To bardzo ważna deklaracja dla widzów. Z jednej strony „Ninja Warrior Polska” rzeczywiście zniknęło z obecnej ramówki, a dotychczasowa formuła nie będzie kontynuowana w najbliższym czasie. Z drugiej – słowa Edwarda Miszczaka pokazują, że problemem nie musi być sam program, lecz jego dotychczasowa formuła i sposób realizacji. Stacja ma już pracować nad rozwiązaniem, które mogłoby pozwolić na powrót widowiska w odświeżonej wersji.

Na razie jednak fani muszą uzbroić się w cierpliwość. Jesienią we wtorki o godz. 20.30, zamiast kolejnej edycji „Ninja vs. Ninja”, Polsat emituje filmy fabularne. Widzowie mogli już zobaczyć między innymi „Kevina samego w domu”, a w tym tygodniu stacja zaplanowała emisję „Kevina samego w Nowym Jorku”.

ZOBACZ RÓWNIEŻ: Piotr Mróz o Nawrockim: „To dobry prezydent”. Podzielacie jego zdanie?

Brakuje Wam tego programu? Dajcie znać w komentarzu pod artykułem!

Edward Miszczak (fot. Paweł Wrzecion/AKPA) – “Halo tu Polsat” z 29 sierpnia 2026
Łukasz Juras Jurkowski i Jerzy Mielewski (fot. zdjęcie prasowe Telewizja Polsat)
Łukasz Juras Jurkowski i Jerzy Mielewski (fot. zdjęcie prasowe Telewizja Polsat)
Olek Sikora, Ola Filipek, Hubert Urbański, Jerzy Mielewski, Łukasz Jurkowski (fot. zdjęcie prasowe Telewizja Polsat)
(fot. zdjęcie prasowe Telewizja Polsat)
Jerzy Mielewski i Łukasz „Juras” Jurkowski (fot. zdjęcie prasowe Telewizja Polsat)
Jerzy Mielewski i Łukasz „Juras” Jurkowski (fot. zdjęcie prasowe Telewizja Polsat)
Jerzy Mielewski, Marta Ćwiertniewicz i Łukasz „Juras” Jurkowski (fot. zdjęcie prasowe Telewizja Polsat)

Autor: Szymon Jedynak

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Kontynuuj czytanie

HITY

Copyright © 2019 Przeambitni.pl. Stworzona z miłością