Śledź nas

showbiz

Nikt się tego nie spodziewał! Oto kto zgarnął najwięcej głosów od publiczności w „Tańcu z Gwiazdami”

Opublikowano

w dniu

Czwarty odcinek jubileuszowej edycji „Tańca z Gwiazdami” od pierwszych minut niósł ze sobą ogromne napięcie. Wszyscy wiedzieli, że tym razem ktoś na pewno opuści program, a dodatkowo zmiana w jury zwiastowała wieczór pełen niespodzianek. To, co wydarzyło się na parkiecie, jeszcze długo będzie komentowane przez fanów i krytyków. Dowiedz się więcej, jak głosowali widzowie w 4. odcinku!

Już na długo przed emisją czwartego odcinka widać było, że atmosfera gęstnieje. W trzeciej, jubileuszowej odsłonie nikt nie musiał opuszczać programu, co sprawiło, że uczestnicy mogli odetchnąć i skupić się wyłącznie na celebracji. Tym razem jednak świadomość nieuchronnych eliminacji towarzyszyła wszystkim od samego początku. Widzowie, którzy tłumnie zasiedli przed telewizorami, wiedzieli, że czeka ich wieczór pełen emocji, a każda pomyłka mogła kosztować gwiazdy dalszy udział w rywalizacji.

Do tego doszła wyjątkowa zmiana w jury. Zabrakło Ewy Kasprzyk, którą na tę jedną noc zastąpiła legenda polskiej sceny – Beata Kozidrak. Powodem była specjalna konwencja odcinka, nazwanego „Beata Night”. Wszyscy uczestnicy mieli zatańczyć do największych przebojów zespołu Bajm, a wokalistka nie tylko oceniała, ale i obserwowała, jak jej piosenki nabierają nowego życia na parkiecie. Dla publiczności było to wydarzenie bez precedensu – połączenie kultowej muzyki z tanecznymi emocjami, a dla uczestników ogromna presja, bo wiedzieli, że tańczą pod czujnym okiem samej artystki.

Jednym z najbardziej oczekiwanych momentów wieczoru był występ Olka Sikory i Darii Syty. Para zmierzyła się z quickstepem do utworu „Płynie w nas gorąca krew” i już po kilku sekundach było jasne, że na parkiecie dzieje się coś wyjątkowego. Dynamiczny, pełen energii taniec zachwycił jurorów. Rafał Maserak wykrzyknął: „To jest quickstep! Polecieliście po prostu na maxa, połączyliście tę nowoczesność, był naprawdę wulkan”. Iwona Pavlović nie kryła zaskoczenia: „Byłam tak zaskoczona poprawnością, lekkością […] Idealnie tworzyliście lekkość”. Publiczność nagrodziła występ owacjami, a jury – maksymalną liczbą punktów.

Jeszcze większe poruszenie wywołał jednak taniec Katarzyny Zillmann i Janjy Lesar. Ich tango do legendarnego utworu „Co mi Panie dasz?” oczarowało nie tylko widzów, ale i jurorów, którzy po raz kolejny sięgnęli po komplet punktów. Iwona Pavlović była pełna entuzjazmu: „Ja się tak cieszę, że tu jesteś. Jestem ciekawa, cały czas chcę na Ciebie patrzeć, obserwować […] Jedyna moja prośba, chciałabym Cię raz zobaczyć w innej odsłonie, w takiej niewinnej, grzecznej”. Zillmann i Lesar udowodniły, że potrafią nie tylko technicznie zatańczyć każdy styl, ale także przekazać emocje, które docierają do milionów widzów przed telewizorami.

Nie wszyscy uczestnicy mogli jednak mówić o sukcesie. Tomasz Karolak zebrał zaledwie 27 punktów, a Barbara Bursztynowicz – jeszcze mniej, bo 24. Dla obu par to nie pierwszy raz, gdy znaleźli się na samym końcu tabeli punktowej, a ich występy wywołały mieszane reakcje zarówno wśród jurorów, jak i widzów obecnych w studiu. Wielu zastanawiało się, czy to właśnie oni zakończą swoją przygodę z programem. Ku zaskoczeniu wszystkich, to nie Karolak ani Bursztynowicz musieli pożegnać się z „Tańcem z Gwiazdami”. Decyzja, która zapadła później, zaskoczyła absolutnie wszystkich.

Wielki szok nastąpił, gdy okazało się, że z programem żegna się wokalistka Lanberry oraz jej taneczny partner Piotr Musiałkowski. Para, która nie była typowana na najsłabsze ogniwo, nagle musiała zejść z parkietu. Widzowie przecierali oczy ze zdumienia, a w internecie od razu pojawiła się fala komentarzy – od oburzenia, po współczucie i wsparcie dla odpadłej pary. Jurorzy również nie kryli zdziwienia. Wiele osób uznało, że to właśnie decyzje publiczności, a nie punkty, potrafią wywrócić tabelę do góry nogami i sprawić, że faworyci odpadają w najmniej spodziewanym momencie.

POLECAMY: Adrian Szymaniak ze „ŚOPW” walczy z glejakiem – poruszający apel żony i ogromne koszty leczenia

Jak głosowali widzowie w 4 odcinku?

Jak głosowali widzowie? Już następnego dnia pojawiły się przecieki, które zdradzały, kto cieszył się największą sympatią publiczności. Według doniesień portalu Pudelek, najwięcej głosów zdobyli Barbara Bursztynowicz oraz influencer Mikołaj „Bagi” Bagiński. To dowód, że sympatia fanów nie zawsze pokrywa się z ocenami jury – Bursztynowicz pozostaje na szczycie rankingu SMS-ów mimo bardzo niskich punktów od jurorów. W przypadku Bagińskiego nie jest to zaskoczeniem – jego ogromna popularność w sieci sprawia, że każdy jego występ wywołuje lawinę komentarzy i falę głosów od młodszej widowni.

Do pierwszej trójki głosowania widzów awansowali także Marcin Rogacewicz i Agnieszka Kaczorowska. Choć jurorzy doceniają ich technikę i przyznają im wysokie noty, to właśnie ta para najbardziej dzieli publiczność. Jedni uwielbiają ich za chemię i emocje na parkiecie, drudzy zarzucają im sztuczność i brak szczerości. Bez względu na opinie, nie można im odmówić popularności, a rosnące wsparcie widzów tylko potwierdza, że w jubileuszowej edycji to emocje i osobowość są równie ważne co technika.

Czwarty odcinek jubileuszowego „Tańca z Gwiazdami” pokazał jasno – to widzowie mają w rękach prawdziwą władzę. Jurorzy rozdają punkty, komentują i oceniają choreografie, ale ostateczne decyzje należą do publiczności, która decyduje, kto zostaje, a kto musi pakować walizki. Eliminacja Lanberry była bolesnym przypomnieniem, że w tym programie niczego nie można być pewnym. To właśnie ta nieprzewidywalność sprawia, że widzowie wracają co tydzień, a każdy kolejny odcinek staje się jeszcze bardziej elektryzujący.

Na koniec organizatorzy przygotowali zapowiedź kolejnego, jeszcze bardziej emocjonującego odcinka. Tym razem będzie to odcinek rodzinny, w którym gwiazdy zatańczą ze swoimi najbliższymi. Mikołaj Bagiński zapowiedział, że wystąpi z siostrą Matyldą, Maja Bohosiewicz zatańczy z córką, a zarówno Maurycy Popiel, jak i Marcin Rogacewicz zaprezentują się u boku swoich mam.

ZOBACZ RÓWNIEŻ: Kaczorowska i Rogacewicz podzielili widzów swoją zmysłową rumbą – oberwało się też jurorom

Kto według Was powinien wygrać tę edycję? Dajcie znać w komentarzu pod artykułem oraz na Instagramie, Facebooku i TikToku!

Barbara Bursztynowicz i Michał Kassin (fot. Paweł Wrzecion/AKPA) – zdjęcie prasowe Polsat
Magda Tarnowska i Mikołaj Bagiński (fot. Paweł Wrzecion/AKPA) – zdjęcie prasowe Polsat
Katarzyna Zillman i Janja Lesar (fot. Paweł Wrzecion/AKPA) – zdjęcie prasowe Polsat
Rogacewicz i Kaczorowska (fot. Paweł Wrzecion/AKPA) – zdjęcie prasowe Polsat
Olek Sikora i Daria Syta (fot. Paweł Wrzecion/AKPA) – zdjęcie prasowe Polsat
Maja Bohosiewicz i Albert Kosiński (fot. Paweł Wrzecion/AKPA) – zdjęcie prasowe Polsat
Wiktoria Gorodecka i Kamil Kuroczko (fot. Paweł Wrzecion/AKPA) – zdjęcie prasowe Polsat

Autor: Szymon Jedynak

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

news

Podejrzany o śmiertelny wypadek Łukasza Litewki chciał wrócić za kierownicę. Jest decyzja sądu

Opublikowano

w dniu

przez

Śmierć Łukasza Litewki wstrząsnęła opinią publiczną i do dziś wywołuje ogromne emocje. Teraz pojawiły się nowe informacje dotyczące 57-letniego kierowcy podejrzanego o spowodowanie tragicznego wypadku. Decyzja sądu może mieć kluczowe znaczenie dla dalszego przebiegu sprawy. Dowiedz się więcej!

Tragiczny wypadek, w którym zginął Łukasz Litewka, od wielu tygodni pozostaje jednym z najgłośniejszych tematów w polskiej debacie publicznej. Śledczy nieustannie analizują zebrany materiał dowodowy, próbując odtworzyć przebieg wydarzeń, które doprowadziły do śmierci posła. Każda nowa informacja budzi ogromne zainteresowanie i wywołuje lawinę komentarzy.

Do tragedii doszło 23 kwietnia w Dąbrowie Górniczej. Podejrzanym o spowodowanie wypadku jest 57-letni kierowca samochodu marki Mitsubishi. Z ustaleń prokuratury wynika, że mężczyzna nie znajdował się pod wpływem alkoholu, środków odurzających ani leków mogących wpływać na koncentrację. Według śledczych nie korzystał również z telefonu komórkowego w chwili zdarzenia.

Mężczyzna opuścił wcześniej areszt tymczasowy po wpłaceniu poręczenia majątkowego. Jednocześnie prokuratura zdecydowała o zatrzymaniu jego prawa jazdy. To właśnie ta decyzja stała się przedmiotem kolejnego etapu prawnej batalii, która przyciągnęła uwagę mediów i opinii publicznej.

57-latek postanowił złożyć zażalenie na decyzję o odebraniu mu uprawnień do kierowania pojazdami. Jego pełnomocnik argumentował, że naruszenie zasad bezpieczeństwa ruchu drogowego miało charakter nieumyślny, a na obecnym etapie postępowania nie ma podstaw do tak daleko idącego środka zapobiegawczego.

Obrona przekonywała również, że wciąż obowiązuje zasada domniemania niewinności, a prowadzone śledztwo nie przesądza o ostatecznym rozstrzygnięciu sprawy. Adwokat podkreślał, że – jego zdaniem – istnieje niewielkie prawdopodobieństwo, by w przyszłości sąd orzekł wobec jego klienta zakaz prowadzenia pojazdów.

“Są ustawowe przesłanki do stosowania, do orzekania takim postanowieniem, od jakiego się odwołujemy. W ocenie obrony nie zostały one spełnione i brak jest podstaw do zatrzymania prawa jazdy na tym etapie” – wyjaśnił aplikant adwokacki Maksymilian Alwaeli cytowany przez “Fakt”.

POLECAMY: Tyle Robert Lewandowski wydał na swoje nowe cacko. Dużo?

Nowy zwrot w sprawie śmierci Łukasza Litewki. 57-latek walczył o prawo jazdy [SZCZEGÓŁY]

Sprawa została rozpoznana 16 czerwca przez Sąd Rejonowy w Dąbrowie Górniczej. Jak przekazali dziennikarze „Faktu”, 57-letni kierowca nie pojawił się osobiście na posiedzeniu, a rozprawa odbywała się za zamkniętymi drzwiami. Ostatecznie sąd nie przychylił się do wniosku obrony.

Zapadła decyzja o utrzymaniu w mocy wcześniejszego postanowienia o zatrzymaniu prawa jazdy. Co istotne, orzeczenie jest prawomocne. Oznacza to, że podejrzany nie odzyska uprawnień do kierowania pojazdami na obecnym etapie postępowania.

Jeszcze przed ogłoszeniem decyzji głos zabrali najbliżsi zmarłego posła. Ojciec Łukasza Litewki, Zdzisław Litewka, nie ukrywał, że ewentualny zwrot prawa jazdy byłby dla rodziny trudny do zaakceptowania. W jego opinii taka decyzja mogłaby podważyć zaufanie obywateli do wymiaru sprawiedliwości.

“Gdyby oddali mu teraz prawo jazdy to tak naprawdę świadczyłoby to o tym, jaki jest tutaj stosunek wymiaru sprawiedliwości” – mówi Zdzisław Litewka.

Jeszcze bardziej emocjonalnie wypowiedziała się partnerka zmarłego parlamentarzysty, Natalia Bacławska. Kobieta przyznała, że sama myśl o możliwości powrotu 57-latka za kierownicę budzi w niej ogromny niepokój i poczucie zagrożenia.

Nie chciałabym żyć w kraju, w którym osoby, które zabijają inne osoby, nie są w stanie w ogóle wytłumaczyć, dlaczego składają kilkukrotnie zeznania, które są za każdym razem inne, wsiadają za kółko. Nie wyobrażam sobie takiej sytuacji. Biorąc pod uwagę, że ta osoba mieszka nieopodal, bałabym się wyjść z psem, że zasłabnie, zemdleje, wyleje mu się kawa na spodnie albo pomyśli, że to ptak – wyznała na łamach “Faktu”.

Sprawa śmierci Łukasza Litewki wciąż pozostaje w toku, a śledczy analizują kolejne dowody i zeznania. Najnowsza decyzja sądu pokazuje jednak, że organy wymiaru sprawiedliwości zachowują daleko idącą ostrożność. Rodzina i bliscy zmarłego liczą, że postępowanie doprowadzi do pełnego wyjaśnienia okoliczności tragedii i wydania sprawiedliwego wyroku.

ZOBACZ RÓWNIEŻ: Andrzej Piaseczny przerwał milczenie ws. „TzG”. TO powiedział o Ninie Terentiew

Łukasz Litewka (fot. screen Instagram Łukasz Litewka)
Łukasz Litewka (fot. screen Instagram Łukasz Litewka)
Łukasz Litewka (fot. screen YouTube Żurnalista)

Autor: Szymon Jedynak

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Kontynuuj czytanie

news

Tyle Robert Lewandowski wydał na swoje nowe cacko. Dużo?

Opublikowano

w dniu

przez

To jedna z najdroższych inwestycji, na jaką w ostatnim czasie zdecydował się polski sportowiec. Robert Lewandowski właśnie spełnia swoje wielkie marzenie, a kwota, która padła w kontekście jego nowego zakupu, robi ogromne wrażenie. Szczegóły przedsięwzięcia wyszły na jaw i trudno przejść obok nich obojętnie. Dowiedz się więcej!

Robert Lewandowski od lat uchodzi nie tylko za jednego z najlepszych piłkarzy świata, ale także za człowieka, który potrafi cieszyć się owocami swojej ciężkiej pracy. Kapitan reprezentacji Polski i jego żona, Anna Lewandowska, wielokrotnie pokazywali, że uwielbiają luksusowe podróże i wypoczynek w wyjątkowych miejscach.

Nie jest tajemnicą, że para od dawna stawia na aktywny relaks, a jedną z ich największych pasji są wakacje spędzane na wodzie. Do tej pory korzystali z ekskluzywnych jachtów podczas zagranicznych wyjazdów, jednak teraz postanowili zrobić kolejny krok i zainwestować we własną jednostkę.

Jak ujawniono, Robert Lewandowski zamówił luksusowy katamaran w renomowanej gdańskiej stoczni Sunreef Yachts. To producent, który od lat specjalizuje się w budowie ekskluzywnych jednostek dla najbardziej wymagających klientów z całego świata, a jego projekty trafiają do milionerów i światowych gwiazd sportu.

Co więcej, piłkarz nie ograniczył się jedynie do zakupu jachtu. Został również oficjalnym ambasadorem marki, dołączając do grona znanych sportowców współpracujących z firmą. Wcześniej z Sunreef Yachts związali się między innymi Rafael Nadal i Fernando Alonso.

Wybrany przez Roberta Lewandowskiego model to 80 Sunreef Power NEXT – jedna z najbardziej imponujących jednostek w ofercie producenta. Katamaran zostanie przygotowany zgodnie z indywidualnymi oczekiwaniami piłkarza, a projekt ma w pełni odzwierciedlać jego styl życia i potrzeby.

POLECAMY: Andrzej Piaseczny przerwał milczenie ws. „TzG”. TO powiedział o Ninie Terentiew

Tyle zapłacił Lewandowski za prywatny jacht! Dużo?

Sam zawodnik nie kryje zadowolenia z podjętej decyzji i przyznaje, że od dłuższego czasu śledził rozwój marki. Jak podkreślił, wybór nie był przypadkowy, a zakup poprzedziła szczegółowa analiza rynku.

Sunreef to dla mnie idealny wybór. Od pewnego czasu śledzę tę markę i uważam, że naprawdę się wyróżnia. Stawia na styl i kreatywność, a jednocześnie jest dynamiczna i ma niesamowitą synergię ze światem sportu. Jednym z moich długoterminowych planów jest spędzanie większej ilości czasu na wodzie. Zrobiłem dokładny research i mogę powiedzieć, że znalazłem idealny jacht, by spełnić to marzenie — poinformował sam Robert Lewandowski na oficjalnej stronie stoczni.

Nowa jednostka imponuje nie tylko wyglądem, ale i parametrami. Katamaran będzie miał niemal 24 metry długości oraz około 12 metrów szerokości. Na pokładzie znajdzie się aż 366 metrów kwadratowych powierzchni użytkowej, co czyni go prawdziwą pływającą rezydencją.

Projekt przewiduje również szereg luksusowych udogodnień. W wyposażeniu znajdzie się między innymi garaż na skuter wodny, hydrauliczna platforma kąpielowa oraz ekskluzywny Ocean Lounge, określany mianem prywatnego beach clubu. Nie zabraknie także przestronnych stref relaksu i dużego flybridge’a stworzonego z myślą o wypoczynku oraz spotkaniach z rodziną i przyjaciółmi.

Największe emocje wzbudza jednak cena tej niezwykłej inwestycji. Choć stocznia nie ujawniła oficjalnej kwoty, branżowe media szacują, że w pełni spersonalizowany model może kosztować ponad 8 milionów euro, czyli około 33 miliony złotych. Nie wiadomo, czy dzięki współpracy z producentem Robert Lewandowski otrzymał specjalne warunki zakupu.

Jedno jest pewne – nowy katamaran to spełnienie wieloletniego marzenia piłkarza i kolejny dowód na to, że po latach sukcesów na boisku może pozwolić sobie na realizację najbardziej ambitnych planów. Fani już nie kryją ciekawości i zastanawiają się, kiedy Robert Lewandowski po raz pierwszy zaprezentuje swoją imponującą jednostkę podczas wakacyjnego rejsu.

ZOBACZ RÓWNIEŻ: Management Skolima zabrał głos. Jest tłumaczenie po aferze z koncertem

Zazdrościcie Lewandowskiemu takiego zakupu? Dajcie znać w komentarzu pod artykułem!

Robert Lewandowski (fot. screen Instagram Robert Lewandowski)
Robert Lewandowski (fot. screen Instagram Robert Lewandowski)
Robert i Anna Lewandowscy (fot. screen Instagram Anna Lewandowska)
Robert i Anna Lewandowscy (fot. screen Instagram Anna Lewandowska)
Robert Lewandowski (fot. screen TVP VOD)
Robert Lewandowski (fot. screen Instagram Robert Lewandowski)

Autor: Szymon Jedynak

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Kontynuuj czytanie

showbiz

Andrzej Piaseczny przerwał milczenie ws. „TzG”. TO powiedział o Ninie Terentiew

Opublikowano

w dniu

przez

Przez lata był jedną z najważniejszych twarzy programów rozrywkowych TVP, ale pewnego dnia wszystko się zmieniło. Teraz Andrzej Piaseczny wrócił wspomnieniami do tamtego okresu i zdradził, kto wyciągnął do niego pomocną dłoń. Dowiedz się więcej!

Andrzej Piaseczny od lat należy do grona najpopularniejszych polskich wokalistów i osobowości telewizyjnych. Publiczność doskonale kojarzy go nie tylko z kariery muzycznej, ale także z udziału w największych programach rozrywkowych. Artysta przez wiele sezonów zasiadał w fotelu trenera „The Voice of Poland” oraz „The Voice Senior”, stając się jedną z ikon tych formatów.

Kilka lat temu jego zawodowa sytuacja niespodziewanie się jednak zmieniła. Po głośnych wydarzeniach związanych z obchodami jego 50. urodzin współpraca z Telewizją Polską dobiegła końca. Choć wokalista przez długi czas nie komentował szczegółów całej sprawy, teraz postanowił opowiedzieć o kulisach tamtych wydarzeń.

W podcaście „WojewódzkiKędzierski” Andrzej Piaseczny został zapytany między innymi o to, dlaczego zgodził się zasiąść w jury programu „Taniec z Gwiazdami”. Kuba Wojewódzki przypomniał, że wokalista oceniał uczestników jedynie przez dwie edycje i zapytał, co skłoniło go do przyjęcia tej propozycji.

Artysta nie zamierzał owijać w bawełnę. Wprost przyznał, że decyzja była związana z zakończeniem współpracy z TVP. Jak sam wyznał, był to moment, w którym musiał na nowo odnaleźć się na medialnym rynku.

“Wywalili mnie, mówiąc grzecznie, z TVP” – wyznał Piaseczny.

POLECAMY: Management Skolima zabrał głos. Jest tłumaczenie po aferze z koncertem

Andrzej Piaseczny ujawnia KULISY jurorowania w “Tańcu z Gwiazdami”. Zaskoczeń nie brakuje!

Jak się okazuje, właśnie wtedy z propozycją współpracy zgłosiła się do niego Nina Terentiew. Legendarna dyrektorka programowa Polsatu miała zaproponować wokaliście dołączenie do jednej z największych produkcji stacji. Początkowo jednak nie chodziło o „Taniec z Gwiazdami”.

“Dostałem wtedy propozycję od Niny [Terentiew] – “słuchaj, przejdź do nas, my ci coś zaproponujemy”. Zaproponowała mi przejście do programu “Twoja Twarz Brzmi Znajomo”, ale ja niespecjalnie lubię ten program” – zdradził.

Ostatecznie padła propozycja udziału w jury „Tańca z Gwiazdami”. Choć wielu widzów mogło zastanawiać się, dlaczego piosenkarz ocenia zmagania taneczne, sam zainteresowany od początku miał na ten temat bardzo konkretne zdanie. Jak podkreślił, nie zamierzał udawać eksperta od tańca.

“”Ale przecież ty nie potrafisz tańczyć, to po co?”. “Po to, że ja widziałem ten program w Wielkiej Brytanii, w Hiszpanii itp. i to jest fantastyczny program, który przynosi ludziom mega wiele uśmiechu, a u nas to są wyścigi, które łamią nogi i ręce uczestnikom, więc jeżeli pozwolisz, to ja postaram się wnieść tam trochę swobody i uśmiechu. I nikogo nie będę oszukiwał, że wiem cokolwiek o tańcu”. A poza tym nieskorzystanie z takiej propozycji, jako człowiekowi, który istnieje jakoś tam medialnie, byłoby nierozsądne” – stwierdził wokalista.

Andrzej Piaseczny przyznał również, że mimo braku tanecznego doświadczenia nie czuł się nieswojo w roli jurora. Jak podkreślił, do każdego odcinka przygotowywał się najlepiej, jak potrafił, a jego celem było przede wszystkim wprowadzanie pozytywnej atmosfery i ocenianie uczestników z perspektywy widza.

Podczas rozmowy wrócił także do jednej z najbardziej pamiętnych sytuacji z programu. Wokalista wspomniał moment, gdy na antenie zażartował z wypowiedzi ojca Andrzeja Dudy dotyczącej homoseksualizmu. To właśnie ten komentarz sprawił, że po emisji musiał tłumaczyć się ze swoich słów.

“Starałem się przygotowywać do każdego odcinka i tylko raz dostałem z****ę — kiedy tato Andrzeja Dudy powiedział, że można się zarazić homoseksualizmem. Powiedziałem [do Andrzeja Grabowskiego]: “Andrzejku, widzisz, siedzisz koło mnie i niczym się nie zaraziłeś”. Jak mnie przedstawiano w pierwszym odcinku, Andrzej Grabowski powiedział: “Siedzisz tak daleko i bardzo dobrze, bo ja zawsze chciałem się dowiedzieć, co jest po drugiej stronie tęczy” – powiedział.

Choć od tamtych wydarzeń minęło już kilka lat, Andrzej Piaseczny nie ukrywa, że tamten okres był ważnym etapem jego kariery. Dziś ponownie jest związany z telewizją i muzyką, a jego szczere wyznania pokazują, że za kulisami największych telewizyjnych produkcji często kryją się historie, o których widzowie nie mieli pojęcia. Wiele wskazuje na to, że artysta wciąż nie powiedział jeszcze ostatniego słowa i nadal zamierza aktywnie rozwijać swoją karierę zarówno na scenie, jak i przed kamerami.

ZOBACZ RÓWNIEŻ: Takie słowa Donald Trump miał skierować do Karola Nawrockiego

Brakuje Wam Andrzeja Piasecznego w jury “Tańca z Gwiazdami”? Dajcie znać w komentarzu pod artykułem!

Andrzej Piaseczny (fot. screen YouTube “WojewódzkiKędzierski”)
Nina Terentiew (fot. zdjęcie prywatne PrzeAmbitni.pl)
Nina Terentiew (fot. zdjęcie prywatne PrzeAmbitni.pl)
Nina Terentiew (fot. zdjęcie prywatne PrzeAmbitni.pl)

Autor: Szymon Jedynak

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Kontynuuj czytanie

news

Management Skolima zabrał głos. Jest tłumaczenie po aferze z koncertem

Opublikowano

w dniu

przez

Fani czekali na niego ponad dwie godziny, a w sieci zawrzało od krytycznych komentarzy. Teraz głos w sprawie zabrał management Skolima, ujawniając, co naprawdę wydarzyło się przed koncertem. Dowiedz się więcej już teraz!

Skolim od wielu miesięcy pozostaje jednym z najbardziej rozchwytywanych artystów w Polsce. Sam określa się mianem „króla latino”, a jego koncertowy kalendarz pęka w szwach. W sezonie letnim praktycznie nie schodzi ze sceny, odwiedzając zarówno największe festiwale, jak i lokalne wydarzenia plenerowe.

Popularność wykonawcy hitu „Wyglądasz idealnie” sprawiła, że liczba zaplanowanych występów robi ogromne wrażenie. Według harmonogramu w tym roku artysta ma zagrać ponad 500 koncertów, a nierzadko jednego dnia pojawia się nawet w kilku różnych miejscowościach.

Tak było również w miniony piątek. Skolim miał do zrealizowania trzy koncerty w różnych częściach kraju. Najpierw wystąpił na zamkniętym wydarzeniu w Wielkopolsce, a następnie ruszył na Śląsk, gdzie czekali na niego kolejni fani. Jednym z najważniejszych punktów trasy był koncert w Jastrzębiu-Zdroju.

Zgodnie z planem artysta miał pojawić się na scenie o godzinie 20:30. Na stadionie miejskim zgromadziły się tysiące osób, które od dłuższego czasu wyczekiwały jego występu. Z każdą kolejną minutą atmosfera robiła się jednak coraz bardziej nerwowa, a organizatorzy prosili publiczność o cierpliwość.

Ostatecznie wokalista dotarł na miejsce dopiero przed godziną 23. Oznacza to, że widzowie musieli czekać ponad dwie godziny dłużej, niż zakładał harmonogram. Dla wielu osób było to spore rozczarowanie, zwłaszcza że część fanów przyjechała specjalnie na ten koncert z odległych miejscowości.

Niemal natychmiast po zakończeniu wydarzenia internet zalała fala komentarzy. Internauci nie ukrywali rozgoryczenia i zarzucali artyście brak szacunku wobec publiczności. Wiele osób zwracało uwagę, że przy tak intensywnym grafiku podobne sytuacje mogą zdarzać się coraz częściej.

„Tak wygląda szacunek do fanów? Ponad dwie godziny czekania i żadnego konkretnego wyjaśnienia”; „Coraz więcej koncertów, a coraz mniej profesjonalizmu”; „Nie po to ludzie przychodzą punktualnie, żeby potem godzinami stać pod sceną”; „Popularność popularnością, ale publiczność nie powinna płacić za przeładowany grafik”; „Szkoda fanów” – czytamy w komentarzach.

POLECAMY: Takie słowa Donald Trump miał skierować do Karola Nawrockiego

Afera po koncercie Skolima. Jest oficjalne stanowisko jego managementu – więcej na

Teraz do całej sprawy postanowił odnieść się management artysty. Na profilu Amber Music & Sport Management opublikowano specjalne oświadczenie, w którym wyjaśniono kulisy całego zamieszania. Jak przekazano, przyczyną opóźnienia nie był napięty grafik, lecz niespodziewana awaria samochodu.

“Ten dzień był ze sporą rezerwą czasową. Na awarię auta nie mamy jako team wpływu, organizator był informowany na bieżąco, publiczność też. Na szybko wprowadziliśmy zmiany w harmonogramie, rotując innymi ekipami” – czytamy.

W dalszej części komunikatu podkreślono, że po dotarciu na miejsce Skolim nie udał się od razu za kulisy, lecz wyszedł do zgromadzonych fanów, aby osobiście przeprosić za zaistniałą sytuację. Management zaznaczył również, że artysta zrealizował cały zaplanowany występ i po koncercie poświęcił czas na spotkania oraz wspólne zdjęcia z publicznością.

“Po przyjeździe Konrad pierwsze, co zrobił, to poszedł na scenę i przeprosił fanów. Zagrał pełny koncert i został po koncercie na zdjęcia. Takie są fakty” – czytamy.

Choć wyjaśnienia managementu nie zakończyły internetowej dyskusji, wielu fanów przyznaje, że nieprzewidziane sytuacje mogą zdarzyć się każdemu. Inni uważają jednak, że przy tak intensywnym harmonogramie występów organizacja tras powinna uwzględniać większy margines bezpieczeństwa. Jedno jest pewne – wokół Skolima znów zrobiło się wyjątkowo głośno, a temat jeszcze długo będzie budził emocje wśród jego sympatyków i krytyków.

ZOBACZ RÓWNIEŻ: Marta Surnik i Grzegorz Dobek ujawniają KULISY “Pytania na śniadanie”. Widzowie tego nie wiedzieli [WIDEO]

Wybaczylibyście Skolimowi takie spóźnienie? Dajcie znać w komentarzu pod artykułem!

Skolim (fot. Marcin Gadomski/AKPA)
Skolim (fot. Przemysław Świderski/AKPA)

Autor: Szymon Jedynak

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Kontynuuj czytanie

HITY

Copyright © 2019 Przeambitni.pl. Stworzona z miłością