news
„Stresuję się bardziej niż uczestnicy! Bolał mnie brzuch podczas każdego odcinka!” – wywiad z Marią Sadowską
Scenarzystka, reżyser, piosenkarka, a także matka – od dwóch lat biologiczna, a od roku przyszywana, związana z uczestnikami programu The Voice of Poland, w którym jest jurorką. Jak sama mówi traktuje swoich podopiecznych jak własne dzieci, a ich występami przejmuje się niemal jak swoimi własnymi.
O wyjątkowo silnym przywiązaniu do uczestników, bezinteresownej pomocy, o korzyściach jakie wynikają z bycia jurorem w popularnym programie talent show porozmawiałyśmy w pierwszej części wywiadu z Marią Sadowską!
Czy przed finałem Voice of Poland miałaś parcie na to, aby wygrał twój podopieczny? Rywalizowałaś z innymi jurorami?
Mała rywalizacja między nami zaczyna się na ostatnim etapie, kiedy każdy z nas zostaje z jednym zawodnikiem bo zależy nam na tym, żeby ci najlepsi osiągnęli szczyt. Wcześniej –szczególnie na Bitwach, gdzie jest największa i najbardziej bolesna dla wszystkich selekcja nie było takiej sytuacji. Mamy też tzw. kradzieże, które służą temu, żeby nie odrzucać bardzo dobrych solistów.
A bitwy?
Specyfika Bitew jest taka, że musimy zestawiać ze sobą najlepszych z najlepszymi. Muszą to być ludzie o podobnych szansach. Byłoby to niesprawiedliwe, gdyby ktoś, kto jest równie dobry odpadł, dlatego mamy też kradzieże. Staramy się robić tak, żeby jak najwięcej dobrych ludzi przeszło dalej i żeby nikogo nie przegapić. Niestety życie jest bezlitosne i zarówno w programie, jak i w życiu trzeba mieć nie tylko talent, ale też odrobinę szczęścia.
Miałaś kiedyś wyrzuty sumienia, że kogoś odrzuciłaś?
Powiem szczerze, że nigdy nie żałowałam swoich decyzji. Każda z nich ma dwie strony medalu i wydaje mi się, że każdego, kogo wybrałam zasługiwał na to, choć może nie dla wszystkich widzów wydawało się to oczywiste. Ja się nie kieruję tylko tym, co widzimy w telewizji i tylko, że tak brzydko powiem – jednym wykonem. Biorę pod uwagę całość, czyli to jak się z kimś pracuje i jakim jest człowiekiem. Jeśli czuję, że ktoś nie ma dobrej energii, lub sprawia problemy wynikające z niekoniecznie dobrych cech charakteru, to ani ja, ani nikt inny pracujący przy programie, nie będzie chciał z nim współpracować. Live’y to jest ogromny stres, więc musi to być też osoba odporna psychicznie, jest to jedno z moich kryteriów.
Na co jeszcze zwracasz uwagę oceniając uczestników?
Ważne jest dla mnie to, co ktoś robi poza programem. The Voice ma jedną wadę – prócz ostatniego odcinka, uczestnicy śpiewają wyłącznie covery. Jest to dla mnie szalenie ważne, co ktoś robi na co dzień. Covery to są świetnie napisane piosenki, w których często łatwo jest dobrze zabrzmieć. O wiele trudniej jest stworzyć swój własny repertuar, w którym się zabrzmi równie dobrze. Ja swoje decyzje często też podejmuję pod kątem tego, czy ktoś przyszedł do programu z jakimś planem oraz czy jest gotowy, żeby ten program mu pomógł. Jeśli ktoś przychodzi tylko po to, żeby sobie pośpiewać i nie ma na siebie pomysłu, to nawet jeżeli lepiej zaśpiewa od kogoś, kto ma swoje kompozycje, to ja zawsze wybiorę tego, kto ma już plan i pomysł na siebie. Taka osoba jest bardziej świadoma.
Tęsknisz za uczestnikami poprzedniej edycji?
Bez wątpienia. Jest cała masa osób, za którymi tęsknię.
W ogóle nie traktujesz uczestników jak juror…
Absolutnie nie jak juror. Uważam, że miano trenera bardzo zobowiązuje. My nie jesteśmy jurorami – nie mówimy „tak” lub „nie”. Staramy się nie oceniać ludzi bardzo surowo, bo zależy nam na tym, żeby nie podcinać nikomu skrzydeł. Nawet jeśli coś się nie udało, coś nie wyszło, ktoś nie przeszedł przesłuchań w ciemno, chcemy żeby się nie poddawał, żeby wyciągnął z tej sytuacji jakąś naukę dla siebie. Czujemy, że takie podejście jest bardzo ważne dla tych wszystkich, którzy do nas przychodzą.

Czy konsultujesz z pozostałymi jurorami, kto może odpaść w następnym odcinku, albo kto ma szansę na finał?
Oczywiście. Każdy ma też swoich faworytów. Na odcinkach live’owych niewiele mamy do zrobienia, bo to ludzie głosują i od razu widać, kto podczas bitew zdobył serce publiczności. My spekulujemy, chociaż wiemy jak może być… Rok temu w przypadku Mateusza, ciężko było obstawić. To była bardzo zacięta walka z Ernestem i nikt do końca nie miał pewności kto zwycięży. W tej edycji było podobnie. Juan Carlos Cano był faworytem i wcale mnie to nie dziwi. Ma niepowtarzalną charyzmę.
Czy z edycji na edycję poziom jest coraz wyższy?
Myślę, że nie można generalizować. To jest sprawa indywidualna. Ten program tworzą uczestnicy. Tak jak różni są ludzie, jak różne mają głosy, osobowości, tak różne są te edycje.
Jak wygląda wybór piosenki do odcinka na żywo? Czy utwory są z góry narzucone przez producentów?
Po to jesteśmy trenerami, żeby świadomie wybierać piosenki. Nie są one absolutnie podsuwane przez producentów.
Padło to pytanie, ponieważ często się słyszy, że uczestnicy talent show po zakończeniu programu, narzekają, że wszystko było im z góry narzucone.
Na tym polega różnica pomiędzy „The Voice” a innymi programami. Po to jesteśmy trenerami, żeby im pomóc wybrać najlepszą dla nich opcję. Często jest tak, że ktoś mówi, że w życiu tego nie zaśpiewa, że się nie nadaje, po czym się decyduje i okazuje się, że nie wiedział, że potrafi coś takiego zaśpiewać. Miałam taką sytuację z Michałem Rudasiem – nie był niezadowolony, bo był bardzo pokorny, ale po bitewnej piosence z Juanem, przyszedł do mnie i powiedział, że nie sądził, że ma w sobie takiego diabła rockowego (śmiech). Z kolei Monika Pilarczyk, kojarzona głównie z rockiem zaśpiewała „Na językach” Kayah i okazało się, że dużo lepiej śpiewa soul i ma w nim lepsze wypracowanie, niż w muzyce rockowej.
Czyli sami podejmujecie decyzję, jaki utwór uczestnik zaśpiewa na kolejnym live?
TVP pozostawia nam trenerom bardzo duże pole do popisu.
Towarzyszy ci stres na live’ach?
Straszny! Ja się chyba bardziej stresuję niż uczestnicy (śmiech). Brzuch mnie bolał podczas każdego odcinka. Bardzo przeżywam występy swoich podopiecznych – niemalże jak swoje. Mateusz się ze mnie śmiał, że ja się bardziej denerwuję niż on. Nie wyobrażam sobie żeby podchodzić do tego na chłodno. Trzeba iść na całość, albo nie robić tego wcale.
Co wniósł do Twojego życia The Voice Of Poland?
Na pewno dał mi dużo energii, z kolei wszyscy uczestnicy pozwolili mi odkryć w sobie powołanie pedagogiczne (śmiech). Nie sądziłam, że będę potrafiła przekazywać ludziom swą wiedzę i doświadczenie, myślałam, że może będę bardziej zamknięta. Muzyka jednak powoduje, że wszystkie emocje się potęgują. To jest diaboliczna mieszanka.
Z tego co mówisz, bardzo się zżywasz ze swoimi podopiecznymi.
Tak. Kocham wszystkich swoich podopiecznych, traktuję ich jak swoje dzieci (śmiech).
Czy The Voice Of Poland pomógł jakoś Twojej muzyce?
The Voice dał mi szansę pokazania siebie szerszej publiczności, ponieważ konsekwentnie od wielu lat robię muzykę niekomercyjną i jestem w pewnej niszy. Cieszy mnie, że był to jeden z powodów zaproszenia mnie do tego programu, żeby pokazać młodym ludziom, że wcale nie trzeba być gwiazdą pierwszych stron gazet i nie trzeba mieć piosenek na pierwszych miejscach list przebojów, żeby być muzykiem i odnosić sukcesy. Moja droga była trochę pod górę. Już jako dziecko mogłam iść na skróty i robić karierę popowej gwiazdy, ale nigdy tego nie chciałam i płacę za to do dzisiaj swoją cenę. Kiedy dochodzę do takiego punktu, w którym właśnie jestem, to satysfakcja jest ogromna. Powtarzam też ciągle swoim uczestnikom, że sukces musi być wypracowany. Musi być czymś, w co się wkłada wiele konsekwencji, a nawet kilka lat życia. Jak coś się dzieje szybko, to jest niepewne. Ja wierzę w ciężką pracę i dążenie do celu. Jak się naprawdę czegoś chce i wyznacza się jakiś cel, to można ten cel osiągnąć. Bardzo się cieszę, że dzięki The Voice mogę propagować mój styl muzyki, który jest w Polsce traktowany trochę po macoszemu…
Można chyba jednak zauważyć, że bardzo się też rozwija i powoli się to zaczyna zmieniać.
Zgadzam się, bardzo się rozwija i myślę, że zmienia to całe pokolenie młodych ludzi, które chce iść w moje ślady i robić muzykę funkową, jazzową, soulową, r’n’b i nie chce iść na łatwiznę. Od bardzo wielu lat Polską rządzi rock. Przepraszam, że to powiem ale muzyka rockowa jest dla mnie nudna… Trudno jest w niej wymyślić coś nowego. Polska nie jest przyzwyczajona do tych bujających rytmów, ale widzę, że powoli coś zmienia się na lepsze. Na przykład przebój „My Słowianie” – bit, który się buja, jest zaśpiewany w sposób bardzo nowoczesny i stał się ogromnym hitem w kraju gdzie zawsze wszystko było „umpa umpa”. Bardzo mnie to cieszy. Wierzę, że to jest jakiś rodzaj nici, którą tutaj tworzymy i że przyniesie to rezultaty za parę lat. Tak naprawdę ja już je dostrzegam, zwłaszcza w młodych ludziach, którzy przychodzą do programu.
Nie masz czasem dosyć tego programu? Poświęcasz mu bardzo dużo czasu i energii.
The Voice wprowadził w moje życie wiele pozytywów. Mimo, że jest czasochłonny daje mi mnóstwo energii. Fakt, że mam o wiele mniej czasu dla siebie, rodziny czy na kolejne autorskie projekty, zwłaszcza te filmowe. Program wyczerpuje też emocjonalnie – bez dwóch zdań. Męczące momentami jest też to, że nie mogę spokojnie wyjść do sklepu bez zakładania ciemnych okularów. Ale to tak naprawdę drobiazgi w porównaniu z tym, co dostaję od uczestników, z którymi mam wielką przyjemność pracować w programie.
Naprawdę bez okularów ani rusz?
Tak, chociaż ja już tego doświadczałam nie raz. Teraz jest to nasilone ponieważ co tydzień jestem gościem w domach ludzi. Jestem na billboardach, tracę swoją anonimowość, którą bardzo lubię w mieście i na ulicy. Na co dzień chodzę w dresie i bez makijażu.
Czy oznacza to, że możesz nie pojawić się w kolejnej edycji?
Nie chcę mówić tak lub nie. Zastanawiam się nad tym… Mam dużo swoich planów artystycznych i póki co nie mam siły i czasu na ich realizację. Jesienią czeka mnie również druga część trasy „Jazz na ulicach Live Tour”, podczas której muszę dać z siebie 200% a to wymaga wielu przygotowań i dobrej kondycji. Dostaję też mnóstwo listów od fanów, żebym została… Wiem, że liczy na mnie sporo osób, być może ich nie zawiodę. Zobaczymy co czas pokaże.

Niektórzy potrafią być jurorami nawet przez kilka lat z rzędu.
Dla mnie to jest tylko pewien etap w życiu. Nie chciałabym przez kolejne 10 lat być jurorem, tak jak niektórzy koledzy utknęli na tych jurorskich fotelach. Ja strasznie nie lubię szuflad i bardzo ich unikam.
Pytanie czy już się tak powoli nie stało…
Dla takiego szerokiego społeczeństwa, które nie sięga po ambitniejszą muzykę, na pewno trochę tak. Natomiast cieszę się, kiedy doświadczam na koncertach, czy zwyczajnie po wiadomościach, jakie dostaje od fanów, że osoby które nie słuchały wcześniej moich płyt, dzięki programowi, sięgają po moją muzykę i nie boją się otwarcie mówić o tym, że dzięki mnie poznali nowe rejony, że moja muzyka jest dla nich odkryciem. Co więcej, spotykam później tych ludzi na koncertach i mam świadomość, że są ze mną i czekają na nowe nagrania.
Udział w talent show, to chyba obecnie najkrótsza droga do zrobienia muzycznej kariery…
Uważam, że to wcale nie jest krótka droga. Jedynie dla zwycięzcy.
Wielu muzyków grających muzykę undergroundową, albo inna niż popową, uważa, że udział w takim programie to brzydko mówiąc – „zeszmacenie się”.
Bardzo nie lubię mówienia w ten sposób. Nie wiem co w tym złego, że idziesz do talent show i grasz swoją muzykę. Nawet jeśli to jest cover, to jest to twoje wykonanie i pokazanie siebie. Zeszmacenie się byłoby gdyby ktoś kazał Ci iść i śpiewać disco polo, czy pokazywać się w jakikolwiek sposób, który niezgodny jest z Twoim światopoglądem. Moja mama, która również jest muzykiem nauczyła mnie, że każdą publiczność trzeba szanować. Najważniejsze żebyś była z siebie zadowolona i dbała o to by mieć dobry poziom artystyczny. Wszędzie można wystąpić – nawet na jarmarku i przekonać ludzi do swojej muzyki. Ja obserwuję zupełnie coś innego – mnóstwo ludzi i to bardzo poważnych muzyków, jak i moich bardzo poważnych kolegów reżyserów, ogląda takie programy. Nie podoba mi się ta hipokryzja. To jest dobra rozrywka na wysokim poziomie i nie ma w tym nic złego. Nie uważam, że robienie dobrej muzyki w programie, który ogląda kilka milionów ludzi w tym kraju jest jakimkolwiek rodzajem zeszmacenia się.
Słyszy się, że muzycy narzekają, że muszą grać np. utwór popowy, kiedy to sami komponują rock/soul itp…
W The Voice jest etap, gdzie można zagrać swój utwór. To samo Must Be The Music – tam było mnóstwo zespołów bardzo undergroundowych. Bardzo wiele uczestników tego typu programów wcale nie będzie robiło muzyki komercyjnej. Większość z nich traktuje przyjście tutaj, jako rodzaj lekcji. Granie coverów jest świetną nauką. Jak chcesz grać na fortepianie, to musisz grać gamy. Później musisz pograć Bacha, żeby móc potem zagrać Chopina i wszystkie inne rzeczy. Ja też grałam covery z zespołem – w knajpach, do kotleta. Nie uważam, że to było dla mnie jakąkolwiek ujmą, wręcz przeciwnie – wiele mnie to nauczyło i było świetną lekcją pokory. Śpiewanie coverów absolutnie nie przeszkadza w tym, aby pozostać sobą i nadal być alternatywnym wykonawcą. Tutaj uczymy się warsztatu, to jest show biznes w pigułce. Jeśli chcemy być wykonawcą, funkcjonować w Polsce jako wokalista, to niejednokrotnie w zależności od okoliczności będziemy śpiewać covery. To jest też umiejętność, by przerobić czyiś utwór na swoją piosenkę i pokazać swoją interpretację. Podejście do utworów już skomponowanych i zrobienie ich na swój sposób jest poważną formą twórczości.
Wróćmy jeszcze do twojej pomocy uczestnikom. Zawsze myślałyśmy, że po zakończeniu talent show, każdy idzie w swoją stronę. Jurorzy chyba rzadko pomagają dalej swoim podopiecznym.
Może mało się o tym mówi… Marek Piekarczyk również zaprasza swoich uczestników na swoje koncerty. Ja mam do tego dość specyficzne podejście, przyszłam do tego programu z myślą, że jeśli zaangażuję się w pomoc swoim uczestnikom to zrobię to w pełni. Również po programie. Po zakończeniu poprzedniej edycji, zaprosiłam do współpracy Beatę Orbik i Gosię Janek. Dziewczyny wystąpiły ze mną podczas poprzedniej trasy „Dzień Kobiet” śpiewając w chórku. Nagrały również część chórków na płytę „Jazz na ulicach”. Beata pojechała z nami również w trasę „Jazz na ulicach Live Tour” i świetnie sobie radzi. Pomagam jej również w pracy nad autorską płytą. Staram się w tej chwili o kontrakty dla kilku innych uczestników ale to jest proces, który jeszcze trochę potrwa. Już teraz pracuję również z Martą Dryll z ostatniej edycji. Wraz z całym moim zespołem współpracowników, naprawdę bardzo się staramy. Wie o tym, każdy kto jest w mojej programowej drużynie. Ale to zależy nie tylko od nas. Zaznaczam swoim uczestnikom, że mają ze mną kontakt i w każdej chwili mogą zadzwonić do mojego managera, poprosić nas o pomoc, poradzić się. Jeśli nie dzwonią i się nie odzywają, poszli w swoją stronę to inna sprawa… Jest nawet kilka takich osób, do których mam mały żal, że się nie odzywają, nie mówią co robią. Oni dostają swoją szansę. Ci którzy są mądrzy, skorzystają z niej. Jeśli idą samodzielnie w swoim kierunku, to ich wybór.
news
To już nie są domysły? Marcysia Ryskala i Igor Łubkowski pokazali wspólne chwile
Marcysia Ryskala i Igor Łubkowski wywołali niemałe zamieszanie wśród internautów. Była członkini Ekipy Friza oraz uczestnik „Love Island. Wyspa miłości” pojawili się razem na weselu, a następnie pokazali w mediach społecznościowych wspólne nagrania. Wszystko wskazuje na to, że łączy ich coś więcej niż tylko znajomość. Para nie pozostawiła fanom zbyt wiele miejsca na domysły.
Marcysia Ryskala od lat należy do grona najbardziej rozpoznawalnych polskich influencerek. Popularność zdobyła przede wszystkim dzięki Ekipie Friza, a później rozwijała własny kanał w mediach społecznościowych i działalność muzyczną. Jej życie prywatne przez lata było szeroko komentowane. Igor Łubkowski również nie jest anonimową postacią dla fanów polskiego internetu. Rozpoznawalność przyniósł mu udział w drugiej edycji „Love Island. Wyspa miłości”, w której dotarł do finału. Przez kilka lat tworzył związek z Magdaleną Karwacką, którą poznał właśnie w programie. Para rozstała się w 2025 roku.
Marcysia Ryskala i Tromba byli jedną z najpopularniejszych par internetu
Zanim w życiu Marcysii pojawił się Igor, influencerka przez kilka lat związana była z Mateuszem „Trombą” Trąbką. Para poznała się w środowisku Ekipy i przez długi czas należała do najbardziej medialnych duetów polskiego internetu. Marcysia i Tromba byli razem przez kilka lat, mieszkali razem, dzielili się z fanami fragmentami codzienności, a w 2023 roku się zaręczyli. W marcu 2024 roku poinformowali jednak o rozstaniu. Oboje podkreślali wówczas, że decyzję podjęli wspólnie i prosili o uszanowanie ich prywatności.
Marcysia Ryskala po rozstaniu skupiła się na własnej działalności i znalazła inną miłość, z chłopakiem który prowadzi studio tatuażu. . Jest aktywna w mediach społecznościowych, gdzie pokazuje przede wszystkim życie prywatne, modę, stylizacje, podróże oraz projekty związane z muzyką. Jej kariera zaczęła się od YouTube, a popularność znacząco wzrosła po dołączeniu do Ekipy Friza.
POLECAMY: Ekipa Friza zakłada zbiórkę i wynajmuje domy dla uchodźców z Ukrainy: Chcemy działać długofalowo
Igor Łubkowski był związany z Magdą z „Love Island”
Igor Łubkowski zyskał popularność dzięki drugiej edycji „Love Island. Wyspa miłości”. To właśnie tam poznał Magdalenę Karwacką. Ich relacja przetrwała długo po zakończeniu programu i przez lata była obserwowana przez fanów. Para ostatecznie się rozstała. W 2026 roku był przedstawiany już jako singiel, a jego życie zawodowe i prywatne zaczęło przybierać nowy kierunek. Teraz wszystko wskazuje na to, że w jego życiu pojawiła się Marcysia Ryskala.

POLECAMY: Sześciu członków Ekipy Friza opuszcza grupę: Relacje przestały być priorytetem
Poszli razem na wesele. Później pokazali wspólne nagrania
Fani zwrócili uwagę na najnowsze materiały opublikowane przez Marcysię i Igora. Na nagraniach widać ich razem i najpierw w bardziej swobodnej stylizacji, a następnie podczas wyjścia, na którym influencerka ma elegancką suknię, a Igor. Łubkowski pojawia się w garniturze. Para wybrała się razem na wesele, co już samo w sobie wzbudziło zainteresowanie internautów. Niedługo później oboje pokazali kolejne wspólne ujęcia w mediach społecznościowych. Na jednym z nagrań pozują bardzo blisko siebie, a całość została opatrzona wymownym podpisem sugerującym, że Marcysia i Igor są razem.
Nie wygląda więc na przypadkowe spotkanie czy jednorazową wspólną publikację. Marcysia Ryskala i Igor Łubkowski pokazują się razem i dają internautom wyraźny sygnał, że łączy ich relacja. Sami nie przedstawili jednak w opublikowanych materiałach szerszych szczegółów dotyczących swojego związku. Dla Marcysii byłby to pierwszy tak szeroko komentowany związek po rozstaniu z Trombą, natomiast dla Igora, to nowy rozdział po wieloletniej relacji z Magdaleną Karwacką. Na razie para zdecydowała się przede wszystkim pokazać, że spędza razem czas.
POLECAMY: Wrażliwa Zawadzka płacze na planie “The Voice”? Zdrójkowski zdradza sekret



news
Bagi i Tarnowska biorą ślub? Damian Glinka zdradził, czy będzie ŚWIADKIEM
Jeszcze niedawno pojawiały się spekulacje dotyczące relacji Magdaleny Tarnowskiej i Mikołaja „Bagiego” Bagińskiego. Teraz temat ich związku wrócił z zupełnie innego powodu – padły słowa o ślubie, a ich bliski znajomy nie pozostawił wiele miejsca na domysły. Czy para rzeczywiście planuje powiedzieć sobie „tak”? Dowiedz się więcej, co wyznał Damian Glinka!
Magdalena Tarnowska i Mikołaj „Bagi” Bagiński poznali się bliżej podczas „Tańca z gwiazdami”, gdzie szybko zwrócili na siebie uwagę widzów. Fani programu już wtedy dopatrywali się między nimi wyjątkowej chemii i chętnie łączyli ich w parę. Jak się jednak okazało, ich relacja nabrała romantycznego charakteru dopiero po zakończeniu programu.
Jakiś czas temu w mediach społecznościowych pojawiły się nawet spekulacje dotyczące rzekomego kryzysu w ich związku. Powodem miała być mniejsza liczba wspólnych zdjęć i nagrań publikowanych przez parę. Magdalena Tarnowska i Mikołaj „Bagi” Bagiński nie potwierdzili jednak żadnych problemów w swojej relacji, a temat z czasem ucichł.
Ostatnio o ich związku ponownie zrobiło się głośno za sprawą rozmowy Mikołaja „Bagiego” Bagińskiego z Małgorzatą Rozenek-Majdan w programie „Z bliska”. Influencer opowiedział o początkach relacji, komentarzach widzów „Tańca z gwiazdami”, a także o swoich planach dotyczących przyszłości. Nie zabrakło również pytania o ślub.
Choć widzowie programu już podczas jego emisji zauważali chemię pomiędzy Magdaleną Tarnowską a Bagim, sam influencer podkreślił, że w tamtym momencie nie byli jeszcze parą.
„Po programie. Tak się wydarzyło” – odpowiedział Małgorzacie Rozenek-Majdan, która zapytała go, kiedy zaiskrzyło.
Jednocześnie Mikołaj „Bagi” Bagiński przyznał, że komentarze internautów nie były dla nich zupełnie obojętne. Para zdawała sobie sprawę z tego, że widzowie coraz częściej sugerowali, że między nimi może wydarzyć się coś więcej.
„Czytaliśmy te komentarze i był to trochę taki słoń w pokoju. Nie mieliśmy tego idealnie przegadanego, ale, jak widać, później się wydarzyło” — dodał Bagi.
Najwięcej emocji wzbudził jednak fragment rozmowy dotyczący ślubu. Małgorzata Rozenek-Majdan zapytała Bagiego, czy razem z Magdaleną Tarnowską rozmawiali już o tym, jak chcieliby pokazać taki dzień swoim fanom. Odpowiedź influencera była krótka, ale wystarczyła, aby temat zaczął budzić zainteresowanie.
„Coś tam rozmawialiśmy” – stwierdził.
Na razie nie oznacza to jednak, że para podjęła konkretne decyzje dotyczące ceremonii. Mikołaj „Bagi” Bagiński opowiedział jedynie o tym, jak wyobraża sobie poinformowanie fanów, gdyby w przyszłości rzeczywiście doszło do ślubu. Jego pomysł jest daleki od wielkiego, oficjalnego komunikatu.
„Myślę, że fajnie byłoby coś z tego nagrać, ale na ten moment chyba najlepiej byłoby zrobić jedną śmieszną fotkę telefonem i wrzucić informację: ‘Jak coś, jesteśmy po ślubie’” – wyjaśnił.
POLECAMY: W „MasterChefie” zrobi się naprawdę gorąco. Mamy fragment nowego odcinka
Damian Glinka będzie ŚWIADKIEM na ślubie Bagiego i Tarnowskiej?
Teraz do tematu dołączył Damian Glinka, dziennikarz i bliski znajomy pary, który w przeszłości pracował w popularnym serwisie plotkarskim. W podcaście Kozaczka został zapytany między innymi o relację Magdaleny Tarnowskiej i Bagiego, a także o to, czy chciałby zostać świadkiem na ich ślubie. Jego odpowiedź może szczególnie zainteresować fanów pary.
„Ja jestem w ogóle shipperem ich związku i trzymam mega mocno za nich kciuki” – wyznał.
Kiedy prowadzący dopytał, czy Damian Glinka chciałby zostać świadkiem, dziennikarz nie udzielił jednoznacznej odpowiedzi. Jednocześnie przyznał, że mógłby przyjąć taką rolę i zapewnił, że niezależnie od wszystkiego zamierza pojawić się na ceremonii, jeśli do niej dojdzie.
“Nie wiem. Nie można się mnie pytać […] Mogę być. Ja bym mógł być świadkiem na ślubie. Uważam, że na ślubie na pewno będę, niezależnie od tego” – mówił.
Najmocniejsze słowa padły jednak chwilę później. Damian Glinka został zapytany o to, czy jego zdaniem Magdalena Tarnowska i Mikołaj „Bagi” Bagiński rzeczywiście wezmą ślub. Dziennikarz nie tylko stwierdził, że bardzo dobrze do siebie pasują, ale także wyraził przekonanie, że ceremonia się odbędzie.
„Nie wiem. To już pytanie do nich, ale wydaje mi się, że jeżeli będzie, a moim zdaniem będzie, bo uważam, że są super parą, która no jest fajna przed kamerą i jeszcze fajniejsza poza kamerą, więc no tam wszystko się zgadza, więc dlaczego miałoby nie być ślubu? Więc ślub będzie” – stwierdził.
Słowa Damiana Glinki mogą więc rozbudzić wyobraźnię fanów, ale na ten moment trzeba pamiętać, że nie są one oficjalnym potwierdzeniem planów ślubnych pary. Zarówno Magdalena Tarnowska, jak i Mikołaj „Bagi” Bagiński nie ogłosili daty ceremonii ani nie poinformowali, że są w trakcie przygotowań do ślubu. Wiadomo natomiast, że temat pojawił się już w ich publicznych rozmowach, a ich bliski znajomy bardzo mocno wierzy w ich wspólną przyszłość.
ZOBACZ RÓWNIEŻ: TVN ma problem z Dorotą Szelągowską? W tle poważny kryzys
Kibicujecie związkowi Bagiego i Tarnowskiej? Dajcie znać w komentarzu pod artykułem!


news
W „MasterChefie” zrobi się naprawdę gorąco. Mamy fragment nowego odcinka
Jubileuszowa edycja „MasterChefa” nabiera tempa, a przed uczestnikami kolejna wymagająca próba. W drugim odcinku poznaliśmy już czwórkę wyróżnionych zawodników, którzy wyruszą do Neapolu. Teraz widzowie zobaczą, jak wygląda ich wyjątkowa kulinarna podróż i spotkanie z prawdziwą legendą światowej gastronomii. Dowiedz się więcej i zobacz przedpremierowy fragment!
Dwa tygodnie temu w niedzielę wystartował jubileuszowy, 15. sezon „MasterChefa”. Widzowie po raz pierwszy zobaczyli tegorocznych uczestników, którzy rozpoczęli walkę o zwycięstwo w jednym z najpopularniejszych kulinarnych programów w Polsce. Tegoroczna edycja jest szczególna również ze względu na zmiany w składzie jury. Obok Magdy Gessler, Michela Morana i Przemysława Klimy pojawił się nowy, czwarty juror – Pascal Brodnicki.
W drugim odcinku programu pojawiła się natomiast była jurorka Ania Starmach, która powróciła na chwilę do kuchni „MasterChefa” przy okazji jednej z cukierniczych konkurencji. To właśnie w tym odcinku widzowie poznali również szczegóły pierwszej zagranicznej podróży tej edycji. Czwórka wyróżnionych uczestników otrzymała wyjątkową nagrodę i w trzecim odcinku ruszy do słonecznego Neapolu.
To właśnie tam rozpocznie się prawdziwie włoska przygoda uczestników. W samej stolicy światowej pizzy będą mieli okazję poznać tajniki kuchni neapolitańskiej i zobaczyć, jak pracują lokalni mistrzowie. Przewodnikiem po tętniących życiem uliczkach miasta zostanie Pascal Brodnicki, który nie tylko zna włoską kuchnię, ale jako nowy juror „MasterChefa” będzie mógł podzielić się z uczestnikami swoim doświadczeniem.
POLECAMY: TVN ma problem z Dorotą Szelągowską? W tle poważny kryzys
Zobacz przedpremierowy fragment 3. odcinka “MasterChefa” [WIDEO]
Kulinarna wyprawa będzie bezkompromisową nauką fachu w kultowych miejscach: od nowatorskiej Pizzerii 3.0 Ciro Cascella, przez historyczną L’Antica Pizzeria da Michele, aż po lokalne miejsca z genialną pizzą smażoną. Uczestnicy będą chłonąć neapolitański klimat, czerpać wiedzę od mistrzów i odkrywać tajniki wyrabiania idealnego ciasta.
Zdobyta wiedza zostanie natychmiast poddana próbie. Po powrocie do Polski studio „MasterChefa” zamieni się we włoską pizzerię. Zawodnicy, podzieleni na drużyny, będą musieli odtworzyć autentyczny smak Neapolu i udowodnić, że lekcje od włoskich pizzaiolo nie poszły na marne.
A to dopiero początek emocji. W drugiej części odcinka progi kuchni przekroczy żywa legenda światowej gastronomii – Massimo Bottura. Wybitny szef kuchni zarazi uczestników swoją autorską filozofią gotowania, wymagając od nich absolutnej kreatywności i odwagi. Prawdziwy sprawdzian smaku odbędzie się więc pod czujnym okiem samego mistrza.
Dla uczestników będzie to wyjątkowa okazja, by zobaczyć z bliska, jak wygląda praca najwybitniejszych przedstawicieli włoskiej gastronomii. Spotkanie z Massimo Botturą może być również jednym z najważniejszych momentów ich dotychczasowej przygody z programem. Tym razem nie wystarczy odtworzenie poznanych wcześniej receptur — liczyć się będą pomysł, odwaga i własna interpretacja włoskiej kuchni.
Trzeci odcinek zapowiada zatem podróż, która dla czwórki wyróżnionych uczestników może okazać się bezcenną lekcją. Pascal Brodnicki zabierze ich w świat neapolitańskiej pizzy, a Massimo Bottura sprawdzi, czy potrafią myśleć jak prawdziwi kucharze i wyjść poza utarte schematy. Emisja 3. odcinka „MasterChefa” już w niedzielę o godz. 19:45 w TVN. Program dostępny jest także na platformach Player i HBO Max.
ZOBACZ RÓWNIEŻ: Polsat podebrał kolejne twarze TVN. Zaskakujący transfer?
Podoba Wam się nowa edycja “MasterChefa”? Dajcie znać w komentarzu pod artykułem!







Autor: Szymon Jedynak
Dodaj komentarz
news
Filip Chajzer i Bianka wzięli ślub! Tak wyglądała ceremonia w Krakowie
Filip Chajzer i jego ukochana Bianka są już małżeństwem. Para powiedziała sobie „tak” w sobotę 19 września podczas uroczystości w Krakowie. 41-letni prezenter i jego 20-letnia wybranka od miesięcy przygotowywali się do tego wyjątkowego dnia. Wiadomo, jak wyglądała ceremonia, kto pojawił się wśród gości oraz na jakie stylizacje zdecydowali się nowożeńcy.
Filip Chajzer to dziennikarz, prezenter telewizyjny i radiowy, a także syn znanego prezentera Zygmunta Chajzera. Urodził się 27 listopada 1984 roku w Warszawie. Swoją karierę rozpoczynał w prasie i radiu, a szerszej publiczności dał się poznać jako reporter „Dzień Dobry TVN”. Później prowadził m.in. „Małych gigantów”, „Dom marzeń” i „Hipnozę”, a także pojawiał się w programach rozrywkowych.
Życie prywatne na przestrzeni lat było naznaczone zarówno ważnymi momentami, jak i ogromną tragedią. Jego pierwszą żoną była Julia. Para miała syna Maksymiliana, który w 2015 roku zginął w wypadku samochodowym. Filip Chajzer był później związany z dziennikarką Małgorzatą Walczak. W 2017 roku para doczekała się syna Aleksandra. Obecnie Filip Chajzer jest mężem 20-letniej Bianki. Para poznała się na początku 2026 roku przy pracy nad projektem podcastowym. Ich znajomość szybko przerodziła się w związek, a następnie zaręczyny. W sobotę 19 września 2026 roku zakochani stanęli na ślubnym kobiercu w Krakowie, rozpoczynając kolejny rozdział wspólnego życia.
POLECAMY: Filip Chajzer po latach wrócił do tragedii. „Nigdy nie usłyszałem słowa przepraszam”
Ślub odbył się w Krakowie
Historia związku Filipa Chajzera i Bianki od początku wzbudzała spore zainteresowanie. Para poznała się na początku 2026 roku podczas wspólnej pracy nad projektem podcastowym. Bianka pełniła w nim funkcję producentki. Jak wynika z relacji, prezenter szybko zwrócił uwagę na młodą kobietę i poprosił ją o numer telefonu. Ich znajomość bardzo szybko przerodziła się w związek, a po kilku miesiącach zakochani byli już zaręczeni. Od początku uwagę zwracała przede wszystkim dzieląca ich różnica wieku. Bianka ma 20 lat, natomiast Filip Chajzer w listopadzie skończy 42 lata. Para wielokrotnie podkreślała jednak, że dobrze się ze sobą dogaduje, a decyzja o ślubie była dla nich naturalnym kolejnym krokiem.
Do ceremonii przygotowywali się przez wiele miesięcy. Dziennikarz l z charakterystycznym dla siebie poczuciem humoru mówił nawet, że pełnił funkcję własnej „wedding plannerki”. Narzeczeni mieli również za sobą nauki przedmałżeńskie i przygotowania do pierwszego tańca. W sobotę 19 września nadszedł wreszcie długo wyczekiwany dzień. Uroczystość rozpoczęła się punktualnie o godzinie 13:00 w jednym z krakowskich kościołów. Wśród najbliższych pary znalazł się również ojciec pana młodego, Zygmunt Chajzer.
POLECAMY: Filip Chajzer BRONI prezydenta NAWROCKIEGO! Co sądzi o słowach Wojewódzkiego?

Tak wyglądali nowożeńcy
Podczas ceremonii Bianka zaprezentowała się w klasycznej, a jednocześnie bardzo efektownej kreacji. Panna młoda wybrała białą suknię z odkrytymi ramionami i wyraźnym rozcięciem. Całość uzupełniał długi welon, który ciągnął się za nią podczas przejścia.

Filip Chajzer zdecydował się natomiast na elegancki, ciemny garnitur w subtelny prążek. Do niego dobrał białą koszulę oraz brązowe skórzane buty. Stylizacja prezentera była utrzymana w klasycznym, ślubnym charakterze. Dla pary był to finał wielomiesięcznych przygotowań i początek kolejnego etapu związku. Filip Chajzer i Bianka, którzy jeszcze kilka miesięcy temu byli na początku swojej relacji, od soboty oficjalnie są małżeństwem.
POLECAMY: Filip Chajzer BRONI prezydenta NAWROCKIEGO! Co sądzi o słowach Wojewódzkiego?


-
showbiz4 dni temuTo może być koniec ich przygody w „TzG”? „Nie dam rady tańczyć” [KULISY]
-
news5 dni temuNie mogą znaleźć Michała Wójcika. Przez to procedura wymeldowania utknęła
-
showbiz4 dni temuJulia Suryś trafiła do lekarza po „Tańcu z gwiazdami”. Co z jej dalszym udziałem?
-
news4 dni temuFilip Chajzer po latach wrócił do tragedii. „Nigdy nie usłyszałem słowa przepraszam”
-
showbiz4 dni temu„Taniec z Gwiazdami” bez Sykut-Jeżyny i Ibisza? Te wieści mogą zaskoczyć
-
showbiz2 dni temuJacek Jeschke zostawił Hanię Żudziewicz. „Zostawił mnie”. Jak do tego doszło?
-
news3 dni temuIzabella Krzan niczym nimfa wyłania się z wody. Fani już komentują
-
news4 dni temuIda Nowakowska jako Cher w „TTBZ ”. Reakcja Gąsowskiego może zaskoczyć [WIDEO]

Dodaj komentarz