Ilona Adamska: To miłość dodaje mi skrzydeł!
Redaktor naczelna “Imperium Kobiet” i “Law Business Quality”, Ambasadorka Przedsiębiorczości Kobiet opowiada o swojej najnowszej książce, pt. „Szczęście na wagę złota, czyli jak osiągnąć sukces”, której portal Przeambitni ma zaszczyt być jednym z patronów medialnych oraz o planach wydawniczych na wiosnę.
Ilono, za nami premiera Twojej drugiej książki pt. „Szczęście na wagę złota, czyli jak osiągnąć sukces”. Skąd pomysł na tytuł i samą książkę?
Pomysł na książkę zrodził się w grudniu. Tuż przed świętami Bożego Narodzenia. Wróciłam z kolejnej Akademii Law Business Quality, którą od września 2014 roku organizuję dla kobiet biznesu. Kobiet, które chcą od życia czegoś więcej. Które walczą o swoje marzenia, chcą się kształcić, rozwijać. Pomyślałam sobie wtedy, że warto byłoby stworzyć coś na zasadzie zbioru sentencji – aforyzmów dotyczących odpowiedzi na pytanie: czym jest sukces i jak go osiągnąć. Ponieważ bohaterami mojej pierwszej książki „Ona w jego oczach…” byli mężczyźni, tym razem postawiłam na kobiety. Wieść o książce i moim nowym projekcie rozniosła się dość szybko po warszawskich kręgach ludzi biznesu. Zaczęłam dostawać zapytania o to, czy w projekcie mogliby także wziąć udział panowie. Pomyślałam – czemu nie?! Tak więc w książce znajdziemy ponad 70 wypowiedzi zarówno mężczyzn, jak i kobiet na temat recepty na sukces i osiągnięcia szczęścia – zarówno w życiu osobistym, jak i prywatnym. Długo zastanawiałam się nad tytułem. Razem z dziennikarką Imperium Kobiet Dagmarą Nawartek wpadłyśmy na pomysł „Szczęścia na wagę złota…”. Uważam, że tytuł idealnie trafia w samo sedno przesłania książki.
Wstęp do Twojej najnowszej pozycji napisał sam wicepremier Rzeczypospolitej Janusz Piechociński. Wiem, że na karatach pojawia się też sporo znanych nazwisk.
To prawda. Dzięki mojej koleżance, która na co dzień pracuje w Ministerstwie Gospodarki, a która wraz ze mną co miesiąc organizuje pod Krakowem spotkania w ramach Akademii LBQ – udało mi się zaprosić do projektu wicepremiera Piechocińskiego. Pomysł książki bardzo mu się spodobał. We wstępie do niej napisał, że każdy przedsiębiorca powinien wspierać tego typu akcje. Moja książka bowiem – podobnie jak pierwsza – jest akcją charytatywną – tym razem na rzecz Fundacji Sukces. Pieniądze z jej sprzedaży przekazujemy na Fundację, która pomaga samotnym mamom i ich pociechom. W trakcie hucznej premiery książki (na której pojawiło się ponad 200 osób) udało nam się zebrać i przekazać trzy duże kartony prezentów dla podopiecznych Ośrodka Pomocy Ofiarom Przemocy w Rodzinie „Dom”. Wśród upominków znalazła się zarówno elegancka bielizna, kosmetyki, pampersy, środki higieny osobistej, jak i soki, miód, drukarka i dwa ogromne kosze słodyczy dla maluchów. Na gali obecni byli prawie wszyscy bohaterowie mojej książki, z gwiazdami Omeną Mensah, Joasią Jabłczyńską, Izabelą Trojanowską, Mariolą Bojarską-Ferenc, Pauliną Holtz, Ewą Kuklińską, Anną Kalatą na czele.
Twoja pierwsza książka „Ona w jego oczach. Znani mężczyźni o kobietach” odbiła się sporym echem w mediach. Przygotowując się do rozmowy z Tobą, zrobiłam mały research w Internecie. Ponad 40 publikacji na temat samej premiery, ponad 20 wywiadów, gościłaś w TV śniadaniowej, miałaś ponad 10 autorskich spotkań w całej Polsce. Jak wyglądają Twoje plany, jeśli chodzi o promocję drugiej książki?
Podobnie. Po świętach rozpoczynam spotkania i wywiady z portalami i magazynami, które objęły patronat medialny nad książką. A sporo ich (śmiech). Planuję również od kwietnia ruszyć z wieczorami autorskimi w największych miastach Polski. Pierwsze zaplanowane jest na 25 kwietnia w ekskluzywnym salonie Vinicio Pajaro na krakowskim rynku. Kolejne – 28 maja w Łodzi na Festiwalu Łódź Miastem Kobiet i czerwcu na Pomorzu, który stał mi się ostatnio bardzo bliski.
Z tego, co wiem, szykujesz na wiosnę spore zmiany w swoim wydawnictwie?
To prawda. Mamy wiosnę…. Czas na zmiany (śmiech). Zaczęłam od wynajęcia lokalu pod nową siedzibę redakcji. Od kwietnia nasze biuro znajduje się na prestiżowej ulicy Mokotowskiej, tuż obok słynnej tęczy. Jestem szczęśliwa, ponieważ do tej pory pracowaliśmy zdalnie. Po 4 latach wydawania Imperium Kobiet postanowiłam zbudować prawdziwą, profesjonalną redakcję. Wymieniam praktycznie cały zespół dziennikarzy. Zostaje dwie osoby ze „starej gwardii”. Stawiam teraz na mocne, znane nazwiska i dziennikarzy z doświadczeniem. Udało mi się pozyskać nazwiska z takich tytułów jak VIVA, Gala czy Glamour. Staram się o poszerzenie jeszcze i pozyskanie tzw. korespondentów z zagranicy odpowiedzialnych za wywiady z zagranicznymi gwiazdami. Mam już jednego „wysłannika”, który w ostatnim czasie przeprowadził dla IK wywiad z Nicole Kidman i Matthew McConaugheyem. Są to wywiady robione specjalnie dla nas. Nigdzie wcześniej niepublikowane. Do tej pory współpracowaliśmy z Romanem Rogowieckim, który po prostu sprzedaje swoje stare wywiady z gwiazdami do kobiecych magazynów – ale nie były one robione specjalnie dla nich. Czas postawić poprzeczkę jeszcze wyżej i znaleźć osoby, które tak jak Bogdan Kuncewicz (z którym obecnie pracujemy) – będą robić ekskluzywne rozmowy TYLKO dla nas. Poza tym zmieniamy kompletnie szatę graficzną, dodajemy nowe działy, idziemy bardziej w stronę lifestyle’u, świata gwiazd, mody.
Podobno stawiasz teraz na wersje elektroniczne swoich magazynów. Dlaczego? Przyszłość to e-booki?
Imperium Kobiet dostępne jest już w formie e-booka w największej księgarni internetowej publio.pl należącej do grupy mediowej Agory. Podobnie Law Business Quality. Obniżam nakład drukowanych magazynów, ponieważ coraz więcej osób kupuje i zamawia magazyny w formie elektronicznej. Ostatnie badania pokazują drastyczny spadek czytelnictwa. Polacy czytają coraz mniej. I jeszcze mniej kupują, jeśli chodzi o prasę czy książki. Przeglądając ostatnio w sieci artykuły na temat najnowszych badań czytelnictwa, znalazłam takie podsumowanie: „Obecnie czytelnik szuka coraz krótszych informacji. Czyta pobieżnie. Najczęściej tylko tytuł, lead i dwie pierwsze linijki tekstu. Tego nauczył nas Internet. Żyjemy w pośpiechu, nie mamy na nic czasu. To wszystko wpływa na obecną sytuację rynku wydawniczego. (…) Polak kupuje średnio półtorej książki rocznie, Czech – 14”. Nie trzeba chyba tego specjalnie komentować. Nie lepiej jest z prasą. Nadzieją są jednak e-booki, które faktycznie stają się coraz bardziej popularne. Dlatego już teraz wyszłam naprzeciw zapotrzebowaniu rynku i postawiłam na wydania elektroniczne naszych magazynów. Szykujemy aplikacje mobilne i… Tego ostatniego jeszcze nie zdradzam.
Ale papier to papier…
To prawda. Nie rezygnujemy z druku. Sama uwielbiam zapach farby, zapach magazynu, który przyjeżdża do mnie prosto z drukarni. Nie wyobrażam sobie urlopu z iPadem na plaży i moim ulubionym magazynem na ekranie czytnika. Kocham, gdy z magazynu wysypuje się piasek (śmiech). Ale muszę niestety iść zgodnie z duchem czasu. Jakiś czas temu przeprowadzałam wywiad do Law Business Quality z bardzo znanym i cenionym dziennikarzem Gazety Wyborczej, autorem książki „Zawód zwycięzca”. Rozmawialiśmy bardzo długo o rzekomym upadku prasy, o tym, jak Internet wypiera dziś drukowane magazyny. Sam przyznał, że od ponad roku nie kupuje żadnych drukowanych gazet. Ma kilka prenumerat swoich ulubionych tytułów na iPadzie. I przyznał podobnie do tego, co mówiłam wyżej, że dziś z racji tak ogromnego natłoku informacji, mnogości tytułów człowiek nie jest w stanie przeczytać wszystkich magazynów od deski do deski. Czytamy wybiórczo, wybieramy treści, które nas zaciekawią poprzez tytuł czy lead. Prasa całkowicie nie umrze, ale niestety, jak powiedział Josh Tyrangiel, redaktor naczelny potężnego magazynu Bloomberg Businessweek, niegdyś związany z tygodnikiem „Time”: „Nic nie jest dane raz na zawsze. Dobre czasy dla prasy, które właśnie minęły, były historyczną anomalią, ale biznes wciąż tu jest. On się po prostu zmienił (…). Tablety skracają dystans między wydawcą i czytelnikiem, ale nie pozwalają ludziom ogarnąć gazety jako całości. Jeśli jednak ludzie zdecydują, że nie chcą już papierowego wydania, będziemy robić magazyn na tablety”. Wyznaję identyczną zasadę. Poza e-bookami chcemy w tym roku wprowadzić wersję na tablety, by przekonać się, czy rzeczywiście wydania elektroniczne staną się popularniejszą formą od magazynów drukowanych.
Jesteś z pewnością osobą twardo stąpającą po ziemi, wiesz, czego chcesz. Twoje wydawnictwo I.D.MEDIA rozwija się w naprawdę szybkim tempie. Niedawno obchodziłaś jubileusz 10-lecia istnienia swojej firmy. Jak na osobę „po trzydziestce” – dwa magazyny, cztery portale, dwa blogi, dwie książki, agencja PR i eventowa – to naprawdę niezły wynik.
Ja po prostu kocham to, co robię. I myślę, że to jest najlepsza recepta na sukces. Robić to, co sprawia nam największą przyjemność. Wtedy nie czujesz, że pracujesz.
A jak radzisz sobie z konkurencją? Świat mediów bywa bowiem okrutny. A ludzie, gdy widzą, że ktoś odnosi sukces, także potrafią „wbić nóż w plecy”.
Wiesz, wszystko zależy od ludzi. Z wieloma wydawcami fajnie sobie działamy. Nie traktujemy siebie jak konkurencję, wręcz odwrotnie – wspieramy się i promujemy wzajemnie swoje tytuły. Takie małe magazyny jak nasze powinny trzymać się razem, a nie konkurować ze sobą. Dam tu przykład choćby magazynu Eden, który promuje i wspiera nasz coroczny konkurs Imperium SPA. Wydawać by się mogło, że jesteśmy konkurencją dla ich plebiscytu na najlepsze SPA. Jak widać – nie. Relacje z naszych finałów pojawiają się na łamach magazynu Eden, my promujemy ich tytuł u siebie na galach. Podobnie z magazynem Świat Elit, który teraz promuje naszą nową książkę, a który w zasadzie mógłby być konkurencją dla Law Business Quality. Jeśli ludzie są fajni, myślą mądrze i wiedzą, że w grupie siła – można naprawdę zbudować sobie fajne relacje i zdziałać jeszcze więcej niż w pojedynkę. Trzeba być jednak uczciwym wobec siebie. Nie kraść pomysłów, ale wzajemnie się inspirować… Jeszcze pół roku temu przejmowałam się działaniami konkurencji, która często podkradała nam pomysły, wypisywała bzdury w Internecie. Dziś, dzięki współpracy z fantastycznym life coachem Danutą Terpiłowską wiem już, że nie ma co się przejmować ludźmi, którzy obgadują nas, oczerniają, „rzucają kłody pod nogi”, kradną pomysły. Warto odpuścić i wybaczyć drugiemu, mimo wszystko… Nawet jeśli nam nie wybaczono, pokażmy, że nas na to stać, że stać nas na bycie dobrym! Jak mówi Danusia: „Wybaczajmy więc, a wybór nas i naszych produktów pozostawmy innym. Jeśli wybiorą nas – dobrze, jeśli nie – też dobrze. Wszystkiego w świecie jest wystarczająco dużo. Dla każdego jest coś i na wszystko jest odpowiedni czas”. Po co konkurować, skoro taki stan ducha pochłania ogromną ilość energii i sprawia, że stajemy się niezadowoleni, nieufni, zgorzkniali, złośliwi? Słowem: tracimy energię i radość życia. Róbmy swoje. I nie próbujmy uszczęśliwiać wszystkich na siłę. Plotkami na swój temat się nie przejmujmy. Karma wraca!
Pamiętasz najdziwniejszą plotkę rozpuszczoną na temat twojej firmy, która najbardziej Cię dotknęła?
Kiedyś przeczytałam na Facebooku, że mam firmę, która bankrutuje. Pewna osoba, z którą współpracowałam, chciała zapewne rozpuścić nieprawdziwe informacje na mój temat, abym straciła klientów lub nie pozyskałam nowych. Tylko się uśmiechnęłam… Otwarcie drugiego magazynu, dwóch nowych portali, pozyskanie nowych klientów do agencji PR i wynajem nowego biura przy Mokotowskiej raczej temu bankructwu przeczy… Oczywiście biznes to sinusoida. Raz bywa lepiej, raz gorzej… Dopiero po 10 latach prowadzenia firmy mogę powiedzieć, że zaczęłam „poważny biznes”. Z tym rokiem – wreszcie coś naprawdę ruszyło – stąd spore zmiany w redakcji. Będą pracownicy na etatach. Ze stałą pensją. Stałe biuro, kolegia redakcyjne, wspólne planowanie numerów. Do tej pory wszystko robiliśmy zdalnie, a z całym zespołem widziałam się tylko na wigiliach i eventach naszego wydawnictwa. Czas na potężne zmiany! Ludzie się zmieniają, dojrzewają. Kiedyś biegałam na wszystkie branżowe eventy, bo myślałam, że tak trzeba… Bawiłam się, poznawałam ludzi… Dziś chodzę tylko na imprezy organizowane przez moje wydawnictwo. Skupiam się raczej na fajnych konferencjach, kongresach… Odpuściłam zupełnie „świat lansu i taniego showbiznesowego blichtru”. Za moją metamorfozą stoi z pewnością ogromne wsparcie partnera, prawdziwa miłość i poczucie bezpieczeństwa, jakie dostaję każdego dnia. To miłość dodała mi skrzydeł i wiatru w żagle.
Słuchy mnie doniosły, że szykujesz już trzecią książkę?
To prawda, ale szczegółów nie mogę jeszcze zdradzać. Powiem tylko tyle, że premiera przewidziana jest na czerwiec. Trzymam zatem kciuki. Dziękuję za rozmowę.
Rozmawiała: Monika Leśniak
Fot. Imperium Kobiet
news
„Po prostu Damian” stworzył nowy gatunek: CYBER-POP? Prosto z premiery „100 dni: Misja Zeus”
„Po prostu Damian” stworzył nowy gatunek: CYBER-POP? Prosto z premiery „100 dni: Misja Zeus”
POLECAMY: Kayah wystąpi wiosną w „Tańcu z Gwiazdami”? Padła jasna deklaracja
news
Filip Chajzer po latach wrócił do tragedii. „Nigdy nie usłyszałem słowa przepraszam”
Śmierć 9-letniego Maksa w 2015 roku na zawsze zmieniła życie Filipa Chajzera. Dziennikarz przez lata unikał szczegółowego opowiadania o tragedii, jednak w podcaście Cypriana Majchera wrócił do bolesnych wspomnień. Opowiedział o żałobie, emocjach, które wciąż mu towarzyszą, oraz relacji z byłym teściem, który prowadził samochód w chwili wypadku.
Filip Chajzer przez lata bardzo oszczędnie mówił o śmierci swojego 9-letniego syna Maksa. Chłopiec zginął w 2015 roku w tragicznym wypadku samochodowym, do którego doszło podczas podróży z dziadkiem, byłym teściem dziennikarza. Ta tragedia na zawsze odcisnęła piętno na życiu prezentera, który wielokrotnie podkreślał, że po takiej stracie nic już nie może wyglądać jak wcześniej.
W rozmowie z Cyprianem Majcherem, Filip Chajzer zdecydował się wrócić do tamtych wydarzeń i opowiedzieć o bólu, z którym mierzy się do dziś. Szczególnie poruszająco zabrzmiały jego słowa dotyczące żałoby oraz relacji z byłym teściem. Dziennikarz przyznał, że nigdy nie usłyszał od niego przeprosin ani nawet próby rozmowy o wypadku.
POLECAMY: Filip Chajzer BRONI prezydenta NAWROCKIEGO! Co sądzi o słowach Wojewódzkiego?
Tragedia, po której nic nie było już takie samo
Śmierć 9-letniego Maksa w lipcu 2015 roku była dla Filipa Chajzera tragedią, która na zawsze zmieniła jego życie. Chłopiec zginął w wypadku samochodowym, gdy podróżował z dziadkiem, ojcem swojej mamy. Samochód zjechał z drogi i uderzył w naczepę ciężarówki stojącej na poboczu. Dziecko zginęło na miejscu, a dziennikarz, który w tym czasie przebywał w Stanach Zjednoczonych, natychmiast wrócił do Polski. Filip Chajzer przez długi czas nie potrafił mówić o śmierci syna. Wspomnienia związane z Maksem były zbyt bolesne, a żałoba całkowicie rozbiła jego dotychczasowe życie. Dziennikarz przyznawał, że po tej tragedii zmagał się z depresją i przez wiele lat próbował znaleźć sposób na poradzenie sobie z cierpieniem.
Życie po takiej stracie nigdy nie będzie już normalne – mówił Filip Chajzer, podkreślając, że śmierci dziecka nie da się racjonalnie wyjaśnić ani przepracować w taki sposób, aby ból po prostu zniknął.
W innym wywiadzie opowiadał, że Maks śnił mu się niemal każdej nocy. Po przebudzeniu zapisywał rozmowy ze swoim synem, aby zachować choć namiastkę kontaktu z nim.
Maks śnił mi się niemal każdej nocy. Budziłem się i zapisywałem nasze rozmowy – wspominał. Jak tłumaczył, początkowo wstydził się prosić o pomoc psychologa.
Uważał, że powinien sam poradzić sobie z emocjami, choć jego stan psychiczny był bardzo trudny.
Byłem w fatalnym stanie, ale wtedy jeszcze nie chciałem pomocy psychologa. Wstydziłem się, że jestem taki słaby. Próbowałem poszukiwać odpowiedzi na własną rękę. Śmierci dziecka nie da się racjonalnie wytłumaczyć. W ogóle nie da się wytłumaczyć… – mówił w rozmowie cytowanej przez media.
Z czasem Filip Chajzer zdecydował się na terapię. Przyznawał, że korzystał z pomocy wielu specjalistów, jednak nawet intensywna praca nad sobą nie sprawiła, że wspomnienia o synu przestały boleć. W jego przypadku żałoba nie była zamkniętym rozdziałem, lecz doświadczeniem, które powracało w najmniej oczekiwanych momentach.
POLECAMY: Filip Chajzer żali się u Wojewódzkiego: „Tęsknię za tym”. Przykre?
Teść zawinił?
W najnowszych wspomnieniach dziennikarz wrócił także do relacji z byłym teściem, który prowadził samochód w chwili tragicznego wypadku. Filip Chajzer przyznał, że między nimi nie doszło do rozmowy, która mogłaby pomóc mu zrozumieć wydarzenia z 2015 roku lub choć częściowo zamknąć ten bolesny temat.
Nigdy nikt nie podjął ze mną próby rozmowy. Nigdy nie usłyszałem jednego słowa, nigdy nie usłyszałem słowa przepraszam – wyznał.
W rozmowach o tragedii podkreślał, że każdy człowiek przeżywa żałobę inaczej. Jedni potrzebują mówić o zmarłej osobie, inni zamykają się w sobie i próbują funkcjonować mimo ogromnego bólu. Dziennikarz opowiadał również o fali hejtu, która spadła na niego po śmierci Maksa. W internecie pojawiały się brutalne komentarze, a nieznane osoby przesyłały mu zdjęcia miejsc związanych z wypadkiem. Dziennikarz wspominał, że takie zachowanie doprowadziło go do skrajnego załamania.
Ja wtedy w środku umarłem. To była taka śmierć za życia moja – mówił, opisując emocje, które towarzyszyły mu po atakach w sieci.
Mimo upływu lat Filip Chajzer nie ukrywa, że strata syna wciąż jest obecna w jego życiu. Wspominanie Maksa stało się dla niego także sposobem na zachowanie pamięci o chłopcu. Jak podkreślał, zależało mu na tym, aby historia jego dziecka nie została zapomniana, a jego imię nadal było obecne w świadomości ludzi.
POLECAMY: TYLKO U NAS: 20-letnia narzeczona Chajzera w „Królowej Przetrwania”? Padły zaskakujące słowa




news
Nie mogą znaleźć Michała Wójcika. Przez to procedura wymeldowania utknęła
Wokół Michała Wójcika narasta kolejny konflikt. Rodzice jego zmarłej partnerki chcą wymeldować kabareciarza z należącej do nich nieruchomości w Katowicach. Budynek planują wyburzyć, jednak procedura od miesięcy nie może się zakończyć. Problemem jest między innymi ustalenie aktualnego miejsca pobytu artysty.
Wokół Michała Wójcika narasta konflikt, który może mieć swój finał w sądzie. Rodzice jego zmarłej partnerki chcą wymeldować kabareciarza z domu w Katowicach, należącego do nich od lat. Jak twierdzą, budynek jest w złym stanie technicznym i planują go wyburzyć, jednak formalności związane z wymeldowaniem artysty ciągną się już od kilku miesięcy.
Dodatkowym problemem jest ustalenie, gdzie obecnie przebywa Michał Wójcik. Właściciele nieruchomości nie kryją frustracji, a urzędnicy wyjaśniają, że przed wydaniem decyzji muszą dokładnie sprawdzić, czy kabareciarz rzeczywiście i na stałe opuścił lokal.
Kim jest Michał Wójcik?
Michał Wójcik to jeden z najbardziej rozpoznawalnych polskich artystów kabaretowych. Od 2000 roku występuje w popularnym kabarecie Ani Mru-Mru, który współtworzy między innymi z Marcinem Wójcikiem i Waldemarem Wilkołkiem. Choć panowie noszą to samo nazwisko, nie są spokrewnieni. Artysta urodził się 22 listopada 1971 roku w Lublinie, a poza działalnością kabaretową pojawiał się również w produkcjach telewizyjnych, między innymi w improwizowanym serialu „Spadkobiercy”.
Prywatnie Michał Wójcik jest ojcem czworga dzieci. Ma córkę Julię oraz synów: Jakuba, Charliego i Michała Juniora. Pociechy pochodzą z różnych związków artysty. W 2022 roku artysta kabaretowy pojawił się z najstarszą córką w programie „Dzień Dobry TVN”, gdzie opowiadał o ich relacji, wspólnych zainteresowaniach i kontaktach w patchworkowej rodzinie.
Michał Wójcik od około trzech lat jest zameldowany w domu przy ulicy Średniej w Katowicach. Nieruchomość należy do Barbary i Janusza W., czyli rodziców jego zmarłej partnerki, Janiny W. Kobieta zmarła 6 marca 2023 roku po chorobie nowotworowej. Para doczekała się syna, który obecnie pozostaje pod opieką ojca i jego nowej partnerki. Jak twierdzą właściciele budynku, Michał Wójcik został zameldowany w ich nieruchomości około dwóch tygodni po śmierci Janiny. Według ich relacji chcieli w ten sposób pomóc mu w uporządkowaniu spraw finansowych i urzędowych.
Rodzice Janiny przekonują, że w tamtym czasie artysta miał problemy finansowe i potrzebował zameldowania w Katowicach, aby móc ustalić sposób spłaty zadłużenia wobec urzędu skarbowego. Początkowo ich relacje miały być dobre, jednak z czasem doszło między nimi do pogorszenia stosunków. Właściciele nieruchomości chcą obecnie zakończyć sprawę i odzyskać pełną swobodę w dysponowaniu budynkiem. Podkreślają, że dom jest w złym stanie technicznym i może stanowić zagrożenie dla osób przechodzących w jego pobliżu.
Nie wiadomo, gdzie obecnie mieszka kabareciarz
Barbara i Janusz W. planują wyburzenie budynku, a następnie inne zagospodarowanie należącej do nich działki. Twierdzą jednak, że obecność Michała Wójcika w ewidencji mieszkańców utrudnia realizację tych planów. Dodatkowo pod wskazanym adresem mają pojawiać się osoby podające się za wierzycieli artysty. Właściciele rozpoczęli procedurę wymeldowania, która w katowickim urzędzie trwa od lutego. Postępowanie przeciąga się, ponieważ urzędnicy mają trudności z ustaleniem, gdzie faktycznie przebywa Michał Wójcik.
Sprawdzane miały być między innymi adresy w Lublinie, gdzie kabareciarz był wcześniej zameldowany. Według relacji rodziców jego zmarłej partnerki artysty miał również wynajmować mieszkanie w Mysłowicach. Tamtejszy urząd miał wezwać go na spotkanie, jednak artysta nie pojawił się w wyznaczonym terminie.
W związku z tym katowicki urząd może zwrócić się do sądu o wyznaczenie przedstawiciela dla osoby nieobecnej. Taki przedstawiciel mógłby reprezentować Michała Wójcika w postępowaniu administracyjnym.
Sprawa znowu się przeciąga o kolejne miesiące – komentują Barbara i Janusz W.
Urzędnicy podkreślają, że samo złożenie wniosku nie oznacza automatycznego wymeldowania. Przed wydaniem decyzji trzeba ustalić, czy dana osoba rzeczywiście i trwale opuściła lokal. W tym celu urząd może analizować zeznania świadków, oświadczenia, wyjaśnienia oraz wyniki oględzin nieruchomości. Na razie decyzja o wymeldowaniu Michała Wójcika nie została wydana. „Fakt” zwrócił się do artysty o komentarz za pośrednictwem jego menedżera Zbigniewa Remleina. Prośba miała zostać przekazana kabareciarzowi, jednak do czasu publikacji materiału nie otrzymano odpowiedzi.
POLECAMY: Kultowe show wróci do Polsatu? Edward Miszczak zabrał głos





news
Jerzy Bralczyk znów mówi o „zdychaniu” zwierząt. Te słowa niegdyś wywołały burzę
Wystarczyło jedno słowo, by w 2024 roku rozpętała się ogólnopolska dyskusja. Teraz Jerzy Bralczyk po ponad dwóch latach ponownie wrócił do sprawy i wyjaśnił, dlaczego nadal nie uważa określenia „zdychać” za obraźliwe, gdy mowa o zwierzętach. Językoznawca wspomniał również o fali hejtu, z którą musiał się mierzyć. Dowiedz się więcej!
Wypowiedź prof. Jerzego Bralczyka z 2024 roku odbiła się szerokim echem. Językoznawca pojawił się wówczas w programie „100 pytań do”, gdzie został zapytany między innymi o sposób, w jaki współcześnie mówimy o zwierzętach. Jedno z jego stwierdzeń szczególnie mocno podzieliło opinię publiczną i szybko wywołało dyskusję w mediach społecznościowych.
Chodziło o słowa „umierać” i „zdychać” w odniesieniu do zwierząt. Jerzy Bralczyk przyznał wówczas, że nie jest zwolennikiem określania śmierci psa czy kota mianem „umierania”. Tłumaczył, że jako osoba przywiązana do tradycyjnych form językowych inaczej postrzega te określenia.
“Jestem starym człowiekiem i preferuję te tradycyjne formuły i sposób myślenia. Nawet mówienie, że choćby najulubieńszy pies umarł, będzie dla mnie obce. Nie, pies niestety zdechł” – przekonywał wówczas profesor.
Wypowiedź spotkała się z bardzo różnymi reakcjami. Część osób broniła językoznawcy, wskazując, że mówił o tradycyjnym użyciu języka, inni natomiast uznali, że słowo „zdechł” ma w przypadku ukochanego zwierzęcia zdecydowanie negatywny wydźwięk. Dyskusja szybko wyszła poza środowisko językoznawcze i stała się jednym z głośniejszych tematów w mediach.
POLECAMY: Kayah wystąpi wiosną w „Tańcu z Gwiazdami”? Padła jasna deklaracja
Jerzy Bralczyk wraca do afery związanej ze “zdychaniem zwierząt”. Zmienił zdanie?
Teraz, po ponad dwóch latach, Jerzy Bralczyk ponownie odniósł się do tej kwestii. W podcaście „W stylu Krychowiaka” w RMF FM językoznawca wyjaśnił, że jego stanowisko wcale się nie zmieniło. Nadal uważa, że słowo „zdychać” samo w sobie nie musi być pejoratywne, jeżeli odnosi się do zwierzęcia.
“Słowo „zdychać” nie jest dla mnie pejoratywne. W odniesieniu do człowieka tak, ale w odniesieniu do zwierzęcia nie. Miałem dwa koty ulubione, jeden był wręcz ukochany i on zdechł. Niestety. Przykro mi” – wyznał u Krychowiaka.
Tym samym Jerzy Bralczyk po raz kolejny jasno wyraził swoje stanowisko. Jego zdaniem używanie słowa „zdechł” w odniesieniu do zwierzęcia wynika z tradycyjnego sposobu posługiwania się językiem. Nie oznacza natomiast braku szacunku do zwierzęcia ani braku emocjonalnego przywiązania do niego.
Co ciekawe, profesor wspomniał również o tym, jak osobiście odebrał reakcje na jego wcześniejszą wypowiedź. Jerzy Bralczyk przyznał, że fala krytyki była dla niego przykra, szczególnie dlatego, że część opinii publicznej zaczęła postrzegać go jako osobę, która nie darzy zwierząt sympatią.
“Bardzo dużo hejtu dostałem. Przykro mi z tego powodu, bo wyszedłem na kogoś, kto nie lubi zwierząt. A cierpienia zwierząt są dla mnie jak cierpienia ludzi” – dodał.
To właśnie ten fragment rozmowy pokazuje, że dla Jerzego Bralczyka cała sprawa miała również bardzo osobisty wymiar. Językoznawca podkreślił, że jego wybór konkretnego słowa nie ma nic wspólnego z brakiem empatii wobec zwierząt. Wręcz przeciwnie, zaznaczył, że cierpienie zwierząt jest dla niego równie istotne jak cierpienie ludzi.
W tej samej rozmowie Jerzy Bralczyk został zapytany także o inne określenie, które we współczesnej polszczyźnie budzi kontrowersje. Tym razem chodziło o słowo „Murzyn”. Profesor przedstawił swoje stanowisko, wskazując, że z jego perspektywy słowo to nadal może pełnić funkcję opisową w języku.
“Potrzebne mi jest to słowo na określenie ludzi, którzy tak wyglądają, mają ciemną skórę” – zauważył profesor Bralczyk.
Wypowiedź ponownie może wywołać dyskusję, szczególnie że współczesna polszczyzna zmienia się wraz ze zmianami społecznymi i kulturowymi. Jerzy Bralczyk zaznaczył jednak, że w praktyce bierze pod uwagę również odczucia drugiej osoby. Jeżeli konkretne określenie kogoś rani lub sprawia mu przykrość, profesor deklaruje, że nie będzie go wobec takiej osoby używał.
“Przecież ja nie czuję żadnej wyższości nad ludźmi czarnymi. Absolutnie […] Wobec nich tak nie powiem, bo ja nie lubię sprawiać przykrości” – przekonywał.
Po latach temat „zdychania” zwierząt ponownie więc wrócił do przestrzeni publicznej. Jerzy Bralczyk nie wycofał się ze swojej wcześniejszej opinii, ale jednocześnie zdecydował się opowiedzieć o konsekwencjach, jakie spotkały go po tamtej wypowiedzi. Jak sam przyznał, szczególnie dotknęło go przedstawianie go jako osoby, która nie lubi zwierząt.
ZOBACZ RÓWNIEŻ: Martyna Wojciechowska ma powody do radości. Właśnie TO ogłoszono
Jakie Wy macie zdanie na ten temat? Dajcie znać w komentarzu pod artykułem!


-
news5 dni temuBudka Suflera ma nowego wokalistę. To on zastąpi Jacka Kawalca
-
news4 dni temu„M jak miłość” żegna kolejne gwiazdy. Znane nazwiska odchodzą z serialu
-
showbiz3 dni temuZrezygnował z „Tańca z Gwiazdami”. Teraz przerwał milczenie
-
news5 dni temuEdyta Bartosiewicz zachwycona uczestnikiem „The Voice of Poland” [WIDEO]
-
news2 dni temuKrzysztof Kwiatkowski długo ukrywał ukochaną. Jego partnerka to znana wokalistka
-
showbiz3 dni temuFilip Gurłacz PSIOCZY na „Taniec z Gwiazdami”. W tle Kaczorowska
-
showbiz2 dni temuKto odpadł z „Tańca z Gwiazdami”? Widzowie w szoku
-
news5 dni temuCzerwony dywan, multum gwiazd i wielkie emocje. Tak premierę „100 dni: Misja Zeus” świętowali w Energylandii



Dodaj komentarz