Śledź nas

news

Jolanta Pieńkowska niespodziewanie ODCHODZI z TVN24! Kulisy odejścia dziennikarki szokują

Opublikowano

w dniu

Po 19 latach współpracy z Grupą TVN, Jolanta Pieńkowska żegna się z telewizją, w której przez lata stała się jedną z najbardziej rozpoznawalnych twarzy. Oficjalnie mówi się o emeryturze, jednak jej własne słowa sugerują coś innego i pozostawiają więcej pytań niż odpowiedzi. Czy to naprawdę koniec medialnej kariery dziennikarki, czy dopiero początek nowego etapu? Dowiedz się więcej!

Jolanta Pieńkowska rozpoczęła swoją telewizyjną karierę w 1990 roku, dołączając do Telewizji Polskiej. Był to czas wielkich przemian w Polsce i w samych mediach, a ona szybko odnalazła się w tym nowym świecie. Przez 14 lat była jedną z głównych prezenterek „Wiadomości” w TVP1, gdzie codziennie gościła w milionach domów. Jej profesjonalizm, elegancja i charakterystyczny sposób prowadzenia sprawiły, że widzowie kojarzyli ją z powagą i rzetelnością. Już wtedy zbudowała swoją pozycję jako jedna z najważniejszych postaci polskiego dziennikarstwa informacyjnego.

Na tym jednak jej aktywność zawodowa się nie kończyła. Prowadziła programy takie jak „W centrum uwagi” czy „Monitor Wiadomości”, a także relacjonowała kluczowe wydarzenia polityczne, w tym wieczory wyborcze, które gromadziły przed ekranami całe rodziny. Równolegle rozwijała się także w radiu – przez wiele lat prowadziła „Salon polityczny Trójki”, co pokazywało jej wszechstronność i zdolność odnalezienia się w różnych formatach dziennikarskich. Do tego w latach 2005–2007 pełniła funkcję redaktor naczelnej magazynu „Twój Styl”, co było dowodem na to, że świetnie radzi sobie również w prasie i zarządzaniu zespołem redakcyjnym.

W 2006 roku zdecydowała się na duży krok i dołączyła do Grupy TVN. Tam jej kariera nabrała nowego rozpędu. Widzowie kojarzą ją przede wszystkim z programem „Dzień dobry TVN”, który współprowadziła wraz z takimi osobowościami jak Wojciech Jagielski, Robert Kantereit czy Magda Mołek. To właśnie w tej formule widzowie poznali bardziej prywatną i lżejszą stronę dziennikarki, która nie tylko zadawała trudne pytania, ale też potrafiła rozmawiać z gośćmi w sposób swobodny i bliski odbiorcy. Ten etap kariery przyniósł jej jeszcze większą popularność i sprawił, że stała się jedną z ikon stacji.

Oprócz porannego pasma, Jolanta Pieńkowska związana była również z TVN Style, gdzie prowadziła takie programy jak „Miasto kobiet” u boku Pauliny Młynarskiej, czy swój autorski format „Druga strona medalu”. Dzięki nim mogła pokazać inną twarz – bardziej kobiecą, psychologiczną i społeczną, wychodząc poza czysto informacyjne ramy dziennikarstwa. Później przyszła pora na TVN24 BIS, gdzie od 2014 roku prowadziła program „Świat”, a od 2016 roku – „Fakty o świecie”. Jej analityczne spojrzenie na wydarzenia międzynarodowe cieszyło się dużym uznaniem i potwierdzało jej klasę jako dziennikarki informacyjnej.

POLECAMY: Sara James walczy z komentarzami dotyczącymi swojego ciała – to, co ją spotkało, jest niewiarygodne

Jolanta Pieńkowska odchodzi z TVN!

W lipcu 2020 roku dołożyła do tego kolejny projekt – została jedną z prowadzących „Fakty po południu” na antenie TVN24. To właśnie w tym programie, po latach pracy i setkach godzin spędzonych na antenie, nadszedł dzień jej pożegnania. 25 września 2025 roku portale branżowe – Press.pl oraz Wirtualnemedia.pl – podały informację, że Jolanta Pieńkowska kończy swoją współpracę z Grupą TVN. To była wiadomość, która zaskoczyła zarówno widzów, jak i środowisko medialne.

O ile komunikaty medialne wskazywały jednoznacznie, że chodzi o przejście na emeryturę, o tyle sama dziennikarka w swoim pożegnaniu powiedziała coś innego. Zwracając się do widzów na koniec programu, wyraźnie zaznaczyła: „Nie odchodzę na emeryturę, ale chcę mieć czas dla najbliższych”. Tymi słowami postawiła pod znakiem zapytania medialne doniesienia, sugerując, że jej odejście nie oznacza końca kariery. Wręcz przeciwnie – można odnieść wrażenie, że zostawia sobie przestrzeń na nowe projekty, choćby w innym formacie lub poza dużymi stacjami telewizyjnymi.

Podczas tego emocjonalnego pożegnania nie zabrakło wzruszeń. Współpracownicy przygotowali dla niej niespodziankę – zza kamer rozległy się owacje i okrzyki, a chwilę później do studia wkroczyli z kwiatami. Widok poruszonej Jolanty Pieńkowskiej, która ściskała ekipę programu, udowodnił, jak silne więzi przez lata budowała w redakcji. Sama dziennikarka przypomniała o wielu ważnych wydarzeniach, które relacjonowała, w tym o wyborach prezydenckich w USA i Francji, a także o licznych momentach, które na trwałe zapisały się w historii.

Życie przyniesie to, co przyniesie i czas pokaże, co będę robić. W każdym razie w tej chwili za każdy program dziękuję każdej redakcji, każdemu zespołowi i każdej osobie, z którą pracowałam – powiedziała na antenie.

Nie da się ukryć, że odejście tak ważnej postaci z anteny TVN budzi kontrowersje i pytania o prawdziwe powody tej decyzji. Oficjalna narracja o emeryturze zderza się bowiem ze słowami samej dziennikarki, która wyraźnie podkreśliła, że nie zamyka swojej zawodowej przyszłości. Czy była to więc jej własna decyzja, czy może efekt zmian w strategii stacji? Odpowiedź pozostaje niejasna, co tylko podsyca zainteresowanie i daje pole do spekulacji.

Co ciekawe, jeszcze niedawno Jolanta Pieńkowska pojawiła się w roli prowadzącej jubileuszowe wydania „Dzień Dobry TVN”. Jedno poprowadziła wraz z Robertem Kantereitem, a drugie w duecie z Marcinem Prokopem. Jej powrót do formatu, którego przez lata była jedną z ikon, został przyjęty niezwykle entuzjastycznie – zarówno przez widzów, jak i ekipę programu. Atmosfera w studiu była niemal świąteczna, a reakcje publiczności jasno pokazały, że mimo upływu lat dziennikarka wciąż cieszy się ogromnym zaufaniem i sympatią. Tym bardziej zaskakujące wydaje się to, że podczas tego występu nie padło z jej strony ani jedno słowo o możliwym końcu kariery czy planach odejścia, co dziś każe zastanawiać się, jak nagła i nieoczekiwana była ta decyzja.

Jedno jest pewne – niezależnie od powodów, Jolanta Pieńkowska zapisała się w historii polskich mediów jako jedna z najbardziej rozpoznawalnych i wpływowych dziennikarek ostatnich dekad. Jej odejście zamyka ważny rozdział, ale równie dobrze może być początkiem czegoś nowego. To, co podkreśliła na antenie, brzmi jak zapowiedź dalszej aktywności – może w nowej formie, może poza telewizją, ale z pewnością wciąż w przestrzeni publicznej.

ZOBACZ RÓWNIEŻ: Rodzina straciła wszystko w pożarze! „Nasz nowy dom” rusza z pomocą – poznaj wstrząsająca historię

Będzie Wam brakować Jolanty Pieńkowskiej w TVN? Dajcie znać w komentarzu pod artykułem oraz na Instagramie, Facebooku i TikToku!

Jolanta Pieńkowska (fot. screen TVN24)
(fot. screen TVN24)
(fot. screen TVN24)
(fot. screen TVN24)
Jolanta Pieńkowska (fot. screen TVN24)

Autor: SJ

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

news

„Po prostu Damian” stworzył nowy gatunek: CYBER-POP? Prosto z premiery „100 dni: Misja Zeus”

Opublikowano

w dniu

przez

„Po prostu Damian” stworzył nowy gatunek: CYBER-POP? Prosto z premiery „100 dni: Misja Zeus”

POLECAMY: Kayah wystąpi wiosną w „Tańcu z Gwiazdami”? Padła jasna deklaracja

Kontynuuj czytanie

news

Filip Chajzer po latach wrócił do tragedii. „Nigdy nie usłyszałem słowa przepraszam”

Opublikowano

w dniu

przez

Śmierć 9-letniego Maksa w 2015 roku na zawsze zmieniła życie Filipa Chajzera. Dziennikarz przez lata unikał szczegółowego opowiadania o tragedii, jednak w podcaście Cypriana Majchera wrócił do bolesnych wspomnień. Opowiedział o żałobie, emocjach, które wciąż mu towarzyszą, oraz relacji z byłym teściem, który prowadził samochód w chwili wypadku.

Filip Chajzer przez lata bardzo oszczędnie mówił o śmierci swojego 9-letniego syna Maksa. Chłopiec zginął w 2015 roku w tragicznym wypadku samochodowym, do którego doszło podczas podróży z dziadkiem, byłym teściem dziennikarza. Ta tragedia na zawsze odcisnęła piętno na życiu prezentera, który wielokrotnie podkreślał, że po takiej stracie nic już nie może wyglądać jak wcześniej.

W rozmowie z Cyprianem Majcherem, Filip Chajzer zdecydował się wrócić do tamtych wydarzeń i opowiedzieć o bólu, z którym mierzy się do dziś. Szczególnie poruszająco zabrzmiały jego słowa dotyczące żałoby oraz relacji z byłym teściem. Dziennikarz przyznał, że nigdy nie usłyszał od niego przeprosin ani nawet próby rozmowy o wypadku.

POLECAMY: Filip Chajzer BRONI prezydenta NAWROCKIEGO! Co sądzi o słowach Wojewódzkiego?

Tragedia, po której nic nie było już takie samo

Śmierć 9-letniego Maksa w lipcu 2015 roku była dla Filipa Chajzera tragedią, która na zawsze zmieniła jego życie. Chłopiec zginął w wypadku samochodowym, gdy podróżował z dziadkiem, ojcem swojej mamy. Samochód zjechał z drogi i uderzył w naczepę ciężarówki stojącej na poboczu. Dziecko zginęło na miejscu, a dziennikarz, który w tym czasie przebywał w Stanach Zjednoczonych, natychmiast wrócił do Polski. Filip Chajzer przez długi czas nie potrafił mówić o śmierci syna. Wspomnienia związane z Maksem były zbyt bolesne, a żałoba całkowicie rozbiła jego dotychczasowe życie. Dziennikarz przyznawał, że po tej tragedii zmagał się z depresją i przez wiele lat próbował znaleźć sposób na poradzenie sobie z cierpieniem.

Życie po takiej stracie nigdy nie będzie już normalne – mówił Filip Chajzer, podkreślając, że śmierci dziecka nie da się racjonalnie wyjaśnić ani przepracować w taki sposób, aby ból po prostu zniknął.


W innym wywiadzie opowiadał, że Maks śnił mu się niemal każdej nocy. Po przebudzeniu zapisywał rozmowy ze swoim synem, aby zachować choć namiastkę kontaktu z nim.

Maks śnił mi się niemal każdej nocy. Budziłem się i zapisywałem nasze rozmowy – wspominał. Jak tłumaczył, początkowo wstydził się prosić o pomoc psychologa.

Uważał, że powinien sam poradzić sobie z emocjami, choć jego stan psychiczny był bardzo trudny.

Byłem w fatalnym stanie, ale wtedy jeszcze nie chciałem pomocy psychologa. Wstydziłem się, że jestem taki słaby. Próbowałem poszukiwać odpowiedzi na własną rękę. Śmierci dziecka nie da się racjonalnie wytłumaczyć. W ogóle nie da się wytłumaczyć… – mówił w rozmowie cytowanej przez media.

Z czasem Filip Chajzer zdecydował się na terapię. Przyznawał, że korzystał z pomocy wielu specjalistów, jednak nawet intensywna praca nad sobą nie sprawiła, że wspomnienia o synu przestały boleć. W jego przypadku żałoba nie była zamkniętym rozdziałem, lecz doświadczeniem, które powracało w najmniej oczekiwanych momentach.

POLECAMY: Filip Chajzer żali się u Wojewódzkiego: „Tęsknię za tym”. Przykre?

Teść zawinił?

W najnowszych wspomnieniach dziennikarz wrócił także do relacji z byłym teściem, który prowadził samochód w chwili tragicznego wypadku. Filip Chajzer przyznał, że między nimi nie doszło do rozmowy, która mogłaby pomóc mu zrozumieć wydarzenia z 2015 roku lub choć częściowo zamknąć ten bolesny temat.

Nigdy nikt nie podjął ze mną próby rozmowy. Nigdy nie usłyszałem jednego słowa, nigdy nie usłyszałem słowa przepraszam – wyznał.

W rozmowach o tragedii podkreślał, że każdy człowiek przeżywa żałobę inaczej. Jedni potrzebują mówić o zmarłej osobie, inni zamykają się w sobie i próbują funkcjonować mimo ogromnego bólu. Dziennikarz opowiadał również o fali hejtu, która spadła na niego po śmierci Maksa. W internecie pojawiały się brutalne komentarze, a nieznane osoby przesyłały mu zdjęcia miejsc związanych z wypadkiem. Dziennikarz wspominał, że takie zachowanie doprowadziło go do skrajnego załamania.

Ja wtedy w środku umarłem. To była taka śmierć za życia moja – mówił, opisując emocje, które towarzyszyły mu po atakach w sieci.



Mimo upływu lat Filip Chajzer nie ukrywa, że strata syna wciąż jest obecna w jego życiu. Wspominanie Maksa stało się dla niego także sposobem na zachowanie pamięci o chłopcu. Jak podkreślał, zależało mu na tym, aby historia jego dziecka nie została zapomniana, a jego imię nadal było obecne w świadomości ludzi.

POLECAMY: TYLKO U NAS: 20-letnia narzeczona Chajzera w „Królowej Przetrwania”? Padły zaskakujące słowa

Fot. Paweł Wrzecion/AKPA

Kontynuuj czytanie

news

Nie mogą znaleźć Michała Wójcika. Przez to procedura wymeldowania utknęła

Opublikowano

w dniu

przez

Wokół Michała Wójcika narasta kolejny konflikt. Rodzice jego zmarłej partnerki chcą wymeldować kabareciarza z należącej do nich nieruchomości w Katowicach. Budynek planują wyburzyć, jednak procedura od miesięcy nie może się zakończyć. Problemem jest między innymi ustalenie aktualnego miejsca pobytu artysty.

Wokół Michała Wójcika narasta konflikt, który może mieć swój finał w sądzie. Rodzice jego zmarłej partnerki chcą wymeldować kabareciarza z domu w Katowicach, należącego do nich od lat. Jak twierdzą, budynek jest w złym stanie technicznym i planują go wyburzyć, jednak formalności związane z wymeldowaniem artysty ciągną się już od kilku miesięcy.
Dodatkowym problemem jest ustalenie, gdzie obecnie przebywa Michał Wójcik. Właściciele nieruchomości nie kryją frustracji, a urzędnicy wyjaśniają, że przed wydaniem decyzji muszą dokładnie sprawdzić, czy kabareciarz rzeczywiście i na stałe opuścił lokal.

POLECAMY: Muzycznie Zakręceni – nowy projekt łączący koncert, kabaret i spotkanie z artystami. Wielka premiera w Lędzinach

Kim jest Michał Wójcik?

Michał Wójcik to jeden z najbardziej rozpoznawalnych polskich artystów kabaretowych. Od 2000 roku występuje w popularnym kabarecie Ani Mru-Mru, który współtworzy między innymi z Marcinem Wójcikiem i Waldemarem Wilkołkiem. Choć panowie noszą to samo nazwisko, nie są spokrewnieni. Artysta urodził się 22 listopada 1971 roku w Lublinie, a poza działalnością kabaretową pojawiał się również w produkcjach telewizyjnych, między innymi w improwizowanym serialu „Spadkobiercy”.

Prywatnie Michał Wójcik jest ojcem czworga dzieci. Ma córkę Julię oraz synów: Jakuba, Charliego i Michała Juniora. Pociechy pochodzą z różnych związków artysty. W 2022 roku artysta kabaretowy pojawił się z najstarszą córką w programie „Dzień Dobry TVN”, gdzie opowiadał o ich relacji, wspólnych zainteresowaniach i kontaktach w patchworkowej rodzinie.

Michał Wójcik od około trzech lat jest zameldowany w domu przy ulicy Średniej w Katowicach. Nieruchomość należy do Barbary i Janusza W., czyli rodziców jego zmarłej partnerki, Janiny W. Kobieta zmarła 6 marca 2023 roku po chorobie nowotworowej. Para doczekała się syna, który obecnie pozostaje pod opieką ojca i jego nowej partnerki. Jak twierdzą właściciele budynku, Michał Wójcik został zameldowany w ich nieruchomości około dwóch tygodni po śmierci Janiny. Według ich relacji chcieli w ten sposób pomóc mu w uporządkowaniu spraw finansowych i urzędowych.

Rodzice Janiny przekonują, że w tamtym czasie artysta miał problemy finansowe i potrzebował zameldowania w Katowicach, aby móc ustalić sposób spłaty zadłużenia wobec urzędu skarbowego. Początkowo ich relacje miały być dobre, jednak z czasem doszło między nimi do pogorszenia stosunków. Właściciele nieruchomości chcą obecnie zakończyć sprawę i odzyskać pełną swobodę w dysponowaniu budynkiem. Podkreślają, że dom jest w złym stanie technicznym i może stanowić zagrożenie dla osób przechodzących w jego pobliżu.

POLECAMY: Polsat uderza w Kaczorowską i Rogacewicza? Kabaret K2 bez litości wyśmiał parę – internet eksplodował

Nie wiadomo, gdzie obecnie mieszka kabareciarz

Barbara i Janusz W. planują wyburzenie budynku, a następnie inne zagospodarowanie należącej do nich działki. Twierdzą jednak, że obecność Michała Wójcika w ewidencji mieszkańców utrudnia realizację tych planów. Dodatkowo pod wskazanym adresem mają pojawiać się osoby podające się za wierzycieli artysty. Właściciele rozpoczęli procedurę wymeldowania, która w katowickim urzędzie trwa od lutego. Postępowanie przeciąga się, ponieważ urzędnicy mają trudności z ustaleniem, gdzie faktycznie przebywa Michał Wójcik.

Sprawdzane miały być między innymi adresy w Lublinie, gdzie kabareciarz był wcześniej zameldowany. Według relacji rodziców jego zmarłej partnerki artysty miał również wynajmować mieszkanie w Mysłowicach. Tamtejszy urząd miał wezwać go na spotkanie, jednak artysta nie pojawił się w wyznaczonym terminie.

W związku z tym katowicki urząd może zwrócić się do sądu o wyznaczenie przedstawiciela dla osoby nieobecnej. Taki przedstawiciel mógłby reprezentować Michała Wójcika w postępowaniu administracyjnym.

Sprawa znowu się przeciąga o kolejne miesiące – komentują Barbara i Janusz W.

Urzędnicy podkreślają, że samo złożenie wniosku nie oznacza automatycznego wymeldowania. Przed wydaniem decyzji trzeba ustalić, czy dana osoba rzeczywiście i trwale opuściła lokal. W tym celu urząd może analizować zeznania świadków, oświadczenia, wyjaśnienia oraz wyniki oględzin nieruchomości. Na razie decyzja o wymeldowaniu Michała Wójcika nie została wydana. „Fakt” zwrócił się do artysty o komentarz za pośrednictwem jego menedżera Zbigniewa Remleina. Prośba miała zostać przekazana kabareciarzowi, jednak do czasu publikacji materiału nie otrzymano odpowiedzi.

POLECAMY: Kultowe show wróci do Polsatu? Edward Miszczak zabrał głos

Michał Wójcik, fot. Instagram
Michał Wójcik, fot. Instagram
Michał Wójcik, fot. Instagram
Michał Wójcik, fot. Instagram
Michał Wójcik, fot. Instagram
Kontynuuj czytanie

news

Jerzy Bralczyk znów mówi o „zdychaniu” zwierząt. Te słowa niegdyś wywołały burzę

Opublikowano

w dniu

przez

Wystarczyło jedno słowo, by w 2024 roku rozpętała się ogólnopolska dyskusja. Teraz Jerzy Bralczyk po ponad dwóch latach ponownie wrócił do sprawy i wyjaśnił, dlaczego nadal nie uważa określenia „zdychać” za obraźliwe, gdy mowa o zwierzętach. Językoznawca wspomniał również o fali hejtu, z którą musiał się mierzyć. Dowiedz się więcej!

Wypowiedź prof. Jerzego Bralczyka z 2024 roku odbiła się szerokim echem. Językoznawca pojawił się wówczas w programie „100 pytań do”, gdzie został zapytany między innymi o sposób, w jaki współcześnie mówimy o zwierzętach. Jedno z jego stwierdzeń szczególnie mocno podzieliło opinię publiczną i szybko wywołało dyskusję w mediach społecznościowych.

Chodziło o słowa „umierać” i „zdychać” w odniesieniu do zwierząt. Jerzy Bralczyk przyznał wówczas, że nie jest zwolennikiem określania śmierci psa czy kota mianem „umierania”. Tłumaczył, że jako osoba przywiązana do tradycyjnych form językowych inaczej postrzega te określenia.

“Jestem starym człowiekiem i preferuję te tradycyjne formuły i sposób myślenia. Nawet mówienie, że choćby najulubieńszy pies umarł, będzie dla mnie obce. Nie, pies niestety zdechł” – przekonywał wówczas profesor.

Wypowiedź spotkała się z bardzo różnymi reakcjami. Część osób broniła językoznawcy, wskazując, że mówił o tradycyjnym użyciu języka, inni natomiast uznali, że słowo „zdechł” ma w przypadku ukochanego zwierzęcia zdecydowanie negatywny wydźwięk. Dyskusja szybko wyszła poza środowisko językoznawcze i stała się jednym z głośniejszych tematów w mediach.

POLECAMY: Kayah wystąpi wiosną w „Tańcu z Gwiazdami”? Padła jasna deklaracja

Jerzy Bralczyk wraca do afery związanej ze “zdychaniem zwierząt”. Zmienił zdanie?

Teraz, po ponad dwóch latach, Jerzy Bralczyk ponownie odniósł się do tej kwestii. W podcaście „W stylu Krychowiaka” w RMF FM językoznawca wyjaśnił, że jego stanowisko wcale się nie zmieniło. Nadal uważa, że słowo „zdychać” samo w sobie nie musi być pejoratywne, jeżeli odnosi się do zwierzęcia.

“Słowo „zdychać” nie jest dla mnie pejoratywne. W odniesieniu do człowieka tak, ale w odniesieniu do zwierzęcia nie. Miałem dwa koty ulubione, jeden był wręcz ukochany i on zdechł. Niestety. Przykro mi” – wyznał u Krychowiaka.

Tym samym Jerzy Bralczyk po raz kolejny jasno wyraził swoje stanowisko. Jego zdaniem używanie słowa „zdechł” w odniesieniu do zwierzęcia wynika z tradycyjnego sposobu posługiwania się językiem. Nie oznacza natomiast braku szacunku do zwierzęcia ani braku emocjonalnego przywiązania do niego.

Co ciekawe, profesor wspomniał również o tym, jak osobiście odebrał reakcje na jego wcześniejszą wypowiedź. Jerzy Bralczyk przyznał, że fala krytyki była dla niego przykra, szczególnie dlatego, że część opinii publicznej zaczęła postrzegać go jako osobę, która nie darzy zwierząt sympatią.

“Bardzo dużo hejtu dostałem. Przykro mi z tego powodu, bo wyszedłem na kogoś, kto nie lubi zwierząt. A cierpienia zwierząt są dla mnie jak cierpienia ludzi” – dodał.

To właśnie ten fragment rozmowy pokazuje, że dla Jerzego Bralczyka cała sprawa miała również bardzo osobisty wymiar. Językoznawca podkreślił, że jego wybór konkretnego słowa nie ma nic wspólnego z brakiem empatii wobec zwierząt. Wręcz przeciwnie, zaznaczył, że cierpienie zwierząt jest dla niego równie istotne jak cierpienie ludzi.

W tej samej rozmowie Jerzy Bralczyk został zapytany także o inne określenie, które we współczesnej polszczyźnie budzi kontrowersje. Tym razem chodziło o słowo „Murzyn”. Profesor przedstawił swoje stanowisko, wskazując, że z jego perspektywy słowo to nadal może pełnić funkcję opisową w języku.

“Potrzebne mi jest to słowo na określenie ludzi, którzy tak wyglądają, mają ciemną skórę” – zauważył profesor Bralczyk.

Wypowiedź ponownie może wywołać dyskusję, szczególnie że współczesna polszczyzna zmienia się wraz ze zmianami społecznymi i kulturowymi. Jerzy Bralczyk zaznaczył jednak, że w praktyce bierze pod uwagę również odczucia drugiej osoby. Jeżeli konkretne określenie kogoś rani lub sprawia mu przykrość, profesor deklaruje, że nie będzie go wobec takiej osoby używał.

“Przecież ja nie czuję żadnej wyższości nad ludźmi czarnymi. Absolutnie […] Wobec nich tak nie powiem, bo ja nie lubię sprawiać przykrości” – przekonywał.

Po latach temat „zdychania” zwierząt ponownie więc wrócił do przestrzeni publicznej. Jerzy Bralczyk nie wycofał się ze swojej wcześniejszej opinii, ale jednocześnie zdecydował się opowiedzieć o konsekwencjach, jakie spotkały go po tamtej wypowiedzi. Jak sam przyznał, szczególnie dotknęło go przedstawianie go jako osoby, która nie lubi zwierząt.

ZOBACZ RÓWNIEŻ: Martyna Wojciechowska ma powody do radości. Właśnie TO ogłoszono

Jakie Wy macie zdanie na ten temat? Dajcie znać w komentarzu pod artykułem!

Grzegorz Krychowiak i Jerzy Bralczyk (fot. zdjęcie prasowe RMF FM)
Jerzy Bralczyk (fot. screen YouTube TVP Info Publicystyka)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Kontynuuj czytanie

HITY

Copyright © 2019 Przeambitni.pl. Stworzona z miłością