Śledź nas

news

eLove: Emocje i muzyka, która łączy pokolenia!

Opublikowano

w dniu

Zespół eLove tworzy grupa utalentowanych artystów: Krista Dutchak, Jacek Sadowski i Jacek Hoduń. W pracy cechują się profesjonalizmem, ale nie opuszcza ich poczucie humoru. Dali się poznać za sprawą hitów: „Zabiorę to co chcę”, Masz prawo tu być”, „Gofr czy Ciastko”, „Pies i Kot” czy „Nie ma hajsu”. Właśnie ukazał się ich teledysk do piosenki „Raz, dwa, trzy”, co jest świetną okazją, żeby poznać grupę bliżej. W wywiadzie zdradzają, kilka ciekawych smaczków z życia prywatnego i zawodowego. Wspominają także swój występ w „Must Be The Music”.

Spotykamy się przy okazji najnowszego teledysku do singla, pt. „Raz, dwa trzy”, który nawiązuje do pierwszych szkolnych miłości, potańcówek i pierwszych rozczarowań. Zatem, kto z was był królem bądź królową parkietu, a kto podpierał ściany lub deptał innych po palcach?

Krista Dutchak: Przyznam, że historia tej piosenki jest trochę o moim życiu i mojej sytuacji z lat szkolnych. To ja byłam tą dziewczyną z warkoczem, która na szkolnych dyskotekach podpierała czasem ściany i marzyła, żeby pewien przystojniak z mojej klasy podszedł do mnie i poprosił do tańca. Kiedy już w końcu doczekałam się i za którymś razem chłopak z marzeń odważył się wyciągnąć mnie na parkiet, to stało się dokładnie jak w refrenie piosenki „Raz, dwa trzy”. Taniec okazał się trochę nieudany. Rozczarowanie sprawiło, że czar prysł i „miłość” do Władka przeszła mi niemal natychmiast (śmiech).

Jacek Hoduń: Muszę usprawiedliwić męską część i dodam, że w tamtych czasach, gdy Krysia, która dziś jest lwem scenicznym w kobiecej odsłonie, a kiedyś podpierała ściany, nie było „Tańca z gwiazdami”, żeby panowie mogli sobie w telewizji podpatrzeć, jak się powinno tańczyć (uśmiech).

Jacek Sadowski: Dorzucę, że Beethoven też nie potrafił tańczyć, więc czujemy się usprawiedliwieni (śmiech).

Jacek Hoduń: Natomiast jedno jest pewne, to piosenka, która bazuje na doświadczeniach, które dotknęły każdego z nas i myślę, że każdy sięgając pamięcią wstecz może sobie taką sytuacje przypomnieć i my zachęcamy do tego, żeby nasze piosenki trochę przenosiły słuchaczy do minionych czasów, które były naprawdę fajne. Okazuje się, że nasza młodsza część publiczności również przeżywa to obecnie…

Jacek Sadowski: Kiedy zaczęliśmy nagrywać ten utwór również wróciłem pamięcią wstecz. Przypomniałem sobie wówczas pewne zabawne wyznanie. Otóż po latach jedna z koleżanek wyznała mi, że jako nastolatka długo się we mnie podkochiwała, do tego stopnia, że przez to zakochanie nie mogła odrabiać lekcji i skupić się na nauce, bo ciągle o mnie myślała. Odkochała się dopiero, kiedy pewnego dnia dostrzegła na moim nosie pryszcza (śmiech). Wówczas miłość przeszła jej jak ręką odjął. Za to po kilku latach udało nam się razem zatańczyć na jakiejś licealnej potańcówce. Z damsko męskich historii dodam, że wówczas dziewczyny interesowały się albo sportowcami albo muzykami, więc zacząłem grać na gitarze, żeby mieć większe powodzenie.

Podobno tytuł piosenki „Raz, dwa, trzy” w pierwszym zamyśle był nieco inny. Dlaczego doszło do zmian?

Krista Dutchak: Piosenka w pierwszej wersji nosiła tytuł „Szkolny walc”, jednak w trakcie nagrań zapowiedzi na Tik Toka, nasza nastoletnia koleżanka Magda, zadała nam pytanie, skąd wziął się „Szkolny walc”, skoro nie ma tam nic o walcu, nie pada fraza szkolny walc, a utwór nie jest w rytmie walca? To dało nam do myślenia i postanowiliśmy, nawiązując do słów zawartych w tytule, czyli „Raz, dwa, trzy” dokonać zmiany.

Co jest najtrudniejsze, a co jest najpiękniejsze w pracy zespołowej, bo jednak każde z was cechuje się innym temperamentem, miewa różne pomysły? Z pewnością przy powstawaniu utworów każdy ma swoja wizję. Czy często czasem dojść do porozumienia?

Jacek Hoduń: Wiadomo, że mamy różne wizje, bo w końcu, ilu ludzi tyle pomysłów. Na szczęście tak się dobraliśmy, że wszyscy rozumiemy pojęcie współpracy, nie tylko w słowach, ale przede wszystkim w praktyce. Naprawdę nie mamy powodów do narzekań i kłótni. Jesteśmy bardzo zdyscyplinowani. Kiedy siadamy do pracy, nasze piosenki po prostu powstają. Nasza współpraca przebiega niezwykle sprawnie. Gdybyśmy spotykali się codziennie, to w ciągu roku moglibyśmy stworzyć co najmniej trzysta utworów. Każde nasze twórcze spotkanie rodzi jakiś pomysł. Niektóre realizujemy od razu, inne chowamy do szuflady z napisem „na później”. Naprawdę nasze ostatnie single są składową wspólnych działań. Każdy przychodzi z czymś innym. Kryśka przychodzi ze swoimi ulubionymi wokalistkami, takimi jak: Beyoncé, Dua Lipa, Lady Gaga, my natomiast pałamy miłością do funkowego grania i udaje nam się uzyskać fajny wspólny rezultat.

Jacek Sadowski: Najważniejsze, że się lubimy i lubimy ze sobą przebywać. Niektórzy nie rozumieją, ale „zespół muzyczny” to najpierw „zespół”, a dopiero później „muzyczny”. Bez wzajemnej sympatii to by się nie mogło udać. Team jest najważniejszy. W swojej twórczości wykorzystujemy różne techniki i środki wyrazu. Lubimy eksperymentować. Staramy się nadążać za trendami, jednocześnie zachowując swój indywidualny styl.

Czy muzyka sama w sobie, kiedyś stała się na jakimś etapie życia, czymś, co przynosi ukojenie, czy pomogła przetrwać jakieś trudne chwile?

Jacek Hoduń: Myślę, że muzyka u każdego z nas ma swoje ważne miejsce, skoro oddajemy się tej pasji, a na dodatek możemy z niej żyć, choć nie zawsze bywa łatwo.

Jacek Sadowski: Najpiękniej jest, kiedy można robić w życiu to, co się lubi. Nie wyobrażam sobie, żebym miał chodzić na osiem godzin do pracy, której się nienawidzi. Taki etap mam za sobą. Próbowałem sił w innych zawodach i w pracy na etatach, co okazało się przykrym doświadczeniem, do którego nie chcę już wracać.

Jacek Hoduń: Ja miałem podobne doświadczenia i również nie odnalazłem się w innych miejscach.

POLECAMY: Zespół eLove podbija sieć hitem „Nie ma hajsu”! Poznajcie bliżej ambitnych artystów

Jakie zajęcia aż tak was zraziły?

Jacek Hoduń: Próbowałem wejść do świata IT. Niektórzy myślą, że to fajne i można dużo zarobić. Okazało się jednak, że to nie mój świat. Siedzenie przed komputerem, nawet za dobre pieniądze nie zatrzymało mnie przy biurku. Uświadomiłem sobie, że nie nadaję się do tego, choćbym nawet bardzo chciał, bo jednak cały czas ciągnęło mnie w stronę muzyki. W czasach studenckich byłem też magazynierem i też nie sprawiało mi to takiej radości jak muzyka, która czasem bywa ciężkim, ale pięknym kawałkiem chleba.

Jacek Sadowski: Pochwalę się, że kiedyś byłem naczelnikiem działu kultury w urzędzie. Wbrew pozorom to jest naprawdę miejsce mocno odbiegające od nazwy, a przede wszystkim od twórczej pracy muzycznej. Dyscyplina i godzinowy system pracy okazały się rzeczami nie dla mnie. Z przyjemnością porzuciłem to zajęcie. Moja decyzja przeraziła moją mamę i żonę, które stwierdziły, że zrezygnowałem z „porządnej pracy”. Mnie natomiast ta decyzja przyniosła ulgę.

Krista Dutchak: W myśl, że warto mieć solidne wykształcenie i stabilny zawód, studiowałam stosunki międzynarodowe. Mimo że śpiewam od szóstego roku życia, moim rodzicom bardzo zależało, żebym skupiła się na edukacji i miała tzw. plan B, na wypadek, gdyby coś nie wyszło. Po moich studiach mogłabym być ambasadorem, asystentką ambasadora, pracować w dyplomacji itp., ale wiem, że nie odnalazłabym szczęścia ani spełnienia w takiej pracy.

Gdybyście mogli cofnąć czas do momentu założenia zespołu i dać sobie jedną radę, żeby coś zrobić lepiej i poprawić, co to by było?

Jacek Hoduń: Kupiłbym bitcoiny i zainwestował w krypto waluty (śmiech) A tak poważnie, to chyba nic bym nie chciał zmieniać.

Krista Dutchak: Również niczego bym nie poprawiała, bo każda droga, nawet, jeśli zdarzają się na niej błędy i potknięcia uczy nas czegoś i to właśnie te trudne doświadczenia sprawiają, że stajemy się silniejsi, budują nas i czasem sprowadzają na ziemię. Nic w życiu nie przychodzi łatwo, bywa, że trzeba się czymś rozczarować, żeby coś zrozumieć, choć naprawdę jestem zadowolona z tego jak rozwija się nasza dwuletnia współpraca zespołowa.

Jacek Sadowski: Nie wyobrażam sobie, że nagle wchodzimy na rynek i mamy natychmiast sukces. Wszystko trzeba sobie wypracować. Zbyt szybki sukces mógłby poskutkować tym, że przysłowiowa woda sodowa uderzyłaby nam do głów. Tak więc jak mówi Krysia, błędy bywają bolesne, ale przede wszystkim kształcą. Poza tym zespół jest trochę jak małżeństwo – trzeba się dotrzeć i my w zespole eLove, naszym muzycznym kolektywie też się docieramy, uczymy się siebie nawzajem, swoich różnych humorów, upodobań, emocji i charakterów. Spędzamy ze sobą naprawdę dużo czasu, więc musimy umieć ze sobą żyć, żeby tworzyć.

Jacek Hoduń: To prawda, dlatego droga do sukcesu jest niezbędna. Każda ścieżka obarczona jest jakimiś błędami. Każdy z artystów, który jest na topie przebył jakąś drogę, która go ukształtowała. Jesteśmy więc zdeterminowani i wierzymy, że będziemy mieli swój czas. Ten projekt uczy nas wszystkich pokory i cierpliwości. Póki co fajnie się rozwija, a my nie odpuszczamy.

Jacek Sadowski: Uczymy się od siebie nie tylko w kwestii muzycznej. Np. Krysia w moje życie wniosła element social mediów, które wcześniej były mi obce. Dzięki jej zaangażowaniu mamy możliwość docierania, zwłaszcza do młodszej części publiczności poprzez TikTok, Facebook czy Instagram. W sumie nasz viral ma 15 milonów odsłon. Uświadomiliśmy sobie, że siła Internetu jest ogromna.

Jacek Hoduń: Krysia przychodzi do nas ze scenariuszami na filmiki do Internetu, a my już nawet nie dyskutujemy tylko z radością zapoznajemy się z tematami i nagrywamy.

ZOBACZ RÓWNIEŻ: Małgorzata Rozenek “Gwiazdą roku”! Zdradziła, co sądzi o portalach plotkarskich

Jesteście z różnych pokoleń. Jak widać muzyka łączy ludzi. A czy z racji „przepaści wiekowej” bywają też jakieś nieporozumienia?

Jacek Hoduń: Różnica pokoleń w naszym przypadku na szczęście ma więcej plusów niż minusów. Ta przepaść nie jest nie wiadomo jak duża. Ponadto jesteśmy tak zgrani, że nasze pesele nie mają tu znaczenia. Wymieniamy się doświadczeniem, energią, nowymi pomysłami.

Kto was najbardziej wspiera w tej muzycznej drodze?

Krista Dutchak: Rodzice. Głównie mama, która mój potencjał muzyczny dostrzegła, kiedy byłam w przedszkolu. Zauważyła, że śpiewając piosenkę, trafiam w dźwięki, więc zaprowadziła mnie na zajęcia wokalne, żebym mogła rozwijać się w tym kierunku. Sprawiało mi to ogromną radość i sprawia do dziś. Mama zawsze, gdy tylko mogła stała za kulisami wszystkich ważnych występów, koncertów, czy festiwali, co było ogromnym wsparciem. Nawet, kiedy ja czasem w siebie wątpię, ona we mnie wierzy i motywuje mnie. Tata także jest ze mnie dumny. Kiedyś marzył, żebym była wokalistką rockową. Pamiętam, że zawsze w aucie słuchaliśmy mocniejszych brzmień, takich jak: Queen, Metallica, Scorpions, czy AC/DC. Przez moment byłam nawet frontmenką zespołu rockowego, a tata menadżerem, więc na chwilę spełniłam jego marzenie. Zdecydowanie jednak lepiej odnajduję się w stylu, jaki prezentujemy jako eLove.

Jacek Sadowski: Mnie najbardziej wspiera kuzynka Olga, która kiedyś porzuciła pracę, żeby kibicować nam w „Must Be The Music”. Jest bardzo pozytywna i trochę szalona, w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Zabrała ze sobą za kulisy także ciocię Krysię.

Co zyskaliście dzięki udziałowi w programie „Must Be The Music”?

Jacek Hoduń: Program dał nam przede wszystkim bardzo dużo znajomości z ludźmi z branży, zdolnymi muzykami. Zawarliśmy wiele przyjaźni. Niektóre owocują wspólnymi projektami. Z perspektywy czasu, myślę, że te relacje są dla nas dużo ważniejsze niż sam występ przed jury. Choć oczywiście to była fajna przygoda i możliwość zaprezentowania się również przed widzami.

Krista Dutchak: Na pewno to było ważne doświadczenie i możliwość zaprezentowania się z autorska piosenką przed publicznością w studiu, ale i szansa dotarcia do telewidzów. Osobiście miałam frajdę z tego występu.

Jacek Sadowski: Na pewno występ w programie przełożył się na dotarcie do szerszej grupy publiczności. Nie od dziś wiadomo, że jak telewizja coś pokaże, to później internet także się tym interesuje. Ogólnie jesteśmy zadowoleni ze swojego występu.

Skąd wzięła się nazwa eLove?

Jacek Sadowski: Ze snu. I to dosłownie. Współpracujący z nami gitarzysta Krzysztof Paul, przyszedł na próbę i powiedział, że śniło mu się, że nasz zespół będzie nazywał się eLove. Wówczas mieliśmy kilka różnych pomysłów, ale do żadnego nie byliśmy na sto procent przekonani. Później zaczęliśmy tę nazwę analizować. Doszliśmy do wniosku, że w życiu najważniejsza jest miłość, czyli love, e – natomiast kojarzy się z siecią i nowoczesnością, oraz z emocjami. I nasz muzyka taka jest o życiu i o miłości.

Jakie macie muzyczne plany, kiedy już wypromujecie numer „Raz, dwa, trzy”?

Jacek Sadowski: Nasz plan to zagranie jak największej liczby koncertów dla jak największej liczby publiczności. Oczywiście pracujemy nad kolejnymi piosenkami, a singiel „Raz, dwa, trzy” nie będzie ostatnim, który wydamy w tym roku. Zapraszamy też do śledzenia nas w social mediach, do oglądania i komentowania naszych teledysków.

Fot. archiwum prywatne zespołu eLove
SM

news

Bagi i Madzia biorą ślub? Damian Glinka zdradził, czy będzie ŚWIADKIEM

Opublikowano

w dniu

przez

Jeszcze niedawno pojawiały się spekulacje dotyczące relacji Magdaleny Tarnowskiej i Mikołaja „Bagiego” Bagińskiego. Teraz temat ich związku wrócił z zupełnie innego powodu – padły słowa o ślubie, a ich bliski znajomy nie pozostawił wiele miejsca na domysły. Czy para rzeczywiście planuje powiedzieć sobie „tak”? Dowiedz się więcej, co wyznał Damian Glinka!

Magdalena Tarnowska i Mikołaj „Bagi” Bagiński poznali się bliżej podczas „Tańca z gwiazdami”, gdzie szybko zwrócili na siebie uwagę widzów. Fani programu już wtedy dopatrywali się między nimi wyjątkowej chemii i chętnie łączyli ich w parę. Jak się jednak okazało, ich relacja nabrała romantycznego charakteru dopiero po zakończeniu programu.

Jakiś czas temu w mediach społecznościowych pojawiły się nawet spekulacje dotyczące rzekomego kryzysu w ich związku. Powodem miała być mniejsza liczba wspólnych zdjęć i nagrań publikowanych przez parę. Magdalena Tarnowska i Mikołaj „Bagi” Bagiński nie potwierdzili jednak żadnych problemów w swojej relacji, a temat z czasem ucichł.

Ostatnio o ich związku ponownie zrobiło się głośno za sprawą rozmowy Mikołaja „Bagiego” Bagińskiego z Małgorzatą Rozenek-Majdan w programie „Z bliska”. Influencer opowiedział o początkach relacji, komentarzach widzów „Tańca z gwiazdami”, a także o swoich planach dotyczących przyszłości. Nie zabrakło również pytania o ślub.

Choć widzowie programu już podczas jego emisji zauważali chemię pomiędzy Magdaleną Tarnowską a Bagim, sam influencer podkreślił, że w tamtym momencie nie byli jeszcze parą.

„Po programie. Tak się wydarzyło” – odpowiedział Małgorzacie Rozenek-Majdan, która zapytała go, kiedy zaiskrzyło.

Jednocześnie Mikołaj „Bagi” Bagiński przyznał, że komentarze internautów nie były dla nich zupełnie obojętne. Para zdawała sobie sprawę z tego, że widzowie coraz częściej sugerowali, że między nimi może wydarzyć się coś więcej.

„Czytaliśmy te komentarze i był to trochę taki słoń w pokoju. Nie mieliśmy tego idealnie przegadanego, ale, jak widać, później się wydarzyło” — dodał Bagi.

Najwięcej emocji wzbudził jednak fragment rozmowy dotyczący ślubu. Małgorzata Rozenek-Majdan zapytała Bagiego, czy razem z Magdaleną Tarnowską rozmawiali już o tym, jak chcieliby pokazać taki dzień swoim fanom. Odpowiedź influencera była krótka, ale wystarczyła, aby temat zaczął budzić zainteresowanie.

„Coś tam rozmawialiśmy” – stwierdził.

Na razie nie oznacza to jednak, że para podjęła konkretne decyzje dotyczące ceremonii. Mikołaj „Bagi” Bagiński opowiedział jedynie o tym, jak wyobraża sobie poinformowanie fanów, gdyby w przyszłości rzeczywiście doszło do ślubu. Jego pomysł jest daleki od wielkiego, oficjalnego komunikatu.

„Myślę, że fajnie byłoby coś z tego nagrać, ale na ten moment chyba najlepiej byłoby zrobić jedną śmieszną fotkę telefonem i wrzucić informację: ‘Jak coś, jesteśmy po ślubie’” – wyjaśnił.

POLECAMY: W „MasterChefie” zrobi się naprawdę gorąco. Mamy fragment nowego odcinka

Damian Glinka będzie ŚWIADKIEM na ślubie Bagiego i Tarnowskiej?

Teraz do tematu dołączył Damian Glinka, dziennikarz i bliski znajomy pary, który w przeszłości pracował w popularnym serwisie plotkarskim. W podcaście Kozaczka został zapytany między innymi o relację Magdaleny Tarnowskiej i Bagiego, a także o to, czy chciałby zostać świadkiem na ich ślubie. Jego odpowiedź może szczególnie zainteresować fanów pary.

„Ja jestem w ogóle shipperem ich związku i trzymam mega mocno za nich kciuki” – wyznał.

Kiedy prowadzący dopytał, czy Damian Glinka chciałby zostać świadkiem, dziennikarz nie udzielił jednoznacznej odpowiedzi. Jednocześnie przyznał, że mógłby przyjąć taką rolę i zapewnił, że niezależnie od wszystkiego zamierza pojawić się na ceremonii, jeśli do niej dojdzie.

“Nie wiem. Nie można się mnie pytać […] Mogę być. Ja bym mógł być świadkiem na ślubie. Uważam, że na ślubie na pewno będę, niezależnie od tego” – mówił.

Najmocniejsze słowa padły jednak chwilę później. Damian Glinka został zapytany o to, czy jego zdaniem Magdalena Tarnowska i Mikołaj „Bagi” Bagiński rzeczywiście wezmą ślub. Dziennikarz nie tylko stwierdził, że bardzo dobrze do siebie pasują, ale także wyraził przekonanie, że ceremonia się odbędzie.

„Nie wiem. To już pytanie do nich, ale wydaje mi się, że jeżeli będzie, a moim zdaniem będzie, bo uważam, że są super parą, która no jest fajna przed kamerą i jeszcze fajniejsza poza kamerą, więc no tam wszystko się zgadza, więc dlaczego miałoby nie być ślubu? Więc ślub będzie” – stwierdził.

Słowa Damiana Glinki mogą więc rozbudzić wyobraźnię fanów, ale na ten moment trzeba pamiętać, że nie są one oficjalnym potwierdzeniem planów ślubnych pary. Zarówno Magdalena Tarnowska, jak i Mikołaj „Bagi” Bagiński nie ogłosili daty ceremonii ani nie poinformowali, że są w trakcie przygotowań do ślubu. Wiadomo natomiast, że temat pojawił się już w ich publicznych rozmowach, a ich bliski znajomy bardzo mocno wierzy w ich wspólną przyszłość.

ZOBACZ RÓWNIEŻ: TVN ma problem z Dorotą Szelągowską? W tle poważny kryzys

Kibicujecie związkowi Bagiego i Tarnowskiej? Dajcie znać w komentarzu pod artykułem!

Damian Glinka (fot. screen YouTube Kozaczek)
Magdalena Tarnowska i Mikołaj Bagiński (fot. zdjęcie prasowe Polsat – odcinek 10/jesień 2025)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Kontynuuj czytanie

news

W „MasterChefie” zrobi się naprawdę gorąco. Mamy fragment nowego odcinka

Opublikowano

w dniu

przez

Jubileuszowa edycja „MasterChefa” nabiera tempa, a przed uczestnikami kolejna wymagająca próba. W drugim odcinku poznaliśmy już czwórkę wyróżnionych zawodników, którzy wyruszą do Neapolu. Teraz widzowie zobaczą, jak wygląda ich wyjątkowa kulinarna podróż i spotkanie z prawdziwą legendą światowej gastronomii. Dowiedz się więcej i zobacz przedpremierowy fragment!

Dwa tygodnie temu w niedzielę wystartował jubileuszowy, 15. sezon „MasterChefa”. Widzowie po raz pierwszy zobaczyli tegorocznych uczestników, którzy rozpoczęli walkę o zwycięstwo w jednym z najpopularniejszych kulinarnych programów w Polsce. Tegoroczna edycja jest szczególna również ze względu na zmiany w składzie jury. Obok Magdy Gessler, Michela Morana i Przemysława Klimy pojawił się nowy, czwarty juror – Pascal Brodnicki.

W drugim odcinku programu pojawiła się natomiast była jurorka Ania Starmach, która powróciła na chwilę do kuchni „MasterChefa” przy okazji jednej z cukierniczych konkurencji. To właśnie w tym odcinku widzowie poznali również szczegóły pierwszej zagranicznej podróży tej edycji. Czwórka wyróżnionych uczestników otrzymała wyjątkową nagrodę i w trzecim odcinku ruszy do słonecznego Neapolu.

To właśnie tam rozpocznie się prawdziwie włoska przygoda uczestników. W samej stolicy światowej pizzy będą mieli okazję poznać tajniki kuchni neapolitańskiej i zobaczyć, jak pracują lokalni mistrzowie. Przewodnikiem po tętniących życiem uliczkach miasta zostanie Pascal Brodnicki, który nie tylko zna włoską kuchnię, ale jako nowy juror „MasterChefa” będzie mógł podzielić się z uczestnikami swoim doświadczeniem.

POLECAMY: TVN ma problem z Dorotą Szelągowską? W tle poważny kryzys

Zobacz przedpremierowy fragment 3. odcinka “MasterChefa” [WIDEO]

Kulinarna wyprawa będzie bezkompromisową nauką fachu w kultowych miejscach: od nowatorskiej Pizzerii 3.0 Ciro Cascella, przez historyczną L’Antica Pizzeria da Michele, aż po lokalne miejsca z genialną pizzą smażoną. Uczestnicy będą chłonąć neapolitański klimat, czerpać wiedzę od mistrzów i odkrywać tajniki wyrabiania idealnego ciasta.

Zdobyta wiedza zostanie natychmiast poddana próbie. Po powrocie do Polski studio „MasterChefa” zamieni się we włoską pizzerię. Zawodnicy, podzieleni na drużyny, będą musieli odtworzyć autentyczny smak Neapolu i udowodnić, że lekcje od włoskich pizzaiolo nie poszły na marne.

A to dopiero początek emocji. W drugiej części odcinka progi kuchni przekroczy żywa legenda światowej gastronomii – Massimo Bottura. Wybitny szef kuchni zarazi uczestników swoją autorską filozofią gotowania, wymagając od nich absolutnej kreatywności i odwagi. Prawdziwy sprawdzian smaku odbędzie się więc pod czujnym okiem samego mistrza.

Dla uczestników będzie to wyjątkowa okazja, by zobaczyć z bliska, jak wygląda praca najwybitniejszych przedstawicieli włoskiej gastronomii. Spotkanie z Massimo Botturą może być również jednym z najważniejszych momentów ich dotychczasowej przygody z programem. Tym razem nie wystarczy odtworzenie poznanych wcześniej receptur — liczyć się będą pomysł, odwaga i własna interpretacja włoskiej kuchni.

Trzeci odcinek zapowiada zatem podróż, która dla czwórki wyróżnionych uczestników może okazać się bezcenną lekcją. Pascal Brodnicki zabierze ich w świat neapolitańskiej pizzy, a Massimo Bottura sprawdzi, czy potrafią myśleć jak prawdziwi kucharze i wyjść poza utarte schematy. Emisja 3. odcinka „MasterChefa” już w niedzielę o godz. 19:45 w TVN. Program dostępny jest także na platformach Player i HBO Max.

ZOBACZ RÓWNIEŻ: Polsat podebrał kolejne twarze TVN. Zaskakujący transfer?

Podoba Wam się nowa edycja “MasterChefa”? Dajcie znać w komentarzu pod artykułem!

(fot. zdjęcie prasowe TVN)
Michel Moran i Pascal Brodnicki (fot. zdjęcie prasowe TVN)
Pascal Brodnicki (fot. zdjęcie prasowe TVN)
Michel Moran (fot. zdjęcie prasowe TVN)
Przemysław Klima, Michel Moran i Pascal Brodnicki (fot. zdjęcie prasowe TVN)
Michel Moran (fot. zdjęcie prasowe TVN)
Pascal Brodnicki (fot. zdjęcie prasowe TVN)

Autor: Szymon Jedynak

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Kontynuuj czytanie

news

Filip Chajzer i Bianka wzięli ślub! Tak wyglądała ceremonia w Krakowie

Opublikowano

w dniu

przez

Filip Chajzer i jego ukochana Bianka są już małżeństwem. Para powiedziała sobie „tak” w sobotę 19 września podczas uroczystości w Krakowie. 41-letni prezenter i jego 20-letnia wybranka od miesięcy przygotowywali się do tego wyjątkowego dnia. Wiadomo, jak wyglądała ceremonia, kto pojawił się wśród gości oraz na jakie stylizacje zdecydowali się nowożeńcy.

Filip Chajzer to dziennikarz, prezenter telewizyjny i radiowy, a także syn znanego prezentera Zygmunta Chajzera. Urodził się 27 listopada 1984 roku w Warszawie. Swoją karierę rozpoczynał w prasie i radiu, a szerszej publiczności dał się poznać jako reporter „Dzień Dobry TVN”. Później prowadził m.in. „Małych gigantów”, „Dom marzeń” i „Hipnozę”, a także pojawiał się w programach rozrywkowych.

Życie prywatne na przestrzeni lat było naznaczone zarówno ważnymi momentami, jak i ogromną tragedią. Jego pierwszą żoną była Julia. Para miała syna Maksymiliana, który w 2015 roku zginął w wypadku samochodowym. Filip Chajzer był później związany z dziennikarką Małgorzatą Walczak. W 2017 roku para doczekała się syna Aleksandra. Obecnie Filip Chajzer jest mężem 20-letniej Bianki. Para poznała się na początku 2026 roku przy pracy nad projektem podcastowym. Ich znajomość szybko przerodziła się w związek, a następnie zaręczyny. W sobotę 19 września 2026 roku zakochani stanęli na ślubnym kobiercu w Krakowie, rozpoczynając kolejny rozdział wspólnego życia.

POLECAMY: Filip Chajzer po latach wrócił do tragedii. „Nigdy nie usłyszałem słowa przepraszam”

Ślub odbył się w Krakowie

Historia związku Filipa Chajzera i Bianki od początku wzbudzała spore zainteresowanie. Para poznała się na początku 2026 roku podczas wspólnej pracy nad projektem podcastowym. Bianka pełniła w nim funkcję producentki. Jak wynika z relacji, prezenter szybko zwrócił uwagę na młodą kobietę i poprosił ją o numer telefonu. Ich znajomość bardzo szybko przerodziła się w związek, a po kilku miesiącach zakochani byli już zaręczeni. Od początku uwagę zwracała przede wszystkim dzieląca ich różnica wieku. Bianka ma 20 lat, natomiast Filip Chajzer w listopadzie skończy 42 lata. Para wielokrotnie podkreślała jednak, że dobrze się ze sobą dogaduje, a decyzja o ślubie była dla nich naturalnym kolejnym krokiem.

Do ceremonii przygotowywali się przez wiele miesięcy. Dziennikarz l z charakterystycznym dla siebie poczuciem humoru mówił nawet, że pełnił funkcję własnej „wedding plannerki”. Narzeczeni mieli również za sobą nauki przedmałżeńskie i przygotowania do pierwszego tańca. W sobotę 19 września nadszedł wreszcie długo wyczekiwany dzień. Uroczystość rozpoczęła się punktualnie o godzinie 13:00 w jednym z krakowskich kościołów. Wśród najbliższych pary znalazł się również ojciec pana młodego, Zygmunt Chajzer.

POLECAMY: Filip Chajzer BRONI prezydenta NAWROCKIEGO! Co sądzi o słowach Wojewódzkiego?

Zygmunt Chajzer z żoną Dorotą, fot. Instagram

Tak wyglądali nowożeńcy

Podczas ceremonii Bianka zaprezentowała się w klasycznej, a jednocześnie bardzo efektownej kreacji. Panna młoda wybrała białą suknię z odkrytymi ramionami i wyraźnym rozcięciem. Całość uzupełniał długi welon, który ciągnął się za nią podczas przejścia.

Bianka i Filip Chajzer, fot. Instagram

Filip Chajzer zdecydował się natomiast na elegancki, ciemny garnitur w subtelny prążek. Do niego dobrał białą koszulę oraz brązowe skórzane buty. Stylizacja prezentera była utrzymana w klasycznym, ślubnym charakterze. Dla pary był to finał wielomiesięcznych przygotowań i początek kolejnego etapu związku. Filip Chajzer i Bianka, którzy jeszcze kilka miesięcy temu byli na początku swojej relacji, od soboty oficjalnie są małżeństwem.

POLECAMY: Filip Chajzer BRONI prezydenta NAWROCKIEGO! Co sądzi o słowach Wojewódzkiego?

Bianka i Filip Chajzer, fot. Instagram
Bianka i Filip Chajzer, fot. Instagram

Kontynuuj czytanie

news

Tego o Andziaks mało kto wiedział. W „Girls of Warsaw” wróciła do trudnej przeszłości „Mówił, że nas za**je tej nocy”

Opublikowano

w dniu

przez

Andziaks, fot. Instagram

Andziaks należy dziś do grona najbardziej rozpoznawalnych polskich influencerek. Angelika Trochonowicz przez lata budowała swoją pozycję w internecie, pokazując odbiorcom swoją codzienność, podróże, macierzyństwo i życie u boku Luki. W najnowszym dokumencie „Girls of Warsaw” zdecydowała się jednak odsłonić znacznie bardziej osobistą część swojej historii. Opowiedziała o dzieciństwie, w którym nie brakowało trudnych i przerażających sytuacji.

Angelika Trochonowicz, znana w sieci jako Andziaks, urodziła się 10 listopada 1996 roku w Nysie. Dziś ma 29 lat i należy do grona najpopularniejszych polskich twórczyń internetowych. Swoją działalność zaczynała jako nastolatka, publikując materiały związane m.in. z urodą, modą, podróżami i codziennym życiem. Z czasem jej kanał rozrósł się do ogromnego przedsięwzięcia, a Andziaks zaczęła pokazywać także kulisy życia rodzinnego. Dużym momentem w jej karierze był również udział w „Azja Express”. Andziaks wystąpiła w programie razem z Łukaszem „Luką” Trochonowiczem. Para dotarła do finału i ostatecznie zwyciężyła trzecią edycję programu.

Teraz influencerka pojawiła się w „Girls of Warsaw”. Dokument Prime Video pokazuje życie czterech znanych influencerek także poza idealnym obrazkiem znanym z mediów społecznościowych. W jednym z odcinków bohaterki rozmawiają o rodzinie, miłości i doświadczeniach, które wpłynęły na ich życie.

POLECAMY: Andziaks wydała fortunę na dekorację z dyni. Kupilibyście taką?

Jej słowa mogą poruszyć widzów „Girls of Warsaw”

Andziaks zdecydowała się opowiedzieć o wydarzeniach, które pamięta jeszcze z dzieciństwa. Jak wyznała, w jej domu dochodziło do awantur związanych z alkoholem. Wspomniała również o swojej babci, która wielokrotnie próbowała chronić ją i rodzinę przed trudnymi sytuacjami.

I słyszałam jak mój dziadek noże ostrzył i mówił, że nas za**je tej nocy – wyznała.

Po chwili influencerka wróciła do wspomnień związanych z nocami spędzanymi u boku babci.

Mało kto o tym wie, ale no i mój tatuś i mój dziadek lubili alkohol, więc u nas w domu czasami były takie awantury, że moja babcia wiele razy po prostu gdzieś tam ratowała nas z tego wszystkiego, więc przez to też na pewno była taką silną i mocną kobietą. Nas, to też tak ukształtowało, ale na pewno też się na nas odbiło.

Najbardziej przejmująco Andziaks opisała sytuację, gdy jako dziecko spała razem z babcią na kanapie. To właśnie wtedy miała słyszeć groźby swojego dziadka.

Spałam z babcią na kanapie i słyszałam jak mój dziadek noże ostrzył i mówił, że nas za**je tej nocy.

Influencerka podkreśliła, że w tych trudnych chwilach ogromne znaczenie miała dla niej obecność babci. To przy niej czuła się bezpiecznie i miała poczucie, że ktoś stanie w jej obronie.

No to było wtedy bardzo takie mocne, ale pamiętam, że miałam tam moją babcię obok siebie, więc ona mocno mnie trzymała, przytulała i wiedziałam, że jestem bezpieczna, bo ona mnie obroni wreszcie. Wiele razy tak było, że wstawała ta babcia gdzieś tam i no i się szarpała z moim dziadkiem, ale były takie momenty, że pamiętam to do tej pory i mój mąż wie o wielu innych takich sytuacjach, ale to na pewno ukształtowało mnie na taką osobę, której nie wszystkim do końca ufa.

Jak wynika z jej słów, doświadczenia z dzieciństwa miały wpływ na to, jak później budowała relacje z innymi ludźmi. Jednocześnie Andziaks podkreśliła, że dziś stworzyła dla siebie przestrzeń, w której czuje się bezpiecznie.

Zobacz, zapewniłam takie bezpieczne miejsce, tę bezpieczną bańkę, w której jestem, nikt mnie nie skrzywdzi, mam super ciepłego męża, rodzinę i to bym chciała też swoim dzieciom zapewnić, żeby nie przeżywały takich rzeczy jak ja na początku.

POLECAMY: Andziaks zarobiła fortunę na YouTubie. Luka zdradził, ile dokładnie

Mają dwoje dzieci

Życie prywatne Andziaks od lat jest jednym z elementów jej działalności w internecie. Influencerka jest związana z Łukaszem „Luką” Trochonowiczem, również twórcą internetowym. Para wzięła ślub w 2022 roku, a dwa lata wcześniej powitała na świecie pierwsze dziecko: córkę Charlotte Elizabeth. W styczniu 2026 roku rodzina powiększyła się po raz drugi. Andziaks i Luka zostali rodzicami syna Franco. Tym samym influencerka i jej mąż wychowują obecnie dwoje dzieci: sześcioletnią Charlotte oraz syna, który urodził się na początku tego roku.

Szczególnie dużo emocji wzbudza ostatnio starsza pociecha pary. Charlotte od kilku lat trenuje tenis, a jej rodzice chętnie wspierają ją w rozwijaniu sportowej pasji. Już wcześniej Luka opowiadał, że córka regularnie uczęszcza na treningi. We wrześniu 2026 roku Andziaks miała kolejny powód do dumy. Charlotte wróciła z turnieju tenisowego z dwoma złotymi pucharami. Influencerka pochwaliła się sukcesem córki w mediach społecznościowych. Jak wynika z relacji medialnych, sześciolatka rywalizowała także ze starszymi dziećmi.

To właśnie rodzinne życie Andziaks, jej relacja z Luką, macierzyństwo i doświadczenia z przeszłości są jednym z tematów „Girls of Warsaw”. Dokument pokazuje więc nie tylko znaną z internetu influencerkę, ale także kobietę, która otwarcie mówi o wydarzeniach, które ukształtowały jej podejście do rodziny i bezpieczeństwa własnych dzieci.

POLECAMY: Andziaks i Luka przekazali radosne wieści. Posypały się gratulacje

Fot. Paweł Wrzecion/AKPA
Kontynuuj czytanie

HITY

Copyright © 2019 Przeambitni.pl. Stworzona z miłością