Śledź nas

news

eLove: Emocje i muzyka, która łączy pokolenia!

Opublikowano

w dniu

Zespół eLove tworzy grupa utalentowanych artystów: Krista Dutchak, Jacek Sadowski i Jacek Hoduń. W pracy cechują się profesjonalizmem, ale nie opuszcza ich poczucie humoru. Dali się poznać za sprawą hitów: „Zabiorę to co chcę”, Masz prawo tu być”, „Gofr czy Ciastko”, „Pies i Kot” czy „Nie ma hajsu”. Właśnie ukazał się ich teledysk do piosenki „Raz, dwa, trzy”, co jest świetną okazją, żeby poznać grupę bliżej. W wywiadzie zdradzają, kilka ciekawych smaczków z życia prywatnego i zawodowego. Wspominają także swój występ w „Must Be The Music”.

Spotykamy się przy okazji najnowszego teledysku do singla, pt. „Raz, dwa trzy”, który nawiązuje do pierwszych szkolnych miłości, potańcówek i pierwszych rozczarowań. Zatem, kto z was był królem bądź królową parkietu, a kto podpierał ściany lub deptał innych po palcach?

Krista Dutchak: Przyznam, że historia tej piosenki jest trochę o moim życiu i mojej sytuacji z lat szkolnych. To ja byłam tą dziewczyną z warkoczem, która na szkolnych dyskotekach podpierała czasem ściany i marzyła, żeby pewien przystojniak z mojej klasy podszedł do mnie i poprosił do tańca. Kiedy już w końcu doczekałam się i za którymś razem chłopak z marzeń odważył się wyciągnąć mnie na parkiet, to stało się dokładnie jak w refrenie piosenki „Raz, dwa trzy”. Taniec okazał się trochę nieudany. Rozczarowanie sprawiło, że czar prysł i „miłość” do Władka przeszła mi niemal natychmiast (śmiech).

Jacek Hoduń: Muszę usprawiedliwić męską część i dodam, że w tamtych czasach, gdy Krysia, która dziś jest lwem scenicznym w kobiecej odsłonie, a kiedyś podpierała ściany, nie było „Tańca z gwiazdami”, żeby panowie mogli sobie w telewizji podpatrzeć, jak się powinno tańczyć (uśmiech).

Jacek Sadowski: Dorzucę, że Beethoven też nie potrafił tańczyć, więc czujemy się usprawiedliwieni (śmiech).

Jacek Hoduń: Natomiast jedno jest pewne, to piosenka, która bazuje na doświadczeniach, które dotknęły każdego z nas i myślę, że każdy sięgając pamięcią wstecz może sobie taką sytuacje przypomnieć i my zachęcamy do tego, żeby nasze piosenki trochę przenosiły słuchaczy do minionych czasów, które były naprawdę fajne. Okazuje się, że nasza młodsza część publiczności również przeżywa to obecnie…

Jacek Sadowski: Kiedy zaczęliśmy nagrywać ten utwór również wróciłem pamięcią wstecz. Przypomniałem sobie wówczas pewne zabawne wyznanie. Otóż po latach jedna z koleżanek wyznała mi, że jako nastolatka długo się we mnie podkochiwała, do tego stopnia, że przez to zakochanie nie mogła odrabiać lekcji i skupić się na nauce, bo ciągle o mnie myślała. Odkochała się dopiero, kiedy pewnego dnia dostrzegła na moim nosie pryszcza (śmiech). Wówczas miłość przeszła jej jak ręką odjął. Za to po kilku latach udało nam się razem zatańczyć na jakiejś licealnej potańcówce. Z damsko męskich historii dodam, że wówczas dziewczyny interesowały się albo sportowcami albo muzykami, więc zacząłem grać na gitarze, żeby mieć większe powodzenie.

Podobno tytuł piosenki „Raz, dwa, trzy” w pierwszym zamyśle był nieco inny. Dlaczego doszło do zmian?

Krista Dutchak: Piosenka w pierwszej wersji nosiła tytuł „Szkolny walc”, jednak w trakcie nagrań zapowiedzi na Tik Toka, nasza nastoletnia koleżanka Magda, zadała nam pytanie, skąd wziął się „Szkolny walc”, skoro nie ma tam nic o walcu, nie pada fraza szkolny walc, a utwór nie jest w rytmie walca? To dało nam do myślenia i postanowiliśmy, nawiązując do słów zawartych w tytule, czyli „Raz, dwa, trzy” dokonać zmiany.

Co jest najtrudniejsze, a co jest najpiękniejsze w pracy zespołowej, bo jednak każde z was cechuje się innym temperamentem, miewa różne pomysły? Z pewnością przy powstawaniu utworów każdy ma swoja wizję. Czy często czasem dojść do porozumienia?

Jacek Hoduń: Wiadomo, że mamy różne wizje, bo w końcu, ilu ludzi tyle pomysłów. Na szczęście tak się dobraliśmy, że wszyscy rozumiemy pojęcie współpracy, nie tylko w słowach, ale przede wszystkim w praktyce. Naprawdę nie mamy powodów do narzekań i kłótni. Jesteśmy bardzo zdyscyplinowani. Kiedy siadamy do pracy, nasze piosenki po prostu powstają. Nasza współpraca przebiega niezwykle sprawnie. Gdybyśmy spotykali się codziennie, to w ciągu roku moglibyśmy stworzyć co najmniej trzysta utworów. Każde nasze twórcze spotkanie rodzi jakiś pomysł. Niektóre realizujemy od razu, inne chowamy do szuflady z napisem „na później”. Naprawdę nasze ostatnie single są składową wspólnych działań. Każdy przychodzi z czymś innym. Kryśka przychodzi ze swoimi ulubionymi wokalistkami, takimi jak: Beyoncé, Dua Lipa, Lady Gaga, my natomiast pałamy miłością do funkowego grania i udaje nam się uzyskać fajny wspólny rezultat.

Jacek Sadowski: Najważniejsze, że się lubimy i lubimy ze sobą przebywać. Niektórzy nie rozumieją, ale „zespół muzyczny” to najpierw „zespół”, a dopiero później „muzyczny”. Bez wzajemnej sympatii to by się nie mogło udać. Team jest najważniejszy. W swojej twórczości wykorzystujemy różne techniki i środki wyrazu. Lubimy eksperymentować. Staramy się nadążać za trendami, jednocześnie zachowując swój indywidualny styl.

Czy muzyka sama w sobie, kiedyś stała się na jakimś etapie życia, czymś, co przynosi ukojenie, czy pomogła przetrwać jakieś trudne chwile?

Jacek Hoduń: Myślę, że muzyka u każdego z nas ma swoje ważne miejsce, skoro oddajemy się tej pasji, a na dodatek możemy z niej żyć, choć nie zawsze bywa łatwo.

Jacek Sadowski: Najpiękniej jest, kiedy można robić w życiu to, co się lubi. Nie wyobrażam sobie, żebym miał chodzić na osiem godzin do pracy, której się nienawidzi. Taki etap mam za sobą. Próbowałem sił w innych zawodach i w pracy na etatach, co okazało się przykrym doświadczeniem, do którego nie chcę już wracać.

Jacek Hoduń: Ja miałem podobne doświadczenia i również nie odnalazłem się w innych miejscach.

POLECAMY: Zespół eLove podbija sieć hitem „Nie ma hajsu”! Poznajcie bliżej ambitnych artystów

Jakie zajęcia aż tak was zraziły?

Jacek Hoduń: Próbowałem wejść do świata IT. Niektórzy myślą, że to fajne i można dużo zarobić. Okazało się jednak, że to nie mój świat. Siedzenie przed komputerem, nawet za dobre pieniądze nie zatrzymało mnie przy biurku. Uświadomiłem sobie, że nie nadaję się do tego, choćbym nawet bardzo chciał, bo jednak cały czas ciągnęło mnie w stronę muzyki. W czasach studenckich byłem też magazynierem i też nie sprawiało mi to takiej radości jak muzyka, która czasem bywa ciężkim, ale pięknym kawałkiem chleba.

Jacek Sadowski: Pochwalę się, że kiedyś byłem naczelnikiem działu kultury w urzędzie. Wbrew pozorom to jest naprawdę miejsce mocno odbiegające od nazwy, a przede wszystkim od twórczej pracy muzycznej. Dyscyplina i godzinowy system pracy okazały się rzeczami nie dla mnie. Z przyjemnością porzuciłem to zajęcie. Moja decyzja przeraziła moją mamę i żonę, które stwierdziły, że zrezygnowałem z „porządnej pracy”. Mnie natomiast ta decyzja przyniosła ulgę.

Krista Dutchak: W myśl, że warto mieć solidne wykształcenie i stabilny zawód, studiowałam stosunki międzynarodowe. Mimo że śpiewam od szóstego roku życia, moim rodzicom bardzo zależało, żebym skupiła się na edukacji i miała tzw. plan B, na wypadek, gdyby coś nie wyszło. Po moich studiach mogłabym być ambasadorem, asystentką ambasadora, pracować w dyplomacji itp., ale wiem, że nie odnalazłabym szczęścia ani spełnienia w takiej pracy.

Gdybyście mogli cofnąć czas do momentu założenia zespołu i dać sobie jedną radę, żeby coś zrobić lepiej i poprawić, co to by było?

Jacek Hoduń: Kupiłbym bitcoiny i zainwestował w krypto waluty (śmiech) A tak poważnie, to chyba nic bym nie chciał zmieniać.

Krista Dutchak: Również niczego bym nie poprawiała, bo każda droga, nawet, jeśli zdarzają się na niej błędy i potknięcia uczy nas czegoś i to właśnie te trudne doświadczenia sprawiają, że stajemy się silniejsi, budują nas i czasem sprowadzają na ziemię. Nic w życiu nie przychodzi łatwo, bywa, że trzeba się czymś rozczarować, żeby coś zrozumieć, choć naprawdę jestem zadowolona z tego jak rozwija się nasza dwuletnia współpraca zespołowa.

Jacek Sadowski: Nie wyobrażam sobie, że nagle wchodzimy na rynek i mamy natychmiast sukces. Wszystko trzeba sobie wypracować. Zbyt szybki sukces mógłby poskutkować tym, że przysłowiowa woda sodowa uderzyłaby nam do głów. Tak więc jak mówi Krysia, błędy bywają bolesne, ale przede wszystkim kształcą. Poza tym zespół jest trochę jak małżeństwo – trzeba się dotrzeć i my w zespole eLove, naszym muzycznym kolektywie też się docieramy, uczymy się siebie nawzajem, swoich różnych humorów, upodobań, emocji i charakterów. Spędzamy ze sobą naprawdę dużo czasu, więc musimy umieć ze sobą żyć, żeby tworzyć.

Jacek Hoduń: To prawda, dlatego droga do sukcesu jest niezbędna. Każda ścieżka obarczona jest jakimiś błędami. Każdy z artystów, który jest na topie przebył jakąś drogę, która go ukształtowała. Jesteśmy więc zdeterminowani i wierzymy, że będziemy mieli swój czas. Ten projekt uczy nas wszystkich pokory i cierpliwości. Póki co fajnie się rozwija, a my nie odpuszczamy.

Jacek Sadowski: Uczymy się od siebie nie tylko w kwestii muzycznej. Np. Krysia w moje życie wniosła element social mediów, które wcześniej były mi obce. Dzięki jej zaangażowaniu mamy możliwość docierania, zwłaszcza do młodszej części publiczności poprzez TikTok, Facebook czy Instagram. W sumie nasz viral ma 15 milonów odsłon. Uświadomiliśmy sobie, że siła Internetu jest ogromna.

Jacek Hoduń: Krysia przychodzi do nas ze scenariuszami na filmiki do Internetu, a my już nawet nie dyskutujemy tylko z radością zapoznajemy się z tematami i nagrywamy.

ZOBACZ RÓWNIEŻ: Małgorzata Rozenek “Gwiazdą roku”! Zdradziła, co sądzi o portalach plotkarskich

Jesteście z różnych pokoleń. Jak widać muzyka łączy ludzi. A czy z racji „przepaści wiekowej” bywają też jakieś nieporozumienia?

Jacek Hoduń: Różnica pokoleń w naszym przypadku na szczęście ma więcej plusów niż minusów. Ta przepaść nie jest nie wiadomo jak duża. Ponadto jesteśmy tak zgrani, że nasze pesele nie mają tu znaczenia. Wymieniamy się doświadczeniem, energią, nowymi pomysłami.

Kto was najbardziej wspiera w tej muzycznej drodze?

Krista Dutchak: Rodzice. Głównie mama, która mój potencjał muzyczny dostrzegła, kiedy byłam w przedszkolu. Zauważyła, że śpiewając piosenkę, trafiam w dźwięki, więc zaprowadziła mnie na zajęcia wokalne, żebym mogła rozwijać się w tym kierunku. Sprawiało mi to ogromną radość i sprawia do dziś. Mama zawsze, gdy tylko mogła stała za kulisami wszystkich ważnych występów, koncertów, czy festiwali, co było ogromnym wsparciem. Nawet, kiedy ja czasem w siebie wątpię, ona we mnie wierzy i motywuje mnie. Tata także jest ze mnie dumny. Kiedyś marzył, żebym była wokalistką rockową. Pamiętam, że zawsze w aucie słuchaliśmy mocniejszych brzmień, takich jak: Queen, Metallica, Scorpions, czy AC/DC. Przez moment byłam nawet frontmenką zespołu rockowego, a tata menadżerem, więc na chwilę spełniłam jego marzenie. Zdecydowanie jednak lepiej odnajduję się w stylu, jaki prezentujemy jako eLove.

Jacek Sadowski: Mnie najbardziej wspiera kuzynka Olga, która kiedyś porzuciła pracę, żeby kibicować nam w „Must Be The Music”. Jest bardzo pozytywna i trochę szalona, w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Zabrała ze sobą za kulisy także ciocię Krysię.

Co zyskaliście dzięki udziałowi w programie „Must Be The Music”?

Jacek Hoduń: Program dał nam przede wszystkim bardzo dużo znajomości z ludźmi z branży, zdolnymi muzykami. Zawarliśmy wiele przyjaźni. Niektóre owocują wspólnymi projektami. Z perspektywy czasu, myślę, że te relacje są dla nas dużo ważniejsze niż sam występ przed jury. Choć oczywiście to była fajna przygoda i możliwość zaprezentowania się również przed widzami.

Krista Dutchak: Na pewno to było ważne doświadczenie i możliwość zaprezentowania się z autorska piosenką przed publicznością w studiu, ale i szansa dotarcia do telewidzów. Osobiście miałam frajdę z tego występu.

Jacek Sadowski: Na pewno występ w programie przełożył się na dotarcie do szerszej grupy publiczności. Nie od dziś wiadomo, że jak telewizja coś pokaże, to później internet także się tym interesuje. Ogólnie jesteśmy zadowoleni ze swojego występu.

Skąd wzięła się nazwa eLove?

Jacek Sadowski: Ze snu. I to dosłownie. Współpracujący z nami gitarzysta Krzysztof Paul, przyszedł na próbę i powiedział, że śniło mu się, że nasz zespół będzie nazywał się eLove. Wówczas mieliśmy kilka różnych pomysłów, ale do żadnego nie byliśmy na sto procent przekonani. Później zaczęliśmy tę nazwę analizować. Doszliśmy do wniosku, że w życiu najważniejsza jest miłość, czyli love, e – natomiast kojarzy się z siecią i nowoczesnością, oraz z emocjami. I nasz muzyka taka jest o życiu i o miłości.

Jakie macie muzyczne plany, kiedy już wypromujecie numer „Raz, dwa, trzy”?

Jacek Sadowski: Nasz plan to zagranie jak największej liczby koncertów dla jak największej liczby publiczności. Oczywiście pracujemy nad kolejnymi piosenkami, a singiel „Raz, dwa, trzy” nie będzie ostatnim, który wydamy w tym roku. Zapraszamy też do śledzenia nas w social mediach, do oglądania i komentowania naszych teledysków.

Fot. archiwum prywatne zespołu eLove
SM

news

Włodzimierz Czarzasty UDERZA w Karola Nawrockiego. Zgadzacie się z jego słowami?

Opublikowano

w dniu

przez

Spór o Trybunał Konstytucyjny przybiera coraz ostrzejszy obrót, a polityczne emocje sięgają zenitu. Włodzimierz Czarzasty podczas konferencji prasowej nie gryzł się w język i wymierzył mocne oskarżenia w Karola Nawrockiego, Jarosława Kaczyńskiego oraz innych przedstawicieli prawicy. Padły słowa, które z pewnością wywołają kolejną burzę. Dowiedz się więcej!

Piątkowy wieczór przyniósł gwałtowne zaostrzenie trwającego od miesięcy sporu o Trybunał Konstytucyjny. Informacje o odsunięciu dotychczasowego kierownictwa instytucji, wnioskach o uchylenie immunitetów oraz obecności policji przed gmachem przy alei Szucha zdominowały przekazy medialne. Wydarzenia wywołały liczne komentarze i ponownie rozpaliły dyskusję na temat sytuacji politycznej w Polsce.

Szczególne zainteresowanie wzbudziły nagrania, które w nocy z piątku na sobotę, 30 i 31 października, obiegły media społecznościowe. Widać na nich Karola Nawrockiego przed wejściem do siedziby Trybunału Konstytucyjnego w Warszawie. Prezydent próbuje przedostać się przez grupę osób stojących w drzwiach budynku. W pewnym momencie zwraca się do jednej z kobiet słowami: „Proszę odejść, przepraszam panią”.

W piątek wieczorem w Trybunale Konstytucyjnym doszło do kolejnego zwrotu w trwającym konflikcie. W opublikowanym komunikacie poinformowano o odsunięciu od wykonywania obowiązków prezesa Bogdana Święczkowskiego i jego zastępcy Bartłomieja Sochańskiego. Tymczasowe kierowanie pracami instytucji powierzono sędzi Annie Korwin-Piotrowskiej, co spotkało się z natychmiastową reakcją i jeszcze bardziej zaostrzyło spór.

Następnie siedmioro sędziów wybranych przez Sejm weszło na teren Trybunału w towarzystwie funkcjonariuszy Służby Ochrony Państwa. Jak relacjonowała rzeczniczka TK Weronika Ścibor, pracujący na miejscu strażnicy mieli otrzymać polecenie spakowania swoich rzeczy i opuszczenia budynku. Sytuacja szybko stała się przedmiotem politycznych komentarzy, a przed gmachem zaczęli gromadzić się kolejni ludzie.

Na miejscu pojawili się między innymi politycy prawicy, przedstawiciele Konfederacji oraz Grzegorz Braun wraz z sympatykami. Obecna była również policja. Na oficjalnym profilu Trybunału opublikowano komunikat, w którym zakwestionowano legalność podjętych działań i napisano o „bezprawnym przejęciu strony internetowej”. Wydarzenia z piątkowego wieczoru jeszcze bardziej zaostrzyły spór, który od miesięcy dzieli polską scenę polityczną.

Do sprawy odniósł się również Karol Nawrocki, który opisał zajście jako próbę siłowego przejęcia konstytucyjnego organu państwa. W swoim oświadczeniu napisał: „Tej nocy doszło do naruszenia porządku konstytucyjnego RP i siłowego przejęcia konstytucyjnego organu państwa”.

POLECAMY: Danuta Holecka ZALAŁA SIĘ ŁZAMI na antenie Republiki. Przykre?

Włodzimierz Czarzasty oskarża Karola Nawrockiego i zapowiada ruch prokuratury

W poniedziałek głos zabrał Włodzimierz Czarzasty, który zwołał konferencję prasową poświęconą sytuacji. Marszałek Sejmu rozpoczął wystąpienie od mocnej deklaracji dotyczącej przyszłości TK.

“Jesteśmy o krok od przywrócenia TK obywatelom. Zaczęło się tu, w Sejmie, od złożenia ślubowania przez wspaniałych sędziów. Wybitni i odważni prawnicy wzięli sprawy w swoje ręce. Skutecznie, a ta skuteczność w polityce codziennej oraz działaniu poszczególnych instytucji jest ważna. Zaufajmy prawu i tym wybitnym i odważnym sędziom” – zaczął.

Największe emocje wywołała wypowiedź marszałka, w której wymienił nazwiska prezydenta, prezesa PiS i innych polityków.

“Braun, Kaczyński, Nawrocki, wraz z przystawkami: Bąkiewiczem, Mentzenem, Bosakiem i Morawieckim zawiązali w sobotnią noc brunatną koalicję przeciw normalności, by nie oddać władzy w skorumpowanym TK” – stwierdził.

W dalszej części wystąpienia Czarzasty ponownie uderzył w dotychczasowe funkcjonowanie Trybunału.

“Trybunał Konstytucyjny przez ostatnie lata realizuje polityczne zamówienie polityków. PiS, Ziobry, Andrzeja Dudy, a teraz Karola Nawrockiego. Stał się ich partyjną przybudówką. To zjawisko ma twarze i nazwiska. Między innymi Stanisława Piotrowicza i Krystyny Pawłowicz” – stwierdził.

Kolejne słowa Włodzimierza Czarzastego dotyczyły już bezpośrednio prezydenta i jego otoczenia.

“Patron brunatnej koalicji Karol Nawrocki wie, że jeżeli Trybunał Konstytucyjny zacznie działać zgodnie z prawem, to powie mu, że prezydent nie jest królem i że ogranicza go Konstytucja. Wpisują się w to słowa medialnych sojuszników prezydenta, np. Rafała Ziemkiewicza skierowane do sędziego Macieja Berka. Cytuję: “Będziesz wisiał”. Państwo polskie nie może pozostawić takich słów bez reakcji. W związku z tym składam doniesienie do prokuratury” – zapowiedział Włodzimierz Czarzasty.

ZOBACZ RÓWNIEŻ: Znany psycholog BRONI Filipa Chajzera i Bianki: „Nasze życie jest nudne”

Co uważacie o słowach Włodzimierza Czarzastego? Dajcie znać w komentarzu pod artykułem!

Włodzimierz Czarzasty (fot. screen YouTube SEJM RP)
Karol Nawrocki (fot. screen YouTube Polsat News)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Kontynuuj czytanie

news

Danuta Holecka ZALAŁA SIĘ ŁZAMI na antenie Republiki. Przykre?

Opublikowano

w dniu

przez

Danuta Holecka nie była w stanie ukryć emocji podczas relacji na żywo w TV Republika. Kiedy zgromadzeni przed Trybunałem Konstytucyjnym zaczęli skandować jej imię, prezenterka wyraźnie się wzruszyła. Dzień wcześniej doszło do głośnego incydentu z udziałem jej męża, który został zakuty w kajdanki podczas interwencji policji na cmentarzu. Dowiedz się więcej!

W poniedziałkowym wydaniu programu emitowanego w Telewizji Republika Danuta Holecka postanowiła wrócić do wydarzeń, które rozegrały się na warszawskim Służewie. Prezenterka przekonywała, że parkowanie przed cmentarzem nie wymagało żadnego specjalnego zezwolenia.

„Jestem winna państwu małe uzupełnienie, ponieważ nie musiałam mieć żadnego zezwolenia parafii, żeby parkować na wyznaczonych do tego miejscach przed cmentarzem. Parkują tam wszyscy, codziennie. Jestem tam prawie od dwóch lat i czterech miesięcy, każdego dnia. Nigdy takiej sytuacji nie było” — mówiła na antenie.

W dalszej części relacji Danuta Holecka przedstawiła własną wersję przebiegu policyjnej interwencji. Jak twierdziła, jej mąż wysiadł z samochodu, a funkcjonariusz próbował nakłonić go do ponownego zajęcia miejsca w pojeździe. Następnie miał zażądać dokumentów, których mężczyzna nie posiadał przy sobie.

„Mąż wysiadł z samochodu, a on zaczął go do tego samochodu wpychać, żeby wsiadał z powrotem. I dokumenty. Nie mam. Mąż już stał przy samochodzie i pan policjant: “Proszę się przedstawić”. Mąż do niego: “Człowieku, czego ty ode mnie chcesz? Ja chcę iść na cmentarz”. I pan zaczął go zakuwać. Kiedy ciągnął mu jedną rękę do tyłu, podeszłam i powiedziałam, jak się nazywam i jak się nazywa mój mąż” — relacjonowała.

Prezenterka nie kryła również pretensji dotyczących dalszego przebiegu zdarzenia. Według jej relacji policjanci nie chcieli zweryfikować danych po numerze rejestracyjnym, a sytuacja nie zakończyła się nawet wtedy, gdy na miejscu pojawił się ich syn. Miał on przynieść dokumenty ojca i potwierdzić jego tożsamość. Holecka przekonywała, że mimo tego jej mąż nadal pozostawał skuty.

„Gdy drugi raz siedział skuty, mówiłam, jak się nazywa mąż. Potem pan miał go rozkuć, kiedy przyszedł syn. Syn miał dokumenty, poświadczył, a mąż dalej siedział skuty. Tak wyglądała ta prawda. Nie mam powodów, żeby kłamać. Żadnych. Przepraszam państwa, ale byłam to państwu winna ” – mówiła.

POLECAMY: Znany psycholog BRONI Filipa Chajzera i Bianki: „Nasze życie jest nudne”

Jaka jest faktyczna wersja wydarzeń? [SZCZEGÓŁY]

Wersja przedstawiona przez Danutę Holecką nie pokrywa się jednak z wyjaśnieniami policji. Funkcjonariusze wskazują, że interwencja rozpoczęła się po wjechaniu samochodem w obszar objęty zakazem ruchu, a kierowca miał odmówić podania danych osobowych. Według mundurowych mężczyzna próbował również oddalić się z miejsca kontroli, dlatego zastosowano wobec niego kajdanki. Policja podkreśla, że działania nie miały związku z nazwiskiem zatrzymanego ani zawodową działalnością jego żony.

Sprawa nie zakończyła się na medialnych relacjach i wzajemnych oskarżeniach. Jak ustaliła Wirtualna Polska, policja skierowała już do sądu wniosek o ukaranie męża Danuty Holeckiej. Chodzi o niezastosowanie się do znaku drogowego oraz odmowę podania danych osobowych podczas interwencji. Mężczyzna podpisał protokół, nanosząc na nim własne uwagi. Ostateczne rozstrzygnięcie będzie należało do sądu.

Warto również przypomnieć, że cała sytuacja rozegrała się w szczególnym dla rodziny Danuty Holeckiej dniu. Małżonkowie odwiedzali grób swojego zmarłego syna, a interwencja policji przerodziła się w wydarzenie, które szybko stało się jednym z najgłośniejszych tematów w mediach. Telewizja Republika przedstawiała działania funkcjonariuszy jako brutalną represję, podczas gdy policja konsekwentnie podkreślała, że powodem kontroli było naruszenie przepisów.

ZOBACZ RÓWNIEŻ: Syn Joanny Kołaczkowskiej przeszedł korektę płci. Tak zareagowała mama

Co uważacie o zachowaniu Holeckiej na wizji? Dajcie znać w komentarzu pod artykułem!

Danuta Holecka (fot. screen YouTube Telewizja Republika)
Danuta Holecka (fot. screen YouTube Telewizja Republika)
Danuta Holecka (fot. screen YouTube Telewizja Republika)
Danuta Holecka (fot. screen YouTube Telewizja Republika)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Kontynuuj czytanie

news

Znany psycholog BRONI Filipa Chajzera i Bianki: „Nasze życie jest nudne”

Opublikowano

w dniu

przez

Filip Chajzer i Bianka Chajzer znaleźli się pod lupą internautów, którzy nie przestają komentować ich małżeństwa. Szczególnie dużo emocji wywołuje dzieląca ich różnica wieku. W podcaście Kuby Wojewódzkiego padły słowa, które mogą dać do myślenia wszystkim krytykującym parę!

Małżeństwo Filipa Chajzera i Bianki Chajzer od początku wzbudza zainteresowanie. Prezenter i jego ukochana zdecydowali się na ślub w Krakowie zaledwie kilka miesięcy po rozpoczęciu związku, a ich ceremonia szybko trafiła na medialne nagłówki. Dziś para coraz chętniej pokazuje wspólne życie w internecie, a zainteresowanie ich relacją wykorzystuje również do rozwijania nowych projektów.

Niedawno Filip Chajzer zapowiedział wspólne talk-show z żoną. Małżonkowie mają już za sobą trzy rozmowy podcastowe, podczas których odpowiadają na pytania internautów i odsłaniają kulisy swojego związku. Jednak obok zainteresowania ich wspólnymi przedsięwzięciami nieustannie pojawiają się również komentarze dotyczące prywatnego życia. Najwięcej emocji budzi fakt, że Bianka Chajzer jest od swojego męża młodsza o 21 lata.

Czy taka różnica wieku rzeczywiście powinna być powodem do krytyki? Właśnie to zagadnienie pojawiło się w podcaście „WojewódzkiWojewódzki”. Kuba Wojewódzki zaprosił do rozmowy Piotra Mosaka, psychologa znanego między innymi z programu „Ślub od pierwszego wejrzenia”. Gość został zapytany o reakcje społeczeństwa na związek prezentera i jego żony. Odpowiedź była wyjątkowo bezpośrednia.

„Według mnie [problem] nie jest w tym, czy to jest Filip, czy ktokolwiek inny, tylko w tym, że my uwielbiamy się czepiać. Mamy tak słabe i kiepskie swoje życie, więc zajmujemy się cudzym i jeżeli możemy się czegoś “czepnąć” i wylać hejt, to to robimy” – stwierdził Piotr Mosak.

Co ciekawe, Piotr Mosak uważa, że w przypadku Filipa Chajzera i Bianki Chajzer nie miałoby większego znaczenia, gdyby sytuacja wyglądała zupełnie inaczej.

„Gdyby ona była dwadzieścia lat starsza, byłoby to samo, bo ludzie wylewają hejt zawsze, jeżeli coś możemy nazwać, że nie jest standardowe. Każdą różnicę krytykujemy, każdą różnicę oceniamy” – dodał.

Według niego problemem nie jest konkretna konfiguracja wieku, ale sam fakt, że relacja odbiega od tego, co część osób uważa za normę.

POLECAMY: Syn Joanny Kołaczkowskiej przeszedł korektę płci. Tak zareagowała mama

Małżeństwo Filipa Chajzera wywołuje emocje. Terapeuta dosadnie odpowiedział krytykom

Psycholog zwrócił również uwagę na polską mentalność i historyczne doświadczenia, które jego zdaniem mogą mieć wpływ na sposób oceniania innych.

„Trzysta lat zaborów i wiele lat komuny powodują, że każdy, kto się wychyla w którąkolwiek stronę, jest już źle oceniany, już możemy go hejtować”- powiedział.

Z taką diagnozą częściowo polemizował Kuba Wojewódzki. Gospodarz podcastu zauważył, że sam hejt w obecnym znaczeniu jest mocno związany z internetem i anonimowością, która pozwala na publikowanie obraźliwych komentarzy bez bezpośredniej konfrontacji. Piotr Mosak zgodził się z tym spojrzeniem, rozwijając swoją myśl:

„Nie, bo hejt pojawił się z internetem, z anonimowością. W przyrodzie nie ma anonimowości. Anonimowość internetu stworzyła możliwość wyrzygiwania się na innych, odwracania uwagi od swojego kiepskiego życia i próby popsucia życia innym” – odpowiedział.

W dalszej części rozmowy Piotr Mosak wyjaśnił, jak jego zdaniem działa mechanizm umniejszania innym.

„Pokazują, że nasze życie jest nudne, słabe, kiepskie i żeby uciec od swojego, chcemy innych zrównać do siebie, chcemy innym powiedzieć: wcale nie jesteś taki fajny, wcale nie jesteś taka ładna, wcale nie jesteś taki mądry. Jesteś gruba, brzydka” – wyjaśniał.

Kuba Wojewódzki postanowił również osobiście odnieść się do osoby, która stała się obiektem internetowych ocen. Gospodarz podcastu zdradził, że zna Biankę Chajzer i nie dostrzega powodów, dla których miałaby być tak ostro krytykowana.

„Bianka, którą poznałem, jest szczupła, młoda i ładna” — powiedział, komplementując żonę prezentera Wojewódzki.

Ta wypowiedź stała się punktem wyjścia do kolejnej dosadnej riposty Piotra Mosaka.

„No to trzeba jej przywalić, że jest za młoda. Może jeszcze jest głupia. Wiesz, no zawsze się znajdzie powód. Dajcie nam człowieka, powód się znajdzie” – skwitował psycholog.

Cała rozmowa sprowadziła się do pytania, dlaczego tak łatwo przychodzi nam ocenianie cudzych relacji i wyborów. Filip Chajzer i Bianka Chajzer zdecydowali się budować wspólne życie, a ich związek nie musi odpowiadać wszystkim obserwatorom. Piotr Mosak w podcaście Kuby Wojewódzkiego postawił jednak znacznie szerszą diagnozę: czasami to nie osoby krytykowane są problemem, lecz ci, którzy za wszelką cenę szukają w nich powodów do ataku.

ZOBACZ RÓWNIEŻ: Krzysztof Skiba zakpił z Nawrockiego. „Bokser z pałacu prezydenckiego”. Ma rację?

A Wy co uważacie o różnicy wieku w związku? Dajcie znać w komentarzu pod artykułem!

Filip i Bianka Chajzerowie (fot. screen Instagram Bianka Chajzer)
Piotr Mosak (fot. screen YouTube WojewódzkiWojewódzki)

Autor: Szymon Jedynak

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Kontynuuj czytanie

news

Syn Joanny Kołaczkowskiej przeszedł korektę płci. Tak zareagowała mama

Opublikowano

w dniu

przez

Adam Kołaczkowski zdecydował się na wyjątkowo osobiste wyznanie, które poruszyło widzów „Dzień dobry TVN”. W rozmowie z Dorotą Wellman opowiedział o swojej tożsamości, przebytej tranzycji i relacji z mamą, która przez lata była dla niego ogromnym wsparciem. Jego słowa pokazują, jak wyglądała ich więź z dala od sceny i kabaretowych występów!

Adam Kołaczkowski pojawił się w „Dzień dobry TVN”, gdzie w rozmowie z Dorotą Wellman poruszył bardzo osobisty temat swojej tożsamości płciowej. Syn zmarłej Joanny Kołaczkowskiej otwarcie opowiedział o procesie tranzycji i doświadczeniach, które towarzyszyły mu w tym okresie. Jak przyznał, mówienie o tych sprawach przed kamerami nie jest dla niego łatwe. Mimo to zdecydował się na szczerość, pokazując widzom niezwykle intymną część swojego życia.

„Ciężko jest mówić na głos, że przeszedłem korektę płci, że jestem transpłciowy, bo to kompletnie nic dla mnie nie znaczy. Mama mnie wspierała. Wiadomo, że to było też niełatwe i to są lata dochodzenia do różnych punktów akceptacji siebie nawzajem” – wyznał Adam Kołaczkowski.

Jego słowa zwróciły uwagę na to, jak długim i wymagającym procesem może być wzajemne zrozumienie oraz akceptacja. Nie ukrywał przy tym, że sama publiczna rozmowa o tranzycji stanowi dla niego pewne wyzwanie.

Syn Joanny Kołaczkowskiej podkreślił również, że z biegiem czasu temat jego tożsamości przestał odgrywać szczególną rolę w codziennym życiu rodziny.

„W ostatnich kilku latach to przestało mieć znaczenie w naszym życiu. Nawet trudno powiedzieć, że mnie wspierała, bo to wsparcie opierało się na byciu moją mamą” – dodał.

To właśnie w tym zdaniu szczególnie mocno wybrzmiała jego perspektywa. Nie opisywał wsparcia jako czegoś wyjątkowego czy nadzwyczajnego, lecz jako naturalną część relacji między matką a synem.

POLECAMY: Krzysztof Skiba zakpił z Nawrockiego. „Bokser z pałacu prezydenckiego”. Ma rację?

Syn Joanny Kołaczkowskiej przeszedł tranzycję. Nie ukrywa, jak wspierała go mama

W rozmowie z Dorotą Wellman Adam Kołaczkowski wrócił także do wspomnień związanych z codziennym życiem Joanny Kołaczkowskiej. Publiczność przez lata znała ją przede wszystkim jako niezwykle energiczną, charyzmatyczną i pełną ekspresji artystkę kabaretową. Jej sceniczny temperament sprawiał, że potrafiła przyciągać uwagę i rozbawiać tysiące widzów. Jak jednak podkreślił jej syn, prywatna Joanna Kołaczkowska była zupełnie inną osobą niż ta, którą oglądano na scenie.

„Wchodząc na scenę, wchodziła już w taką meta-rolę kobiety na scenie, która nie była do końca zgodna z nią, bo ona, jak już wiadomo, była bardzo nieśmiała, niezbyt odważna. Ludzi to bardzo zaskakuje i dziwi” – wyznał Adam Kołaczkowski.

Syn Joanny Kołaczkowskiej nie ograniczył się jednak wyłącznie do wspomnień o jej charakterze. Opowiedział również o zwyczajnych, domowych sytuacjach, które najlepiej oddawały atmosferę ich rodzinnego życia. Jak przyznał, jego mama nie przepadała za gotowaniem, a jeśli już pojawiała się w kuchni, najczęściej przygotowywała proste potrawy.

„Nie lubiła gotować. Zazwyczaj, jak gotowała, to jednogarnkowe potrawki” — zdradził.

Przyznał, że w ich domu, podobnie jak w wielu innych rodzinach, zdarzały się konflikty i nieporozumienia.

„Była super mamą. Wiadomo, że wkurzaliśmy się na siebie, bo były codzienne problemy, ale koniec końców była super mamą. Dbała o mnie najbardziej na świecie i zawsze mogłem się jej poradzić” – powiedział wzruszony.

ZOBACZ RÓWNIEŻ: Joanna Krupa ostro do Donalda Tuska: „ZŁAŹ Z DROGI”. Popieracie jej słowa?

Jak wspominacie Joannę Kołaczkowską? Dajcie znać w komentarzu pod artykułem!

Adam Kołaczkowski (fot. screen TVN.pl)
Joanna Kołaczkowska (fot. screen YouTube Polsat)

Autor: Szymon Jedynak

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Kontynuuj czytanie

HITY

Copyright © 2019 Przeambitni.pl. Stworzona z miłością