Halina Mlynkova: „Trzeba się liczyć z dzieckiem i jego potrzebami” [wywiad]
Sukcesy zawodowe idą u niej w parze z życiem prywatnym. Tworzy szczęśliwy związek z Leszkiem Wronką. Ich przykład jest dowodem na to, że można tworzyć szczęśliwy związek na odległość. Mimo szumu wokół jej osoby stara się, by syn Piotrek miał normalne dzieciństwo.
Wychowywałaś się na pięknym i malowniczym Zaolziu. Teraz mieszkasz w Warszawie. Trudno było odnaleźć się w stolicy?
Zaolzie to przede wszystkim moje dzieciństwo. Dorosłe życie spędzałam w dużych miastach. Rodzinne strony opuściłam, kiedy poszłam na studia do Krakowa, gdzie mieszkałam przez kolejnych siedem lat. Potem przyjechałam do Warszawy. Chyba się przyzwyczaiłam. Mieszkam tu już prawie dekadę. Nigdy nie miałam problemu, by się zaklimatyzować w stolicy.
Odwiedzasz czasem rodzinne strony?
Z radością wracam na Zaolzie, szczególnie, gdy chcę odpocząć. Wiadomo, u mamy zawsze jest cudownie. Panuje tam niesamowita cisza. Są ludzie, którzy nie potrafią odciąć się od swojego miejsca zamieszkania. Miałam kolegę, który tak bardzo tęsknił za górami, że postanowił zrezygnować ze studiów. Są też tacy jak ja, którzy mogą żyć wszędzie.
Jak jesteś odbierana przez dawnych sąsiadów?
Czas spędzam przede wszystkim z rodziną w ogrodzie, ciesząc się widokiem gór. Zawsze znajdę czas dla kuzynki. Dla nich jestem normalną Haliną, która jest jedną z nich, z którą się wychowali, z ciocią zawsze rozmawiam o show biznesie, przywożę jej gazety. Zawsze pyta mnie, co z tego, co czyta jest prawdą (uśmiech). Tam toczy się bardzo spokojne życie, w które wciąż potrafię się wpasować.
Czy sukcesy Cię zmieniły? Czy przyjaciele wciąż są Ci sami?
Czasem tak bywa, że nasze sukcesy zmieniają przyjaciół. Mam wrażenie, że to nie ja się zmieniłam, ale ludzie, którzy nagle zaczęli spoglądać na mnie innymi oczyma. W momencie, kiedy opuszczamy dane miejsce, rozluźniają się więzy przyjaźni. Życie tak szybko galopuje, że nie mamy czasu na wiele spraw, w tym również podtrzymywanie znajomości. Dawne przyjaźnie często stają się po prostu sentymentalną znajomością sprzed lat. Mam kilka koleżanek, z którymi utrzymuję kontakty. Gdy uda nam się spotkać, z sentymentem wspominamy stare dobre czasy. Niestety nie zdarza nam się to zbyt często, bo rozproszyłyśmy się nieco po świecie. Niemniej jednak jest w moim życiu kilka osób, na których mogę polegać. Prawdziwa przyjaźń to bardzo cenna sprawa. Szczególnie cenię sobie bezinteresowne znajomości.
Masz to szczęście, że Twój wolny zawód nie wymaga od Ciebie siedzenia w jednym miejscu. Tak naprawdę zawsze możesz spakować walizkę i wyjechać, dokąd chcesz i na jak długo.
Nie do końca (śmiech). Nie mogę zapominać o tym, że przede wszystkim jestem mamą. Trochę ogranicza mnie rok szkolny mojego syna.
Nie ma wątpliwości, że tegoroczny Festiwal Polskiej Piosenki w Opolu należał do Ciebie. Doceniła Cię nie tylko publiczność, ale również dziennikarze. Jaki jest Twój stosunek do nagród, które otrzymujesz?
Nagrody są swego rodzaju ukoronowaniem dotychczasowej pracy i zarazem motorem napędzającym do dalszych działań artystycznych. Choć statuetki nie są moim życiowym celem, przyznam, że miło jest, kiedy inni dostrzegają moje poczynania artystyczne. Koncerty w Opolu na pewno w dużej mierze przyczyniły się do tego, że moja płyta „Po drugiej stronie lustra” została zauważona. Ponadto sukcesy, które odnoszę na scenie, to nie jest tylko i wyłącznie moja zasługa. Na wszystko pracuje cały zespół.
W tym roku masz bardzo napięty grafik koncertowy. Twój kalendarz wręcz pęka w szwach.
To prawda, na brak pracy nie możemy narzekać. Mamy dość dużo występów, które podobają się publiczności, co nas bardzo cieszy.
Wiele osób wciąż łączy Twoją osobę z zespołem Brathanki, choć nie występujesz z nimi już od dziesięciu lat. Czy Ci to przeszkadza?
Trudno jest się dziwić ludziom, którzy muzyką nie żyją na co dzień, ale to prawda, że wiele osób nadal łączy mnie z Brathankami. Nie mam im tego za złe, bo w końcu jako ich wokalistka dałam się poznać publiczności, a że nasze drogi się rozeszły, to już inna sprawa. W radiu nadal można usłyszeć „Czerwone korale”, czy „W kinie w Lublinie” z moim wokalem. Zresztą publiczność na koncertach ciągle domaga się tych utworów, więc mimo własnego repertuaru wykonuję je również.
Jak czujesz się jako solistka?
Czuję swego rodzaju wolność. Cieszę się, że jestem ogniwem niezależnym od innych. Zdałam sobie sprawę, że nie potrafię już być częścią czegoś. Teraz ja sama decyduję o swoich poczynaniach artystycznych i życiowych.
Trudno było wyjść na scenę jako ktoś znany, ale w gruncie rzeczy zupełnie nowy?
Niełatwo było zaczynać wszystko od nowa. Moja droga solowej wokalistki wcale nie jest taka prosta, jakby mogło się niektórym wydawać, ale mam poczucie, że spełniam się. Jestem szczęśliwa. Ludzie powoli przyzwyczajają się do nowej Haliny, która zawsze będzie wokalistką folkową, ale wykonuje bardzo różnorodną muzykę, z różnych stron świata, przeplataną współczesnymi brzmieniami.
Utrzymujesz kontakt z chłopakami z Brathanków?
Nie, ale życzę im jak najlepiej. Kiedyś pojawiła się propozycja reaktywacji dawnego składu zespołu, ale odmówiłam. Jeśli niektóre sprawy przekraczają pewne granice, dwa razy do tej samej rzeki nie wchodzę.
Przez siedem lat nie koncertowałaś. Czy trudno było wrócić na scenę po tym bardzo długim urlopie macierzyńskim?
To nie do końca był urlop macierzyński. Swoje obowiązki dzieliłam pomiędzy syna i pracę, choć nie było jej wtedy widać. W tym czasie muzyka cały czas była obecna w moim życiu i choć niemal nie udzielałam się publicznie, ciągle coś tworzyłam. W czasie tej medialnej przerwy poszukiwałam ludzi, z którymi mogłabym stworzyć projekt od początku do końca, co w dzisiejszych czasach nie jest rzeczą łatwą. Często osoby odpowiedzialne za pewne projekty, nie dotrzymują danego słowa i naprawdę fajne rzeczy nie mają możliwości, by ujrzeć światło dzienne. Trudno jest dobrać ludzi, którzy myślą muzycznie podobnie, nierzadko trzeba czekać na wolne miejsce w studiu nagrań i w ten oto sposób realizacja wielu projektów przeciąga się w nieskończoność. W moim przypadku sześć razy sprawa nie dobiegła końca. Dopiero za siódmym razem uparłam się, że teraz mi się uda. Wówczas powstała „Etnoteka”.
„Kobieta z moich snów” z płyty „Etnoteka” jest piosenką o Tobie?
Może trochę tak (śmiech). Kiedy ją pisałam, miałam przed oczami kobietę, która potrafi pogodzić pracę z rodziną.
Czym byś się dziś zajmowała, gdyby nie wyszło Ci na scenie? Studiowałaś etnografię.
Zawsze chciałam śpiewać, ale nie zakładałam sobie żadnej alternatywy na wypadek, gdyby coś się nie udało. Od początku marzyłam, by studiować muzykę, co bardzo nie spodobało się moim rodzicom. Poszłam więc na Uniwersytet Jagielloński na etnografię z zamiarem porzucenia jej po roku, ale tak mi się spodobało, że postanowiłam ją skończyć.
Na fortepianie zaczęłaś grać w wieku sześciu lat. Czy zawsze chętnie garnęłaś się do ćwiczeń?
Bywało różnie, ale głównie zależało to od nauczycieli oraz ich podejścia. Jak znajdowałam wspólny język z nauczycielką, to grałam koncerty dla najlepszych uczniów, ale były też takie lata, gdzie byłam w grupie najgorszych. Pamiętam też panią, która zamykała mi klapę od pianina na palce. Nie przepadałam za ćwiczeniem gam i innych tzw. podstawowych rzeczy, ale jak już było coś porządnego do zagrania, bardzo chętnie zasiadałam do instrumentu. Lubiłam też sama tworzyć różne melodie. Fortepian był dla mnie światem marzeń. Kiedy tańczyłam w zespole, będąc w liceum, w Sali baletowej był fortepian. Potrafiłam sama z siebie przychodzić na dwie godziny przed próbą i grać.
Czy Piotrek też przejawia zainteresowanie muzyką?
Piotrek jest bardzo zdolny, jednak na chwilę obecną bardziej niż muzyka interesuje go zabawa na podwórku z kolegami. Potrafi coś zagrać, jednak nie chcę na siłę zapisywać go do szkoły muzycznej, bo to może przynieść odwrotny efekt. Na instrumencie trzeba solidnie ćwiczyć, regularnie grać i mieć tego świadomość. Znam mnóstwo muzyków, którzy późno zaczęli grać i udało im się wszystko nadrobić.
Czy po rewelacyjnej płycie „Po drugiej stronie lustra”, pracujesz już nad kolejną?
Kolejna płyta z pewnością będzie, ale na razie trudno jest mi mówić o konkretnych terminach jej wydania. Na pewno nie spocznę na laurach i jeszcze nie raz zaskoczę moją publiczność. Teraz przygotowuję nową piosenkę.
Czyli przebojowa piosenka „Ostatni raz” to na pewno nie jest Twoje ostatnie słowo, jeśli chodzi o muzykę.
Zapewniam, że w kwestii muzyki mam jeszcze sporo do powiedzenia, a przede wszystkim do zaśpiewania. Może zanim ukaże się kolejny album, nagram teledysk do jakiejś piosenki z ostatniej płyty.
Jak dbasz o swój głos?
To jest przede wszystkim sen i unikanie stresowych sytuacji.
Możesz pochwalić się nienaganną figurą. Twierdzisz, że nigdy nie byłaś na żadnej diecie. Wielokrotnie jednak posądzano Cię o bulimię i anoreksję. Jak odnosisz się do nieprawdziwych informacji, które rozpowszechniane są przez media?
Nie mam pojęcia skąd biorą się wszystkie bzdury na mój temat. Wiele z nich, z jednej strony po prostu mnie śmieszy, a z drugiej przeraża, bo ludzka głupota niestety bywa również zatrważająca. Osoby, które rozpisują się w sprawach moich rzekomych schorzeń, posługują się słowami, których znaczenia nie znają.
Swojego narzeczonego Leszka Wronkę poznałaś dzięki gościnnemu występowi z Ewą Farną, która jest jego podopieczną. Czy zgadzasz się z tym, że prawdziwą miłość można spotkać w pracy?
Myślę, że tak. Większość ludzi poznaje się dzięki pracy i nie ma w tym nic dziwnego. Łączą nas wspólne sprawy zawodowe i zainteresowania.
Ty na co dzień mieszkasz w Polsce, a Leszek w Czechach. Zdecydowaliście się na tzw. miłość na odległość?
Trochę tak. W miarę możliwości odwiedzamy się jak najczęściej.
Ciężko znosić rozłąkę?
Dajemy radę. Trzeba się przyzwyczaić do ciągłych podróży. Pewne sprawy wymagają również dużej koordynacji. Muszę brać również pod uwagę Piotrusia, który ma tutaj szkołę, więc nie zawsze mogę zabrać go ze sobą i wyjechać do Pragi.
Podobno Piotruś znalazł wspólny język z najmłodszym synem Leszka.
Tak. Chłopcy się bardzo polubili. Dzięki tej znajomości Piotrek uczy się języka czeskiego.
A jak Ciebie przyjęły dzieci Leszka?
Panują między nami naprawdę zdrowe relacje. Mamy bardzo dobry kontakt. Nasz związek spotkał się z aprobatą, zarówno mojej, jak i Leszka rodziny.
Kilkakrotnie zadeklarowałaś w wywiadach, że nie masz w planach kolejnej ciąży. Dlaczego?
Faktycznie tak mówiłam. Doszłam jednak do wniosku, że chyba muszę zaprzestać tego typu deklaracji, bo nigdy nie wiadomo, co los przyniesie. Nie chcę już się zarzekać, że tak, albo, że nie, bo stanie się odwrotnie niż powiem i później ktoś mnie posądzi, że kłamię w wywiadach (śmiech). Uważam, że ludzie, którzy się kochają nie zawsze muszą mieć wspólne dzieci. Nic na siłę. Jesteśmy szczęśliwi w obecnej sytuacji. Tradycyjny model rodziny nie gwarantuje sielanki. Nie lubię niczego planować, ale wcale nie dlatego, że się do czegoś zraziłam. Zobaczymy co przyniesie życie. Mam nadzieję, że same dobre rzeczy.
Przeczytałam niedawno, że dostałaś od Leszka pierścionek zaręczynowy. Czy zatem będzie ślub?
Będzie, ale jeszcze nie wiemy kiedy. Póki co cieszymy się sobą i nie mamy potrzeby, by coś przyspieszać. Gdy nadejdzie odpowiedni czas, roześlemy zaproszenia (uśmiech).
Wesele będzie huczne, czy raczej skromne? W końcu rodzina i znajomi bawili się już na waszych weselach.
To też kwestia, którą trzeba będzie omówić we właściwym czasie. To prawda mamy już za sobą śluby i przyjęcia weselne, ale też znajomych nam przybyło. Na naszym wspólnym jeszcze nikt się nie bawił, więc, kto wie (śmiech).
Niedawno udzieliłaś dużego wywiadu, w którym powiedziałaś, że nie wyprowadzisz się z Warszawy, dopóki Piotrek nie skończy przynajmniej podstawówki, niedługo po tym powyciągano z kontekstu pewne zdania i rozpisywano się, że zabierasz dziecko do Czech.
Być może kiedyś chciałabym zamieszkać w Czechach, ale nie wyjadę, jeśli syn nie będzie chciał tego tak samo jak ja. Nie wyobrażam sobie, że nagle z dnia na dzień zmienię mu środowisko życia. Trzeba się liczyć z dzieckiem i jego potrzebami. On ma tu kolegów i szkołę – to wszystko jest dla niego bardzo ważne, a ja nie zamierzam zaburzać mu tej rzeczywistości. Nie jestem egoistką. Mam jedynego syna i bardzo bym go nie chciała stracić przez złe lub pochopne decyzje.
Wspomniałaś kiedyś, że Twój syn ma dużo swobody i nie jest dzieckiem chowanym pod tzw. kloszem.
Piotrek ma bardzo silny charakter. Nie dałby się zamknąć w czterech ścianach. Przez moment chodził do społecznej szkoły, ale go stamtąd zabrałam. W zwyczajnej podstawówce czuje się zdecydowanie lepiej. Teraz najważniejsze jest dla niego podwórko i koledzy. Pozwalam mu na wiele, ale wszystko w granicach zdrowego rozsądku.
Z charakteru jest bardziej podobny do Ciebie, czy do Łuksza?
Myślę, że posiada cechy charakterystyczne dla nas obojga, które w połączeniu z jego indywidualnymi, sprawiają, że jest silną osobowością. Z pewnością da sobie w życiu radę.
Czy Piotrek słucha Twoich piosenek?
Tak, zna dość dobrze moje utwory. Ponadto słucha oczywiście wielu innych wykonawców.
Czy bez problemu dogadujecie się z Łukaszem w sprawach wychowywania Piotrka?
Każde dziecko potrzebuje obojga rodziców, ale niestety wiele kobiet tego nie rozumie i ogranicza ojcom kontakty z dziećmi, krzywdząc je przede wszystkim. U nas tego nie ma. Staram się, żeby Piotrek miał kontakt z tatą w takiej ilości, jak sobie tego życzy. Nam coś nie wyszło, ale nie powinno się to odbijać na dziecku.
Czasopismo „MyMamy” jest dostępne wyłącznie na ipadach i tabletach. Jak radzisz sobie z tego typu urządzeniami?
Mam starszą wersję ipada, ale nie można ściągać na niego załączników, więc dałam go Piotrkowi do zabawy. Natomiast jestem zachwycona tabletem. Przede wszystkim nie waży tyle, co laptop i jest wygodny w podróży, zwłaszcza, że dużo latam samolotami. Mam w nim muzykę swoją oraz taką, której lubię słuchać.
Słyszałam, że świetnie gotujesz.
Mistrzynią kuchni może nie jestem, ale jak tylko mam czas, to lubię coś przyrządzić. Gotowanie bardzo mnie uspokaja i relaksuje.
Rozmawiała Martyna Rokita dla “My Mamy” wyd. Smart Publishing
Fot. Materiały prasowe – Bee Music
news
„Po prostu Damian” stworzył nowy gatunek: CYBER-POP? Prosto z premiery „100 dni: Misja Zeus”
„Po prostu Damian” stworzył nowy gatunek: CYBER-POP? Prosto z premiery „100 dni: Misja Zeus”
POLECAMY: Kayah wystąpi wiosną w „Tańcu z Gwiazdami”? Padła jasna deklaracja
news
Filip Chajzer po latach wrócił do tragedii. „Nigdy nie usłyszałem słowa przepraszam”
Śmierć 9-letniego Maksa w 2015 roku na zawsze zmieniła życie Filipa Chajzera. Dziennikarz przez lata unikał szczegółowego opowiadania o tragedii, jednak w podcaście Cypriana Majchera wrócił do bolesnych wspomnień. Opowiedział o żałobie, emocjach, które wciąż mu towarzyszą, oraz relacji z byłym teściem, który prowadził samochód w chwili wypadku.
Filip Chajzer przez lata bardzo oszczędnie mówił o śmierci swojego 9-letniego syna Maksa. Chłopiec zginął w 2015 roku w tragicznym wypadku samochodowym, do którego doszło podczas podróży z dziadkiem, byłym teściem dziennikarza. Ta tragedia na zawsze odcisnęła piętno na życiu prezentera, który wielokrotnie podkreślał, że po takiej stracie nic już nie może wyglądać jak wcześniej.
W rozmowie z Cyprianem Majcherem, Filip Chajzer zdecydował się wrócić do tamtych wydarzeń i opowiedzieć o bólu, z którym mierzy się do dziś. Szczególnie poruszająco zabrzmiały jego słowa dotyczące żałoby oraz relacji z byłym teściem. Dziennikarz przyznał, że nigdy nie usłyszał od niego przeprosin ani nawet próby rozmowy o wypadku.
POLECAMY: Filip Chajzer BRONI prezydenta NAWROCKIEGO! Co sądzi o słowach Wojewódzkiego?
Tragedia, po której nic nie było już takie samo
Śmierć 9-letniego Maksa w lipcu 2015 roku była dla Filipa Chajzera tragedią, która na zawsze zmieniła jego życie. Chłopiec zginął w wypadku samochodowym, gdy podróżował z dziadkiem, ojcem swojej mamy. Samochód zjechał z drogi i uderzył w naczepę ciężarówki stojącej na poboczu. Dziecko zginęło na miejscu, a dziennikarz, który w tym czasie przebywał w Stanach Zjednoczonych, natychmiast wrócił do Polski. Filip Chajzer przez długi czas nie potrafił mówić o śmierci syna. Wspomnienia związane z Maksem były zbyt bolesne, a żałoba całkowicie rozbiła jego dotychczasowe życie. Dziennikarz przyznawał, że po tej tragedii zmagał się z depresją i przez wiele lat próbował znaleźć sposób na poradzenie sobie z cierpieniem.
Życie po takiej stracie nigdy nie będzie już normalne – mówił Filip Chajzer, podkreślając, że śmierci dziecka nie da się racjonalnie wyjaśnić ani przepracować w taki sposób, aby ból po prostu zniknął.
W innym wywiadzie opowiadał, że Maks śnił mu się niemal każdej nocy. Po przebudzeniu zapisywał rozmowy ze swoim synem, aby zachować choć namiastkę kontaktu z nim.
Maks śnił mi się niemal każdej nocy. Budziłem się i zapisywałem nasze rozmowy – wspominał. Jak tłumaczył, początkowo wstydził się prosić o pomoc psychologa.
Uważał, że powinien sam poradzić sobie z emocjami, choć jego stan psychiczny był bardzo trudny.
Byłem w fatalnym stanie, ale wtedy jeszcze nie chciałem pomocy psychologa. Wstydziłem się, że jestem taki słaby. Próbowałem poszukiwać odpowiedzi na własną rękę. Śmierci dziecka nie da się racjonalnie wytłumaczyć. W ogóle nie da się wytłumaczyć… – mówił w rozmowie cytowanej przez media.
Z czasem Filip Chajzer zdecydował się na terapię. Przyznawał, że korzystał z pomocy wielu specjalistów, jednak nawet intensywna praca nad sobą nie sprawiła, że wspomnienia o synu przestały boleć. W jego przypadku żałoba nie była zamkniętym rozdziałem, lecz doświadczeniem, które powracało w najmniej oczekiwanych momentach.
POLECAMY: Filip Chajzer żali się u Wojewódzkiego: „Tęsknię za tym”. Przykre?
Teść zawinił?
W najnowszych wspomnieniach dziennikarz wrócił także do relacji z byłym teściem, który prowadził samochód w chwili tragicznego wypadku. Filip Chajzer przyznał, że między nimi nie doszło do rozmowy, która mogłaby pomóc mu zrozumieć wydarzenia z 2015 roku lub choć częściowo zamknąć ten bolesny temat.
Nigdy nikt nie podjął ze mną próby rozmowy. Nigdy nie usłyszałem jednego słowa, nigdy nie usłyszałem słowa przepraszam – wyznał.
W rozmowach o tragedii podkreślał, że każdy człowiek przeżywa żałobę inaczej. Jedni potrzebują mówić o zmarłej osobie, inni zamykają się w sobie i próbują funkcjonować mimo ogromnego bólu. Dziennikarz opowiadał również o fali hejtu, która spadła na niego po śmierci Maksa. W internecie pojawiały się brutalne komentarze, a nieznane osoby przesyłały mu zdjęcia miejsc związanych z wypadkiem. Dziennikarz wspominał, że takie zachowanie doprowadziło go do skrajnego załamania.
Ja wtedy w środku umarłem. To była taka śmierć za życia moja – mówił, opisując emocje, które towarzyszyły mu po atakach w sieci.
Mimo upływu lat Filip Chajzer nie ukrywa, że strata syna wciąż jest obecna w jego życiu. Wspominanie Maksa stało się dla niego także sposobem na zachowanie pamięci o chłopcu. Jak podkreślał, zależało mu na tym, aby historia jego dziecka nie została zapomniana, a jego imię nadal było obecne w świadomości ludzi.
POLECAMY: TYLKO U NAS: 20-letnia narzeczona Chajzera w „Królowej Przetrwania”? Padły zaskakujące słowa




news
Nie mogą znaleźć Michała Wójcika. Przez to procedura wymeldowania utknęła
Wokół Michała Wójcika narasta kolejny konflikt. Rodzice jego zmarłej partnerki chcą wymeldować kabareciarza z należącej do nich nieruchomości w Katowicach. Budynek planują wyburzyć, jednak procedura od miesięcy nie może się zakończyć. Problemem jest między innymi ustalenie aktualnego miejsca pobytu artysty.
Wokół Michała Wójcika narasta konflikt, który może mieć swój finał w sądzie. Rodzice jego zmarłej partnerki chcą wymeldować kabareciarza z domu w Katowicach, należącego do nich od lat. Jak twierdzą, budynek jest w złym stanie technicznym i planują go wyburzyć, jednak formalności związane z wymeldowaniem artysty ciągną się już od kilku miesięcy.
Dodatkowym problemem jest ustalenie, gdzie obecnie przebywa Michał Wójcik. Właściciele nieruchomości nie kryją frustracji, a urzędnicy wyjaśniają, że przed wydaniem decyzji muszą dokładnie sprawdzić, czy kabareciarz rzeczywiście i na stałe opuścił lokal.
Kim jest Michał Wójcik?
Michał Wójcik to jeden z najbardziej rozpoznawalnych polskich artystów kabaretowych. Od 2000 roku występuje w popularnym kabarecie Ani Mru-Mru, który współtworzy między innymi z Marcinem Wójcikiem i Waldemarem Wilkołkiem. Choć panowie noszą to samo nazwisko, nie są spokrewnieni. Artysta urodził się 22 listopada 1971 roku w Lublinie, a poza działalnością kabaretową pojawiał się również w produkcjach telewizyjnych, między innymi w improwizowanym serialu „Spadkobiercy”.
Prywatnie Michał Wójcik jest ojcem czworga dzieci. Ma córkę Julię oraz synów: Jakuba, Charliego i Michała Juniora. Pociechy pochodzą z różnych związków artysty. W 2022 roku artysta kabaretowy pojawił się z najstarszą córką w programie „Dzień Dobry TVN”, gdzie opowiadał o ich relacji, wspólnych zainteresowaniach i kontaktach w patchworkowej rodzinie.
Michał Wójcik od około trzech lat jest zameldowany w domu przy ulicy Średniej w Katowicach. Nieruchomość należy do Barbary i Janusza W., czyli rodziców jego zmarłej partnerki, Janiny W. Kobieta zmarła 6 marca 2023 roku po chorobie nowotworowej. Para doczekała się syna, który obecnie pozostaje pod opieką ojca i jego nowej partnerki. Jak twierdzą właściciele budynku, Michał Wójcik został zameldowany w ich nieruchomości około dwóch tygodni po śmierci Janiny. Według ich relacji chcieli w ten sposób pomóc mu w uporządkowaniu spraw finansowych i urzędowych.
Rodzice Janiny przekonują, że w tamtym czasie artysta miał problemy finansowe i potrzebował zameldowania w Katowicach, aby móc ustalić sposób spłaty zadłużenia wobec urzędu skarbowego. Początkowo ich relacje miały być dobre, jednak z czasem doszło między nimi do pogorszenia stosunków. Właściciele nieruchomości chcą obecnie zakończyć sprawę i odzyskać pełną swobodę w dysponowaniu budynkiem. Podkreślają, że dom jest w złym stanie technicznym i może stanowić zagrożenie dla osób przechodzących w jego pobliżu.
Nie wiadomo, gdzie obecnie mieszka kabareciarz
Barbara i Janusz W. planują wyburzenie budynku, a następnie inne zagospodarowanie należącej do nich działki. Twierdzą jednak, że obecność Michała Wójcika w ewidencji mieszkańców utrudnia realizację tych planów. Dodatkowo pod wskazanym adresem mają pojawiać się osoby podające się za wierzycieli artysty. Właściciele rozpoczęli procedurę wymeldowania, która w katowickim urzędzie trwa od lutego. Postępowanie przeciąga się, ponieważ urzędnicy mają trudności z ustaleniem, gdzie faktycznie przebywa Michał Wójcik.
Sprawdzane miały być między innymi adresy w Lublinie, gdzie kabareciarz był wcześniej zameldowany. Według relacji rodziców jego zmarłej partnerki artysty miał również wynajmować mieszkanie w Mysłowicach. Tamtejszy urząd miał wezwać go na spotkanie, jednak artysta nie pojawił się w wyznaczonym terminie.
W związku z tym katowicki urząd może zwrócić się do sądu o wyznaczenie przedstawiciela dla osoby nieobecnej. Taki przedstawiciel mógłby reprezentować Michała Wójcika w postępowaniu administracyjnym.
Sprawa znowu się przeciąga o kolejne miesiące – komentują Barbara i Janusz W.
Urzędnicy podkreślają, że samo złożenie wniosku nie oznacza automatycznego wymeldowania. Przed wydaniem decyzji trzeba ustalić, czy dana osoba rzeczywiście i trwale opuściła lokal. W tym celu urząd może analizować zeznania świadków, oświadczenia, wyjaśnienia oraz wyniki oględzin nieruchomości. Na razie decyzja o wymeldowaniu Michała Wójcika nie została wydana. „Fakt” zwrócił się do artysty o komentarz za pośrednictwem jego menedżera Zbigniewa Remleina. Prośba miała zostać przekazana kabareciarzowi, jednak do czasu publikacji materiału nie otrzymano odpowiedzi.
POLECAMY: Kultowe show wróci do Polsatu? Edward Miszczak zabrał głos





news
Jerzy Bralczyk znów mówi o „zdychaniu” zwierząt. Te słowa niegdyś wywołały burzę
Wystarczyło jedno słowo, by w 2024 roku rozpętała się ogólnopolska dyskusja. Teraz Jerzy Bralczyk po ponad dwóch latach ponownie wrócił do sprawy i wyjaśnił, dlaczego nadal nie uważa określenia „zdychać” za obraźliwe, gdy mowa o zwierzętach. Językoznawca wspomniał również o fali hejtu, z którą musiał się mierzyć. Dowiedz się więcej!
Wypowiedź prof. Jerzego Bralczyka z 2024 roku odbiła się szerokim echem. Językoznawca pojawił się wówczas w programie „100 pytań do”, gdzie został zapytany między innymi o sposób, w jaki współcześnie mówimy o zwierzętach. Jedno z jego stwierdzeń szczególnie mocno podzieliło opinię publiczną i szybko wywołało dyskusję w mediach społecznościowych.
Chodziło o słowa „umierać” i „zdychać” w odniesieniu do zwierząt. Jerzy Bralczyk przyznał wówczas, że nie jest zwolennikiem określania śmierci psa czy kota mianem „umierania”. Tłumaczył, że jako osoba przywiązana do tradycyjnych form językowych inaczej postrzega te określenia.
“Jestem starym człowiekiem i preferuję te tradycyjne formuły i sposób myślenia. Nawet mówienie, że choćby najulubieńszy pies umarł, będzie dla mnie obce. Nie, pies niestety zdechł” – przekonywał wówczas profesor.
Wypowiedź spotkała się z bardzo różnymi reakcjami. Część osób broniła językoznawcy, wskazując, że mówił o tradycyjnym użyciu języka, inni natomiast uznali, że słowo „zdechł” ma w przypadku ukochanego zwierzęcia zdecydowanie negatywny wydźwięk. Dyskusja szybko wyszła poza środowisko językoznawcze i stała się jednym z głośniejszych tematów w mediach.
POLECAMY: Kayah wystąpi wiosną w „Tańcu z Gwiazdami”? Padła jasna deklaracja
Jerzy Bralczyk wraca do afery związanej ze “zdychaniem zwierząt”. Zmienił zdanie?
Teraz, po ponad dwóch latach, Jerzy Bralczyk ponownie odniósł się do tej kwestii. W podcaście „W stylu Krychowiaka” w RMF FM językoznawca wyjaśnił, że jego stanowisko wcale się nie zmieniło. Nadal uważa, że słowo „zdychać” samo w sobie nie musi być pejoratywne, jeżeli odnosi się do zwierzęcia.
“Słowo „zdychać” nie jest dla mnie pejoratywne. W odniesieniu do człowieka tak, ale w odniesieniu do zwierzęcia nie. Miałem dwa koty ulubione, jeden był wręcz ukochany i on zdechł. Niestety. Przykro mi” – wyznał u Krychowiaka.
Tym samym Jerzy Bralczyk po raz kolejny jasno wyraził swoje stanowisko. Jego zdaniem używanie słowa „zdechł” w odniesieniu do zwierzęcia wynika z tradycyjnego sposobu posługiwania się językiem. Nie oznacza natomiast braku szacunku do zwierzęcia ani braku emocjonalnego przywiązania do niego.
Co ciekawe, profesor wspomniał również o tym, jak osobiście odebrał reakcje na jego wcześniejszą wypowiedź. Jerzy Bralczyk przyznał, że fala krytyki była dla niego przykra, szczególnie dlatego, że część opinii publicznej zaczęła postrzegać go jako osobę, która nie darzy zwierząt sympatią.
“Bardzo dużo hejtu dostałem. Przykro mi z tego powodu, bo wyszedłem na kogoś, kto nie lubi zwierząt. A cierpienia zwierząt są dla mnie jak cierpienia ludzi” – dodał.
To właśnie ten fragment rozmowy pokazuje, że dla Jerzego Bralczyka cała sprawa miała również bardzo osobisty wymiar. Językoznawca podkreślił, że jego wybór konkretnego słowa nie ma nic wspólnego z brakiem empatii wobec zwierząt. Wręcz przeciwnie, zaznaczył, że cierpienie zwierząt jest dla niego równie istotne jak cierpienie ludzi.
W tej samej rozmowie Jerzy Bralczyk został zapytany także o inne określenie, które we współczesnej polszczyźnie budzi kontrowersje. Tym razem chodziło o słowo „Murzyn”. Profesor przedstawił swoje stanowisko, wskazując, że z jego perspektywy słowo to nadal może pełnić funkcję opisową w języku.
“Potrzebne mi jest to słowo na określenie ludzi, którzy tak wyglądają, mają ciemną skórę” – zauważył profesor Bralczyk.
Wypowiedź ponownie może wywołać dyskusję, szczególnie że współczesna polszczyzna zmienia się wraz ze zmianami społecznymi i kulturowymi. Jerzy Bralczyk zaznaczył jednak, że w praktyce bierze pod uwagę również odczucia drugiej osoby. Jeżeli konkretne określenie kogoś rani lub sprawia mu przykrość, profesor deklaruje, że nie będzie go wobec takiej osoby używał.
“Przecież ja nie czuję żadnej wyższości nad ludźmi czarnymi. Absolutnie […] Wobec nich tak nie powiem, bo ja nie lubię sprawiać przykrości” – przekonywał.
Po latach temat „zdychania” zwierząt ponownie więc wrócił do przestrzeni publicznej. Jerzy Bralczyk nie wycofał się ze swojej wcześniejszej opinii, ale jednocześnie zdecydował się opowiedzieć o konsekwencjach, jakie spotkały go po tamtej wypowiedzi. Jak sam przyznał, szczególnie dotknęło go przedstawianie go jako osoby, która nie lubi zwierząt.
ZOBACZ RÓWNIEŻ: Martyna Wojciechowska ma powody do radości. Właśnie TO ogłoszono
Jakie Wy macie zdanie na ten temat? Dajcie znać w komentarzu pod artykułem!


-
news5 dni temuBudka Suflera ma nowego wokalistę. To on zastąpi Jacka Kawalca
-
news4 dni temu„M jak miłość” żegna kolejne gwiazdy. Znane nazwiska odchodzą z serialu
-
showbiz3 dni temuZrezygnował z „Tańca z Gwiazdami”. Teraz przerwał milczenie
-
news2 dni temuKrzysztof Kwiatkowski długo ukrywał ukochaną. Jego partnerka to znana wokalistka
-
news5 dni temuEdyta Bartosiewicz zachwycona uczestnikiem „The Voice of Poland” [WIDEO]
-
showbiz3 dni temuFilip Gurłacz PSIOCZY na „Taniec z Gwiazdami”. W tle Kaczorowska
-
showbiz2 dni temuKto odpadł z „Tańca z Gwiazdami”? Widzowie w szoku
-
news5 dni temuCzerwony dywan, multum gwiazd i wielkie emocje. Tak premierę „100 dni: Misja Zeus” świętowali w Energylandii









Dodaj komentarz