Wokalista kultowego zespołu Boys. Wylansował takie utwory jak „Wolność”, „Szalona”, czy „Chłop z Mazur”. Mimo krytyki gatunku disco polo, sprzedał miliony płyt. Wielokrotnie udowodnił, kto jest królem na scenie muzycznej. Choć świetnie szło mu w “Tańcu z gwiazdami”, królem parkietu raczej nie zostanie, bo przyszło mu opóścić taneczne rozgrywki.

Muzyka disco polo, choć uwielbiana przez tłumy, była niegdyś mocno krytykowana w mediach. Mówiło się wręcz o nagonce na wykonawców i fanów tego nurtu. Czy mocno odczułeś na własnej skórze ten problem?

Nie zawsze było miło, ale staraliśmy się wraz z chłopakami z zespołu, nie przejmować opiniami ludzi, którzy tak naprawdę nie znali naszej twórczości, a wygłaszali różne, często negatywne sądy. Wielokrotnie czytałem o sobie, że jestem burakiem, wieśniakiem i nie potrafię się wysłowić. Dla mnie jednak liczyli się przede wszystkim ludzie, przychodzący na koncerty oraz dobra zabawa. Disco polo jest też moją pracą, dzięki której mogę utrzymać rodzinę i spełniać swoje marzenia.

Czy to prawda, że Twoja żona nie przepada za disco polo?

Tak, powiedziała mi otwarcie, że nie lubi disco polo. Szanuję to, więc staram się ograniczać do minimum puszczanie swoich utworów w jej obecności.

Mimo, że masz przydomek króla disco polo i niewątpliwie jesteś jedną z największych gwiazd, nieco stronisz od show biznesu.

Może dlatego, że mieszkam daleko, a poza tym większość czasu spędzam w trasie, wiec nie ma kiedy brylować na bankietach. Poza tym show biznes nie jest też środowiskiem, w którym moja żona Ania czułaby się dobrze. Za to znakomicie zna się na prowadzeniu domu i wychowywaniu dzieci.

Twoi synowie są dorośli. Chyba nie trzeba już ich wychowywać?

Jeden ma dwadzieścia cztery, a drugi dwadzieścia dwa lata. Teraz już sami potrafią o siebie zadbać, jednak ciągle potrzebują jeszcze kontaktu z nami. Tworzymy bardzo fajną rodzinę.

Masz przyjacielskie kontakty z synami?

Dużo straciłem przez nawał pracy w studio i liczne koncerty. Wiem, że uciekło mi kilka etapów z życia moich dzieci. Często nie było mnie w domu. Na szczęście nie mają mi tego za złe. Teraz próbuję nadrobić stracony czas. Myślę, że jestem nie tylko ojcem, ale fajnym kumplem dla chłopaków.

Kiedyś zespół Boys był numerem jeden jeśli chodzi o męski zespół disco polo. Niedawno jednak pojawiła się poważna konkurencja w postaci zespołu Weekend. Jakie stosunki panują między wami? Zwalczacie się, czy może lubicie?

Ja uwielbiam, tzw. zdrową konkurencję. W końcu ile można cały czas być najlepszym zespołem? Spokojnie pogodziłem się z faktem, iż Weekend wypuścił piosenkę, którą chwyciła niemal cała Polska. Mój zespół też miał swój czas. Teraz przyszła kolej na kogoś innego. Przyznam, że jestem nieco zazdrosny, ale nie jest to ani zawiść, ani chorobliwa zazdrość. Poczułem lekkie ukłucie w sercu, tak to nazwijmy. Niemniej jednak, ich sukces mnie również motywuje do dalszej pracy. Jeśli chodzi o Radka Liszewskiego, to darzę go wielką sympatią. Zawsze miło nam się rozmawia po koncertach, czy w przerwach programu „Disco star”.

Myślisz, że uda Ci się jeszcze kiedyś stworzyć hit na marę takich piosenek, jak „Wolność”, czy „Szalona”?

Obawiam się, że może być ciężko. Cały czas pracuję nad nowymi utworami, jednak tworząc je nie myślę kategoriami hitu, czy zysku. Mam jednak nadzieję, że przypadną do gustu publiczności.

Jaki jest powód, dla którego zgodziłeś się wziąć udział w „Tańcu z gwiazdami”? Podejrzewam, że nie chodzi o pieniądze, bo podobno powodzi Ci się całkiem nieźle.

Nie ukrywam, iż powodzi mi się bardzo dobrze. To faktycznie nie jest powód finansowy. Mam inną misję – chcę poprawić wizerunek discopolowego środowiska. Nie tylko wykonawców, ale i fanów tej muzyki. Zamierzam pokazać, że my ludzie utożsamiani z kiczem i obciachem, jesteśmy kulturalni i ambitni.

Jak się czujesz na parkiecie? Szybko robisz postępy w tańcu?

Czuję się całkiem nieźle. Bywa męcząco, ale nie poddaję się. Na pewno z każdym dniem potrafię coraz więcej, choć do mistrzostwa jeszcze mi bardzo daleko.

Spodobał Ci się taniec choć trochę?

Tak. Jest oczywiście ciężko, bo taniec towarzyski, to nie jest taki taniec jak na dyskotece, ale wręcz dziedzina sportu. Dla mnie, który tego nie uprawiałem, to jest masakra. Po dwudziestu minutach rozgrzewki już jestem cały mokry, a co dopiero mówić o pięciogodzinnym treningu. Niemniej jednak bardzo dobrze wpływa na moją kondycję.

Na co dzień mieszkasz w Ełku. Trenujesz w Warszawie. Zdecydowałeś się zamieszkać w stolicy, czy dojeżdżasz na treningi?

To był niestety największy problem. Za pozwoleniem żony na początku sierpnia wyprowadziłem się z domu i zamieszkałem w Warszawie. Dzięki temu nie muszę tracić czasu na dojazdy. Za to Ania, co jakiś czas do mnie przyjeżdża.

Ze względu na swoją popularność byłeś brany pod uwagę do zwycięstwa „Tańca z gwiazdami”. Czy marzyłeś o wygranej?

Każdy z uczestników z pewnością chciałby dojść jak najdalej. Ja także. Bardzo liczyłem na głosy moich słuchaczy. Mam nadzieję, że ich nie zawiodłem.

Jak wspominasz Ninę Tyrkę jako nauczycielkę tańca?

Nina jest demonem ambicji i perfekcjonizmu i to bardzo dobrze o niej świadczy. To profesjonalistka w każdym calu. Wymyśla mi układy i figury, których mój mózg nawet w połowie nie ogarnia. Z drugiej strony Nina wciąż mi powtarza, że widzi we mnie potencjał. Chcę wierzyć jej słowom, że jak się przyłożę, to może być ze mnie niezły tancerz (śmiech).

Rozmawiała Martyna Rokita

Marcin Miller Marcin Miller 1

fot. facebook


Nie ma więcej wpisów