news
“Marzę o robieniu w Polsce kina komercyjnego, na wysokim poziomie“ – I część wywiadu z Pawłem Domagałą
Młody, zdolny, przystojny… Gra w filmach, teatrze, śpiewa piosenki, których sam jest autorem. Planuje również zmienić polskie kino i zacząć robić filmy. Człowiek orkiestra! Jest odkryciem 2014 roku, a przede wszystkim odkryciem polskiego, komediowego kina. Po premierze filmu “Wkręceni”, gdzie zagrał główną rolę u boku Bartosza Opanii i Piotra Adamczyka, jego skrzynka mailowa pęka w szwach, a krytycy są zdumieni jego talentem. Kto widział najnowszą komedię Piotra Wereśniaka, ten doskonale wie, o czym mowa. Postać Szyi, w którą się wcielił totalnie oczarowała widzów i zdobyła serca tysięcy Polaków. Paweł Domagała z hukiem wkroczył na wielki ekran polskiego kina i wszystko wskazuje na to, że prędko z niego nie zniknie. Na nasze szczęście.
Jak zdobyłeś rolę w komedii „Wkręceni”?
Moja agentka powiedziała mi o zdjęciach próbnych, a ja na nie poszedłem. Potem krok po kroku przechodziłem do następnych etapów castingu. Byłem przesłuchiwany mnóstwo razy, próbowałem do różnych ról, z różnymi aktorami. W ostatnim etapie spotkaliśmy się z Piotrkiem Adamczykiem i Bartkiem Opanią i tak już zostało.
Pojechałeś nad morze i dostałeś telefon…
Tak, byłem na wakacjach… Już o wszystkim zapomniałem, byłem przekonany, że gdyby mnie chcieli to już bym o tym wiedział. Ale niespodziewanie dostałem telefon, że reżyser jeszcze raz zaprasza mnie na zdjęcia próbne (śmiech). Co miałem robić? Wróciłem na dzień do Warszawy, a potem z powrotem nad morze, nocnym, najtańszym pociągiem. I to była podróż mojego życia (śmiech). W pociągu było chyba milion osób, bardzo ciekawe doświadczenie. Koniecznie musisz się przejechać takim pociągiem. A przy okazji pozdrawiam Wojtka Solarza (śmiech)
Z Piotrkiem Wereśniakiem znałeś się już wcześniej.
Tak, poznaliśmy się w pracy, na planie serialu „Wszystko przed nami”.
Skoro znaliście się już wcześniej, nie miałeś większej pewności, że dostaniesz rolę Szyi?
Ale Piotrek zna wszystkich (śmiech). Każdy z aktorów mógłby tak myśleć.
Jak Ci się współpracowało z Piotrem Adamczykiem i Bartoszem Opanią. Znaliście się wcześniej?
Tak naprawdę poznaliśmy się na planie. We “Wkręconych” gramy trójkę przyjaciół i prywatnie też się zaprzyjaźniliśmy, co bardzo nam ułatwiło pracę. Bardzo dobrze się rozumieliśmy, i fajnie nam się razem improwizowało. Dużo się od nich nauczyłem. To naprawdę wspaniali aktorzy. Na początku trochę się bałem, bo chłopaki są jednak już doświadczeni , a ja dopiero zaczynam. Zależało mi na tym, żeby na planie czuć się swobodnie, nie bać się czasem pomylić, zrobić coś żenującego i nie być za to ocenianym przez kolegów. Moje obawy okazały się absolutnie bezpodstawne, a chłopaki bardzo mi pomagali.
Znalazłeś się pośród dwóch świetnie wszystkim znanych aktorów, dostałeś główną rolę tuż obok nich… Nie miałeś przeświadczenia, że będziesz musiał dać z siebie dwa razy więcej, bo jesteś od nich mniej znany?
Zawsze daje z siebie dwa razy więcej (śmiech). A poza tym, tak szczerze to nie zastanawiałem się nad tym. Cieszyłem się, że mam takich partnerów i że gram w tym filmie i że codziennie uczę się czegoś nowego.
Łączy cię coś z postacią Szyi?
Wygląd (śmiech), głos i czasem niestety poziom inteligencji (śmiech)
Ty musisz mieć ogromne poczucie humoru. Zagrałeś tak zabawną postać, a poza tym tworzysz również kabaret…
“Ma Pan poczucie humoru?”, “Tak mam” – to tak cytując klasyka (śmiech). Ale poważnie… Wydaje mi się, że w byciu aktorem dystans i poczucie humoru to podstawa. W moim przekonaniu, bez poczucia humoru i naturalności nie ma aktorstwa. Nawet rola dramatyczna, tragiczna zagrana zupełnie bez humoru, dystansu, będzie nie do oglądania, przynajmniej dla mnie. Nie do końca przekonuje mnie aktorstwo “na bebechach”, to nie moja estetyka, ale co ja tam wiem (śmiech), być może nie mam racji.
Jak się przygotowywałeś do roli Szyi?
W kółko czytałem scenariusz i starałem sobie wyobrazić jaki ten Szyja jest – czy mam wśród znajomych kogoś z kim mi się kojarzy, jaki to typ człowieka, jak mówi, jak chodzi. Jak już “złapałem Szyję”, to mogłem się nim trochę pobawić, poimprowizować i to było bardzo przyjemne.
Trochę scen zostało jednak wyciętych… Sam Bartosz Opania zdradził mi, że film mógł być trochę mocniejszy.
Pierwszy układ montażowy trwał 3 godziny, więc trzeba było coś wyciąć i poleciały te “mocniejsze” sceny, ale tu zaznaczam mocniejsze nie znaczy wulgarne… Chodzi tu bardziej o sceny abstrakcyjne. Wypadła np, scena którą z chłopakami uwielbialiśmy (śmiech) naszego słowiańskiego, stepowego śpiewu (śmiech), nam aktorom zawsze żal wyciętych scen… Ale myślę, że przyjdzie czas i we trójkę z Piotrkiem i Bartkiem, zagramy w odważnie abstrakcyjnej komedii (śmiech). A Piotrek Wereśniak wyreżyseruje.
Taki jest Wasz osobisty plan?
Taki jest plan. A plany są po to, żeby je realizować.

Jak się czujesz z tym, że zagrałeś główną rolę we „Wkręconych”?
Bardzo dobrze się czuję. To moja pierwsza tak duża rola w komercyjnym filmie. Cieszę się, bo wydaje mi się że naprawdę rzetelnie wykonałem swoją pracę. Ale przede wszystkim była to dla mnie ogromna przyjemność i nauka. Jestem zadowolony z siebie i z efektu końcowego. Myślę, że “Wkręceni” to bardzo pogodny film, brakuje takich filmów. Ludzie są mile zaskoczeni po obejrzeniu “Wkręconych”. Teraz po premierze jest ogromne szaleństwo, na facebooku mnóstwo osób pisze do nie, że myśleli, że to kolejna beznadziejna polska komedia i że miło się zaskoczyli. Bardzo mnie to cieszy. Nie ma się co oszukiwać, że w ostatnim czasie z polskimi komediami było naprawdę źle i widz niestety stracił do nich zaufanie. Mam nadzieję, że teraz będzie tylko lepiej w polskich komediach, przynajmniej tych z moim udziałem (śmiech).
Musisz być z siebie bardzo dumny.
Jasne, jestem bardzo dumny z siebie, ale też z całej ekipy. Jestem strasznie zadowolony i szczęśliwy, że tak to wszystko wyszło.
Stresowałeś się oglądając go po raz pierwszy?
Widzieliśmy wszyscy ten film na premierze w Zamościu i tak się złożyło, że zobaczyliśmy premierę – nie z zaproszonymi gośćmi, tylko z ludźmi, którzy kupili bilety. Zastanawiałem się, czy się będą bawić czy nie. Ale ludzie naprawdę się bawili, naprawdę się śmiali i wyszli zadowoleni. Także myślę, że w swoim gatunku ten film spełnił wszystkie oczekiwania, bo ludzie fajnie, miło spędzają czas. My ich nie skłaniamy do przemyślenia swoich decyzji życiowych. Nie edukujemy ich – czym jest Polska, kim są Polacy, tak jak to jest ostatnio w kinach, ale dajemy im sto minut pogody, uśmiechu i radości. I z tego właśnie jestem bardzo zadowolony i bardzo dumny, że brałem udział w takim projekcie, że ludzie naprawdę dobrze się przy nim bawią i na 100 min mogą zapomnieć o tym kto, gdzie zginął i o tym całym syfie, który nas ciągle atakuje.
Czytałam na filmweb negatywną recenzję odnośnie „Wkręconych” i trochę mnie to zirytowało, bo krytyk chyba zbyt wiele wymagał od tego filmu.
Na filmwebie to chyba raczej nie recenzent (śmiech)… Co mam powiedzieć, każdy ma prawo pisać to co naprawdę uważa i bardzo dobrze. Jeżeli ktoś idzie na “Wkręconych” i oczekuje Almodovara, albo tego, że będzie to film typu “Wilk z Wall Street” to rzeczywiście się rozczaruje, ale jeśli chce dobrze się bawić i nie oczekuje, że film zmieni jego życie to na pewno wyjdzie zadowolony. Ja się nie wychowałem na jakiś prze ambitnych filmach, tylko na komediach Bena Stillera czy Adama Sandlera, a ich filmy nigdy nie mają dobrych recenzji (śmiech). Zresztą najlepiej zobaczyć samemu i ocenić (śmiech).
Potrafisz się zrelaksować oglądając filmy ze swoim udziałem?
To zależy jaki film z sobą oglądam ( śmiech). Na “Wkręconych” się zrelaksowałem. Zawsze staram się oglądać filmy, w których zagrałem nawet po kilkanaście razy. Robię to po to, by zobaczyć dlaczego coś, o czym myślałem, że działa – np. nie działa. Próbuję to później przeanalizować. Zresztą jak jest jakiś film, który wybitnie mi się podoba, to też go oglądam kilkanaście razy i staram się analizować, co ten aktor takiego zrobił, że mi się to tak podoba. Albo odwrotnie – co jest takiego złego w tym filmie, że aż mnie odrzuca. Ja całkiem poważnie podchodzę do tych tematów. Na “Wkręconych” byłem parę razy w kinie (śmiech). Kupiłem bilet, usiadłem z tyłu i oglądałem. Podobało mi się, bo publiczność się śmiała i fajnie reagowała, więc byłem zadowolony.
Inspirujesz się innymi aktorami? Uczysz się oglądając ich na ekranie?
No pewnie, że się uczę i inspiruję. Ben Stiller, Adam Sandler, Bogumił Kobiela, Tadeusz Fijewski to dla mnie mistrzowie, bardzo mnie inspirują. Zresztą mnie inspirują prawie wszyscy, ja buduję swoją karierę na talencie innych (śmiech). Ilu jest wspaniałych aktorów, z którymi pracuję w teatrze, nawet nie sposób ich wymienić. Każdy z nich ma w sobie coś innego, niepowtarzalnego, coś czego nie mam ja. Uczę się od nich innej niż moja wrażliwości, innego poczucia humoru, czerpie z nich garściami, wykorzystuję ich talent do rozwijania mojego (śmiech) i tak to chyba działa. Jest tylu wspaniałych aktorów, aktorek dookoła mnie, że aż mnie to przeraża. Oczywiście uwielbiam DiCaprio, Nortona, Boże mógłbym wymieniać bez końca. Ja praktycznie od dziecka nie robię nic innego jak oglądam filmy, także naprawdę tych inspiracji mam mnóstwo. Ale muszę tu wymienić jeszcze Mela Gibsona, bo do niego mam największy sentyment (śmiech), to ukochany aktor mojego dzieciństwa, a “Braveheart” widziałem już chyba 500 razy.
Chcesz też być reżyserem?
Tak, chcę być reżyserem i producentem, to taki mój plan na najbliższe 20 lat.
Czemu tak późno? Jest przecież cała masa młodszych od Ciebie reżyserów, którzy robią genialne filmy.
Najpierw muszę pograć (śmiech). Muszę się wiele nauczyć, poobserwować jak to wszystko działa, krok po kroczku, nie mam zamiaru robić siary (śmiech), 20 lat to optymalny czas, chyba że stwierdzę, że mogę zaryzykować wcześniej i pokaże ludziom taki produkt jaki sam bym chciał zobaczyć.
Jaki jest Twój aktorski cel?
Ja po prostu chcę grać. Chcę grać we wszystkim będzie miało dla mnie jakąś wartość. Mogę Ci mówić banały, że najbardziej to bym chciał grać skomplikowane psychologicznie postacie, wymagające, trudne role – i chciałbym, pewnie. Ale bardzo byłbym szczęśliwy, gdybym mógł grać w komediach, filmach familijnych, na które przychodziłoby do kina 5mln osób, dobrze się bawiło i zapominało o wszystkich problemach. Żeby po takich filmach ojcowie bardziej kochali dzieci itp, żeby ludziom chciało się żyć (śmiech), żeby te moje rola dawały im nadzieję. Uwielbiam film z Adamem Sandlerem – “Click” – o w takich filmach chciałbym grać (śmiech).
O czym marzysz?
O pokoju na świecie (śmiech). Tak jak mówiłem. Marzę o robieniu w Polsce kina komercyjnego na wysokim poziomie. Według mnie Polacy są tak fantastycznym narodem, z tak fantastycznym poczuciem humoru, że zasługują na fantastyczne komedie, które dorosną do ich poziomu. Teraz większość komedii nie dorasta do poziomu inteligencji i poczucia humoru widza. Tak uważam. Marzy mi się, żeby wprowadzić taki styl, gatunek filmów komercyjnych, które dorosną do poziomu widza.
Przyjąłbyś rolę filmową głównie dla pieniędzy?
To zależy ile w danym momencie miałbym pieniędzy (śmiech). Jakbym miał pieniądze, żeby sobie spokojnie żyć, to bym nie przyjął, a jakbym ledwo wiązał koniec z końcem to bym przyjął. Ja zresztą nie mam wysokich wymagań. Nie muszę mieć domu o wielkości 200 m2 i samochodu za 500 tys zł. Takie coś mnie nie kręci.
Grasz też w serialach. A karierę zacząłeś od… ?
Zacząłem od teatru. Ja w ogóle więcej gram w teatrze niż w filmie. Ale pojawiam się też często w serialach, zgadza się. Są telenowele, które mają z milion odcinków i nie za fajnie się w nich gra, ale czasem trzeba. Trzeba to robić, nie tylko dla pieniędzy, ale też po to, żeby ktoś cię zauważył. Wszędzie można się czegoś nauczyć. Ale są też 13 odcinkowe seriale i uważam, że to są bardzo fajne produkcje! Co więcej – w Stanach więcej pieniędzy idzie na takie seriale niż na filmy. Nie widzę powodu, dla którego miałbym odmawiać gry w serialu, a gdybym dostał rolę w 13 odcinkowym serialu, to bym się bardzo z tego ucieszył.
Może teraz po Twoim dużym debiucie posypią propozycje?
Nie zapeszam, ale póki co nie jest źle (śmiech). Teraz zależy mi na tym, żeby nie brać wszystkiego co mi proponują, tylko wybierać te propozycję w których będę mógł się czegoś nauczyć i które przybliżą mnie do celu jaki sobie postawiłem. Zresztą w serialu też można zagrać genialnie, nawet w telenoweli. Niezależnie od tego w czym się gra, trzeba mieć odpowiednie podejście. Jeżeli grasz w “M jak miłość”, które ogląda 5 mln osób, a nie podchodzisz do tego poważnie i nie robisz tego dobrze, to jest to jakaś totalna amatorszczyzna.
Niestety często, te seriale szufladkują.
Wolę być aktorem “zaszufladkowanym”, ale grającym, niż “niezaszufladkowanym” grzejącym ławę (śmiech). Aktor jest od tego, żeby grać.
Większość Twoich ról jest komediowych. Granie postaci innej niż komediowej, jest dla Ciebie wyzwaniem?
Ja po prostu lubię grać i nie zastanawiam się jaki to gatunek, jeżeli czuję, że mogę coś zrobić dobrze, albo dużo się nauczyć to wchodzę w to na sto procent. Teraz gram np. Berengera w “Nosorożcu”, w Teatrze Dramatycznym i praca nad tą rolę bardzo mnie rozwinęła jako aktora. Pracowałem z aktorami od których mogłem się wiele nauczyć, którzy pokazali mi drogi, którymi wcześniej nie chodziłem i myślę, że to zaowocuje w przyszłości. Jak już jednak wcześniej mówiłem, zawsze staram się “wpuścić trochę powietrza” w postacie które gram. Ważne dla mnie jest również to, żeby nie bać się porażek, nie bać się, że jakąś rolę położę, że się nie spodobam, jeśli zrozumiem dlaczego coś “skopałem” to jest to bezcenna lekcja. Myślę o tym, żeby być w zawodzie przez 50 lat, a nie przez 5. To jest dla mnie najważniejsze.

news
„Po prostu Damian” stworzył nowy gatunek: CYBER-POP? Prosto z premiery „100 dni: Misja Zeus”
„Po prostu Damian” stworzył nowy gatunek: CYBER-POP? Prosto z premiery „100 dni: Misja Zeus”
POLECAMY: Kayah wystąpi wiosną w „Tańcu z Gwiazdami”? Padła jasna deklaracja
news
Filip Chajzer po latach wrócił do tragedii. „Nigdy nie usłyszałem słowa przepraszam”
Śmierć 9-letniego Maksa w 2015 roku na zawsze zmieniła życie Filipa Chajzera. Dziennikarz przez lata unikał szczegółowego opowiadania o tragedii, jednak w podcaście Cypriana Majchera wrócił do bolesnych wspomnień. Opowiedział o żałobie, emocjach, które wciąż mu towarzyszą, oraz relacji z byłym teściem, który prowadził samochód w chwili wypadku.
Filip Chajzer przez lata bardzo oszczędnie mówił o śmierci swojego 9-letniego syna Maksa. Chłopiec zginął w 2015 roku w tragicznym wypadku samochodowym, do którego doszło podczas podróży z dziadkiem, byłym teściem dziennikarza. Ta tragedia na zawsze odcisnęła piętno na życiu prezentera, który wielokrotnie podkreślał, że po takiej stracie nic już nie może wyglądać jak wcześniej.
W rozmowie z Cyprianem Majcherem, Filip Chajzer zdecydował się wrócić do tamtych wydarzeń i opowiedzieć o bólu, z którym mierzy się do dziś. Szczególnie poruszająco zabrzmiały jego słowa dotyczące żałoby oraz relacji z byłym teściem. Dziennikarz przyznał, że nigdy nie usłyszał od niego przeprosin ani nawet próby rozmowy o wypadku.
POLECAMY: Filip Chajzer BRONI prezydenta NAWROCKIEGO! Co sądzi o słowach Wojewódzkiego?
Tragedia, po której nic nie było już takie samo
Śmierć 9-letniego Maksa w lipcu 2015 roku była dla Filipa Chajzera tragedią, która na zawsze zmieniła jego życie. Chłopiec zginął w wypadku samochodowym, gdy podróżował z dziadkiem, ojcem swojej mamy. Samochód zjechał z drogi i uderzył w naczepę ciężarówki stojącej na poboczu. Dziecko zginęło na miejscu, a dziennikarz, który w tym czasie przebywał w Stanach Zjednoczonych, natychmiast wrócił do Polski. Filip Chajzer przez długi czas nie potrafił mówić o śmierci syna. Wspomnienia związane z Maksem były zbyt bolesne, a żałoba całkowicie rozbiła jego dotychczasowe życie. Dziennikarz przyznawał, że po tej tragedii zmagał się z depresją i przez wiele lat próbował znaleźć sposób na poradzenie sobie z cierpieniem.
Życie po takiej stracie nigdy nie będzie już normalne – mówił Filip Chajzer, podkreślając, że śmierci dziecka nie da się racjonalnie wyjaśnić ani przepracować w taki sposób, aby ból po prostu zniknął.
W innym wywiadzie opowiadał, że Maks śnił mu się niemal każdej nocy. Po przebudzeniu zapisywał rozmowy ze swoim synem, aby zachować choć namiastkę kontaktu z nim.
Maks śnił mi się niemal każdej nocy. Budziłem się i zapisywałem nasze rozmowy – wspominał. Jak tłumaczył, początkowo wstydził się prosić o pomoc psychologa.
Uważał, że powinien sam poradzić sobie z emocjami, choć jego stan psychiczny był bardzo trudny.
Byłem w fatalnym stanie, ale wtedy jeszcze nie chciałem pomocy psychologa. Wstydziłem się, że jestem taki słaby. Próbowałem poszukiwać odpowiedzi na własną rękę. Śmierci dziecka nie da się racjonalnie wytłumaczyć. W ogóle nie da się wytłumaczyć… – mówił w rozmowie cytowanej przez media.
Z czasem Filip Chajzer zdecydował się na terapię. Przyznawał, że korzystał z pomocy wielu specjalistów, jednak nawet intensywna praca nad sobą nie sprawiła, że wspomnienia o synu przestały boleć. W jego przypadku żałoba nie była zamkniętym rozdziałem, lecz doświadczeniem, które powracało w najmniej oczekiwanych momentach.
POLECAMY: Filip Chajzer żali się u Wojewódzkiego: „Tęsknię za tym”. Przykre?
Teść zawinił?
W najnowszych wspomnieniach dziennikarz wrócił także do relacji z byłym teściem, który prowadził samochód w chwili tragicznego wypadku. Filip Chajzer przyznał, że między nimi nie doszło do rozmowy, która mogłaby pomóc mu zrozumieć wydarzenia z 2015 roku lub choć częściowo zamknąć ten bolesny temat.
Nigdy nikt nie podjął ze mną próby rozmowy. Nigdy nie usłyszałem jednego słowa, nigdy nie usłyszałem słowa przepraszam – wyznał.
W rozmowach o tragedii podkreślał, że każdy człowiek przeżywa żałobę inaczej. Jedni potrzebują mówić o zmarłej osobie, inni zamykają się w sobie i próbują funkcjonować mimo ogromnego bólu. Dziennikarz opowiadał również o fali hejtu, która spadła na niego po śmierci Maksa. W internecie pojawiały się brutalne komentarze, a nieznane osoby przesyłały mu zdjęcia miejsc związanych z wypadkiem. Dziennikarz wspominał, że takie zachowanie doprowadziło go do skrajnego załamania.
Ja wtedy w środku umarłem. To była taka śmierć za życia moja – mówił, opisując emocje, które towarzyszyły mu po atakach w sieci.
Mimo upływu lat Filip Chajzer nie ukrywa, że strata syna wciąż jest obecna w jego życiu. Wspominanie Maksa stało się dla niego także sposobem na zachowanie pamięci o chłopcu. Jak podkreślał, zależało mu na tym, aby historia jego dziecka nie została zapomniana, a jego imię nadal było obecne w świadomości ludzi.
POLECAMY: TYLKO U NAS: 20-letnia narzeczona Chajzera w „Królowej Przetrwania”? Padły zaskakujące słowa




news
Nie mogą znaleźć Michała Wójcika. Przez to procedura wymeldowania utknęła
Wokół Michała Wójcika narasta kolejny konflikt. Rodzice jego zmarłej partnerki chcą wymeldować kabareciarza z należącej do nich nieruchomości w Katowicach. Budynek planują wyburzyć, jednak procedura od miesięcy nie może się zakończyć. Problemem jest między innymi ustalenie aktualnego miejsca pobytu artysty.
Wokół Michała Wójcika narasta konflikt, który może mieć swój finał w sądzie. Rodzice jego zmarłej partnerki chcą wymeldować kabareciarza z domu w Katowicach, należącego do nich od lat. Jak twierdzą, budynek jest w złym stanie technicznym i planują go wyburzyć, jednak formalności związane z wymeldowaniem artysty ciągną się już od kilku miesięcy.
Dodatkowym problemem jest ustalenie, gdzie obecnie przebywa Michał Wójcik. Właściciele nieruchomości nie kryją frustracji, a urzędnicy wyjaśniają, że przed wydaniem decyzji muszą dokładnie sprawdzić, czy kabareciarz rzeczywiście i na stałe opuścił lokal.
Kim jest Michał Wójcik?
Michał Wójcik to jeden z najbardziej rozpoznawalnych polskich artystów kabaretowych. Od 2000 roku występuje w popularnym kabarecie Ani Mru-Mru, który współtworzy między innymi z Marcinem Wójcikiem i Waldemarem Wilkołkiem. Choć panowie noszą to samo nazwisko, nie są spokrewnieni. Artysta urodził się 22 listopada 1971 roku w Lublinie, a poza działalnością kabaretową pojawiał się również w produkcjach telewizyjnych, między innymi w improwizowanym serialu „Spadkobiercy”.
Prywatnie Michał Wójcik jest ojcem czworga dzieci. Ma córkę Julię oraz synów: Jakuba, Charliego i Michała Juniora. Pociechy pochodzą z różnych związków artysty. W 2022 roku artysta kabaretowy pojawił się z najstarszą córką w programie „Dzień Dobry TVN”, gdzie opowiadał o ich relacji, wspólnych zainteresowaniach i kontaktach w patchworkowej rodzinie.
Michał Wójcik od około trzech lat jest zameldowany w domu przy ulicy Średniej w Katowicach. Nieruchomość należy do Barbary i Janusza W., czyli rodziców jego zmarłej partnerki, Janiny W. Kobieta zmarła 6 marca 2023 roku po chorobie nowotworowej. Para doczekała się syna, który obecnie pozostaje pod opieką ojca i jego nowej partnerki. Jak twierdzą właściciele budynku, Michał Wójcik został zameldowany w ich nieruchomości około dwóch tygodni po śmierci Janiny. Według ich relacji chcieli w ten sposób pomóc mu w uporządkowaniu spraw finansowych i urzędowych.
Rodzice Janiny przekonują, że w tamtym czasie artysta miał problemy finansowe i potrzebował zameldowania w Katowicach, aby móc ustalić sposób spłaty zadłużenia wobec urzędu skarbowego. Początkowo ich relacje miały być dobre, jednak z czasem doszło między nimi do pogorszenia stosunków. Właściciele nieruchomości chcą obecnie zakończyć sprawę i odzyskać pełną swobodę w dysponowaniu budynkiem. Podkreślają, że dom jest w złym stanie technicznym i może stanowić zagrożenie dla osób przechodzących w jego pobliżu.
Nie wiadomo, gdzie obecnie mieszka kabareciarz
Barbara i Janusz W. planują wyburzenie budynku, a następnie inne zagospodarowanie należącej do nich działki. Twierdzą jednak, że obecność Michała Wójcika w ewidencji mieszkańców utrudnia realizację tych planów. Dodatkowo pod wskazanym adresem mają pojawiać się osoby podające się za wierzycieli artysty. Właściciele rozpoczęli procedurę wymeldowania, która w katowickim urzędzie trwa od lutego. Postępowanie przeciąga się, ponieważ urzędnicy mają trudności z ustaleniem, gdzie faktycznie przebywa Michał Wójcik.
Sprawdzane miały być między innymi adresy w Lublinie, gdzie kabareciarz był wcześniej zameldowany. Według relacji rodziców jego zmarłej partnerki artysty miał również wynajmować mieszkanie w Mysłowicach. Tamtejszy urząd miał wezwać go na spotkanie, jednak artysta nie pojawił się w wyznaczonym terminie.
W związku z tym katowicki urząd może zwrócić się do sądu o wyznaczenie przedstawiciela dla osoby nieobecnej. Taki przedstawiciel mógłby reprezentować Michała Wójcika w postępowaniu administracyjnym.
Sprawa znowu się przeciąga o kolejne miesiące – komentują Barbara i Janusz W.
Urzędnicy podkreślają, że samo złożenie wniosku nie oznacza automatycznego wymeldowania. Przed wydaniem decyzji trzeba ustalić, czy dana osoba rzeczywiście i trwale opuściła lokal. W tym celu urząd może analizować zeznania świadków, oświadczenia, wyjaśnienia oraz wyniki oględzin nieruchomości. Na razie decyzja o wymeldowaniu Michała Wójcika nie została wydana. „Fakt” zwrócił się do artysty o komentarz za pośrednictwem jego menedżera Zbigniewa Remleina. Prośba miała zostać przekazana kabareciarzowi, jednak do czasu publikacji materiału nie otrzymano odpowiedzi.
POLECAMY: Kultowe show wróci do Polsatu? Edward Miszczak zabrał głos





news
Jerzy Bralczyk znów mówi o „zdychaniu” zwierząt. Te słowa niegdyś wywołały burzę
Wystarczyło jedno słowo, by w 2024 roku rozpętała się ogólnopolska dyskusja. Teraz Jerzy Bralczyk po ponad dwóch latach ponownie wrócił do sprawy i wyjaśnił, dlaczego nadal nie uważa określenia „zdychać” za obraźliwe, gdy mowa o zwierzętach. Językoznawca wspomniał również o fali hejtu, z którą musiał się mierzyć. Dowiedz się więcej!
Wypowiedź prof. Jerzego Bralczyka z 2024 roku odbiła się szerokim echem. Językoznawca pojawił się wówczas w programie „100 pytań do”, gdzie został zapytany między innymi o sposób, w jaki współcześnie mówimy o zwierzętach. Jedno z jego stwierdzeń szczególnie mocno podzieliło opinię publiczną i szybko wywołało dyskusję w mediach społecznościowych.
Chodziło o słowa „umierać” i „zdychać” w odniesieniu do zwierząt. Jerzy Bralczyk przyznał wówczas, że nie jest zwolennikiem określania śmierci psa czy kota mianem „umierania”. Tłumaczył, że jako osoba przywiązana do tradycyjnych form językowych inaczej postrzega te określenia.
“Jestem starym człowiekiem i preferuję te tradycyjne formuły i sposób myślenia. Nawet mówienie, że choćby najulubieńszy pies umarł, będzie dla mnie obce. Nie, pies niestety zdechł” – przekonywał wówczas profesor.
Wypowiedź spotkała się z bardzo różnymi reakcjami. Część osób broniła językoznawcy, wskazując, że mówił o tradycyjnym użyciu języka, inni natomiast uznali, że słowo „zdechł” ma w przypadku ukochanego zwierzęcia zdecydowanie negatywny wydźwięk. Dyskusja szybko wyszła poza środowisko językoznawcze i stała się jednym z głośniejszych tematów w mediach.
POLECAMY: Kayah wystąpi wiosną w „Tańcu z Gwiazdami”? Padła jasna deklaracja
Jerzy Bralczyk wraca do afery związanej ze “zdychaniem zwierząt”. Zmienił zdanie?
Teraz, po ponad dwóch latach, Jerzy Bralczyk ponownie odniósł się do tej kwestii. W podcaście „W stylu Krychowiaka” w RMF FM językoznawca wyjaśnił, że jego stanowisko wcale się nie zmieniło. Nadal uważa, że słowo „zdychać” samo w sobie nie musi być pejoratywne, jeżeli odnosi się do zwierzęcia.
“Słowo „zdychać” nie jest dla mnie pejoratywne. W odniesieniu do człowieka tak, ale w odniesieniu do zwierzęcia nie. Miałem dwa koty ulubione, jeden był wręcz ukochany i on zdechł. Niestety. Przykro mi” – wyznał u Krychowiaka.
Tym samym Jerzy Bralczyk po raz kolejny jasno wyraził swoje stanowisko. Jego zdaniem używanie słowa „zdechł” w odniesieniu do zwierzęcia wynika z tradycyjnego sposobu posługiwania się językiem. Nie oznacza natomiast braku szacunku do zwierzęcia ani braku emocjonalnego przywiązania do niego.
Co ciekawe, profesor wspomniał również o tym, jak osobiście odebrał reakcje na jego wcześniejszą wypowiedź. Jerzy Bralczyk przyznał, że fala krytyki była dla niego przykra, szczególnie dlatego, że część opinii publicznej zaczęła postrzegać go jako osobę, która nie darzy zwierząt sympatią.
“Bardzo dużo hejtu dostałem. Przykro mi z tego powodu, bo wyszedłem na kogoś, kto nie lubi zwierząt. A cierpienia zwierząt są dla mnie jak cierpienia ludzi” – dodał.
To właśnie ten fragment rozmowy pokazuje, że dla Jerzego Bralczyka cała sprawa miała również bardzo osobisty wymiar. Językoznawca podkreślił, że jego wybór konkretnego słowa nie ma nic wspólnego z brakiem empatii wobec zwierząt. Wręcz przeciwnie, zaznaczył, że cierpienie zwierząt jest dla niego równie istotne jak cierpienie ludzi.
W tej samej rozmowie Jerzy Bralczyk został zapytany także o inne określenie, które we współczesnej polszczyźnie budzi kontrowersje. Tym razem chodziło o słowo „Murzyn”. Profesor przedstawił swoje stanowisko, wskazując, że z jego perspektywy słowo to nadal może pełnić funkcję opisową w języku.
“Potrzebne mi jest to słowo na określenie ludzi, którzy tak wyglądają, mają ciemną skórę” – zauważył profesor Bralczyk.
Wypowiedź ponownie może wywołać dyskusję, szczególnie że współczesna polszczyzna zmienia się wraz ze zmianami społecznymi i kulturowymi. Jerzy Bralczyk zaznaczył jednak, że w praktyce bierze pod uwagę również odczucia drugiej osoby. Jeżeli konkretne określenie kogoś rani lub sprawia mu przykrość, profesor deklaruje, że nie będzie go wobec takiej osoby używał.
“Przecież ja nie czuję żadnej wyższości nad ludźmi czarnymi. Absolutnie […] Wobec nich tak nie powiem, bo ja nie lubię sprawiać przykrości” – przekonywał.
Po latach temat „zdychania” zwierząt ponownie więc wrócił do przestrzeni publicznej. Jerzy Bralczyk nie wycofał się ze swojej wcześniejszej opinii, ale jednocześnie zdecydował się opowiedzieć o konsekwencjach, jakie spotkały go po tamtej wypowiedzi. Jak sam przyznał, szczególnie dotknęło go przedstawianie go jako osoby, która nie lubi zwierząt.
ZOBACZ RÓWNIEŻ: Martyna Wojciechowska ma powody do radości. Właśnie TO ogłoszono
Jakie Wy macie zdanie na ten temat? Dajcie znać w komentarzu pod artykułem!


-
news5 dni temuBudka Suflera ma nowego wokalistę. To on zastąpi Jacka Kawalca
-
news4 dni temu„M jak miłość” żegna kolejne gwiazdy. Znane nazwiska odchodzą z serialu
-
showbiz3 dni temuZrezygnował z „Tańca z Gwiazdami”. Teraz przerwał milczenie
-
news5 dni temuEdyta Bartosiewicz zachwycona uczestnikiem „The Voice of Poland” [WIDEO]
-
news2 dni temuKrzysztof Kwiatkowski długo ukrywał ukochaną. Jego partnerka to znana wokalistka
-
showbiz3 dni temuFilip Gurłacz PSIOCZY na „Taniec z Gwiazdami”. W tle Kaczorowska
-
showbiz2 dni temuKto odpadł z „Tańca z Gwiazdami”? Widzowie w szoku
-
news4 dni temuCzerwony dywan, multum gwiazd i wielkie emocje. Tak premierę „100 dni: Misja Zeus” świętowali w Energylandii

Dodaj komentarz