news
„Nie rozumiem kobiet, które wydają na torebkę kilkanaście tysięcy złotych” – wywiad z Anną Popek
Ambitna dziennikarka? Bez dwóch zdań! Jednak przede wszystkim jest to kobieta, dla której główne wartości to rodzina i niesienie pomocy innym ludziom. Nic więc dziwnego, że poznałam ją podczas charytatywnego balu „Gwiazdy dobroczynności”.
O zawodzie dziennikarza, używkach i marzeniach rozmawiałam z Anną Popek.
Jest Pani marzycielką?
Nie jestem marzycielką i często łapię się na tym, że innych uczę tego, aby marzyli i realizowali marzenia, choć sama tego nie robię (śmiech). Moje marzenia związane są z moimi sprawami prywatnymi, z rozwojem mojej osoby, czy też sferą uczuć. Ale nie dążę do tego za wszelką cenę. Mam w sobie jakieś zakamarki duszy, które są tylko dla mnie i w nich skrywam swoje marzenia, ale nie jest ich za dużo.
Marzyła Pani jako dziecko?
Tak! Prawdę mówiąc, jak byłam dzieckiem, marzyłam dokładnie o takim życiu jakie teraz prowadzę. Byłam miłośnikiem Juliusza Verne’a, literatury przygodowej oraz science-fiction i ciągle marzyłam o życiu pełnym przygód, dalekich wyprawach, ciekawych ludziach, jakiś tajemniczych wydarzeniach (śmiech). Jako dziecko miałam na tym punkcie świra. Po latach, jak zrobiłam podsumowanie, to stwierdziłam, że tak właśnie było w moim życiu. Nigdy nie było ono nudne, zawsze coś się działo. Udawało mi się spotykać wartościowych ludzi i robić z nimi wiele fajnych, ważnych rzeczy.
Nie marzyła Pani o tym, aby zostać dziennikarką?
Nie. Ja chciałam zostać fryzjerką albo sprzedawczynią (śmiech). Potem marzyłam o tym, żeby zostać archeologiem śródziemnomorskim, ale też nie do tego stopnia, żeby zdawać egzaminy na ten kierunek studiów, bo właśnie literatura historyczna jeszcze bardziej mnie interesowała. Wydaje mi się jednak, że ten zawód był mi pisany i że nawet, gdybym sama go nie wybrała, to i tak te dziennikarstwo by mnie dopadło. Jest coś niebywale ciekawego w tym zawodzie. Można poszukiwać ważne rzeczy w rzeczywistości i pokazywać je ludziom. To jest fajne.
Czyli Pani nigdy nie dążyła do tego, aby wykonywać ten zawód?
Raczej nie. Wiadomo, że trzeba było czasem stanąć do konkursu dziennikarskiego, ale nie było tak, że miałam mapę marzeń. Poza tym, nie miałam też nigdy marzeń materialnych, ważniejszy był dla mnie sposób przeżywania życia. Tak też mam do tej pory – nie marzę o samochodzie, torebce… Jak czytam, że kobiety są w stanie zapłacić czasem za torebkę kilkanaście tysięcy, to tego nie rozumiem… Takie cele są mi obce. Jasne, że potrzebuję dobrych rzeczy, żeby ładnie wyglądać, ale nie jest to priorytet. Marzę o tym, żeby moje dzieci i najbliżsi byli zdrowi i szczęśliwi. To są moje marzenia.
Jakie były Pani początki dziennikarskie? Pytam, ponieważ sama zaczynam i m.in. dzisiaj spotkałam się z nieprzyjemną sytuacją ze strony znanej dziennikarki, która brzydko mówiąc, wepchnęła się na moje miejsce, gdy czekałam na kogoś, aby przeprowadzić wywiad.
Ojej… Ludziom brak kultury, naprawdę. Ja miałam bardzo trudne początki. Jak sobie przypomnę jak mnie różne baby traktowały w telewizjach, to naprawdę zgroza! Do tej pory żałuję, że nie pokazałam pazura, nie tupnęłam nogą i nie byłam bardziej zdecydowana. Żałuję, że nie wymagałam uczciwego traktowania mnie, jako osoby. Wiadomo, że na początku trzeba swoją cenę zapłacić, że jest się przeganianym, ale nie wolno pozwolić na brak szacunku wobec siebie. To, co Panią dziś spotkało, to jest totalny brak szacunku i brak kultury. Przyjdzie jeszcze czas, że gwiazdy będą same ustawiały się do Pani w kolejce.
A propos gwiazd – jaka jest Pani definicja tego terminu?
Gwiazda, jest to osoba rozpoznawalna, która może zrobić więcej niż osoba nierozpoznawalna. W takim sensie dobrym. To jest ktoś, na kogo się czeka, kogo chce się dotknąć, zrobić zdjęcie, albo zrobić wiele, żeby taką osobę poznać np. płacąc za bilety na koncert/spotkanie. Gwiazda budzi większe emocje niż osoba zwykła… Tzn „zwykła”, uważam, że nie ma ludzi zwykłych, bo każdy ma w sobie jakąś niebanalną cechę, ale na pewno gwiazda budzi spore emocje. Zadaniem gwiazdy jest według mnie to, żeby przenieść to również na dobroczynność. Nie jesteśmy w pełni człowiekiem, jeśli nie pomagamy.

Uważa Pani siebie za gwiazdę?
Nie. Czasem się zdarzy, że ludzie na mnie czekają i mówią: „Pani Aniu, jak miło Panią tu gościć”. To jest bardzo przyjemne dla mnie, bo też z tego żyję, ale nie mam takiego poczucia, że jestem jakąś osobą zupełnie wyjątkową. Nikt się nie przyzna do tego, że czuje się gwiazdą. Bycie gwiazdą jest kwestią odbioru. Ja, jako Ania Popek, jestem taka sama jaka byłam 20 lat temu. Nic mnie nie zmieniło i nie zmieni mnie nigdy ani sława, ani pieniądze, ani brak sławy. Gwiazda rodzi się w tej przestrzeni między osobą, a odbiorcą – to tutaj rodzi się jakaś taka magia, która działa. Ja, jako ja, jestem taka sama. Gwiazdą się zostaje w tej przestrzeni publicznej, w której się znajduje.
Niektórzy mają tę świadomość, że są gwiazdami, że są sławne i to wykorzystują.
No tak. Zarabiają na swoich twarzach, biorą pieniądze za to, że się gdzieś pojawią.
Jak to jest z tym braniem pieniędzy?
Ja nie biorę, więc nie wiem. Nikt mi nigdy nie proponuje pieniędzy za przyjście. Czasem dostaje się przy wyjściu jakieś upominki od organizatorów. Z kolei jeśli chodzi o wyjścia na imprezy, jako do pracy, to traktuję to bardzo poważnie. Jeśli mam coś do poprowadzenia, jest konferencja, panel dyskusyjny – wtedy oczywiście biorę za to pieniądze, za to, że się pojawiam – nie. Jak kogoś lubię, mam czas i mogę pomóc, to mogę pojawić się nawet w Pcimiu Dolnym. Dla mnie branie pieniędzy za pojawianie się jest kompletnie nieprofesjonalne. Ale każdy ma inne podejście do swojego zawodu. Nie neguję tego. Są tacy którzy biorą, ktoś im też to proponuje i płaci za to. Taki już jest show biznes.
Pamięta Pani swój pierwszy raz na scenie?
Jasne, prowadziłam pokaz mody. Byłam taka zdenerwowana, ćwiczyłam to kilkadziesiąt razy. Organizator jak mnie zobaczył na miejscu zapytał: „A pani jest modelką” Na co mu odpowiedziałam, że nie, że ja to będę prowadzić (śmiech) Gdzie, ja modelką (śmiech) A on stwierdził, że tak wyglądam. Nie wiedziałam, czy to jest dla mnie komplement, czy obelga, bo nigdy nie traktowałam siebie jako osobę atrakcyjną, wyglądającą jak modelka. Dla mnie modelki były piękne. Ostatecznie poprowadziłam tę imprezę, chociaż stres był wielki. Później, z każdą kolejną imprezą był on troszkę mniejszy. Długo jednak trwało zanim nabrałam swobody na scenie.
Zdarzyło się czasem Pani niwelować ten stres poprzez wspomaganie się np. alkoholem, papierosami? W show biznesie łatwo dostępne są również narkotyki…
Mam taką zasadę, że nigdy nie piję alkoholu przed imprezą. Poza tym przez alkohol pogarsza się dykcja. Jeśli alkohol, to po imprezie, chociaż ostatnio bardzo rzadko korzystam z tej używki. Papierosy kiedyś paliłam, bo pomagały mi rzeczywiście troszkę zmniejszyć zdenerwowanie, ale teraz już nie palę, bo to bardzo niszczy cerę. Jeśli chodzi o narkotyki, to nigdy w życiu! Nie wiem nawet jakby mój organizm zareagował, nie wyobrażam sobie Domyślam się, że ludzie tak robią, ale ja bym nigdy tego nie zrobiła. Jest to dla mnie związane z odpowiedzialnością na scenie i przed ludźmi.
Co Pani myśli na temat osób, którym się to właśnie zdarza?
Jeżeli im to pomaga… Uważam jednak, że to droga ku zatraceniu, nigdy nie wiadomo kiedy się człowiek wyłoży. Jest to mało odpowiedzialne.

Jakie ma Pani plany zawodowe?
Nie mam żadnych konkretnych planów. Prowadzę obecnie cykl „Kobieta pożądana”, gdzie rozmawiam z kobietami o tym, czym jest dla nich kobiecość, jak być pożądaną, jak być atrakcyjną, co robić, a czego nie robić. Spotykam się z nimi w różnych miastach w Polsce. Współpracuję też z fundacją Sedeka, jestem w niej prezesem i moim zadaniem jest wymyślanie różnych eventów, czy programów, w których moglibyśmy pomagać ludziom i przekazywać różne inicjatywy. Musimy zebrać pieniądze, a potem działać – coś wybudować, coś pomóc, naprawić itd. Piszę również bloga, pracuję w radiu, mam swoją audycję na temat zdrowia w radiowej Jedynce.
Jak Pani to wszystko godzi?
Często budzę się rano zdenerwowana, czy zdążę ze wszystkim do wieczora i często mija dzień, a lista rzeczy do wykonania jest dłuższa niż była na początku (śmiech). To wymaga ciągłej dyscypliny, pisania na kartce. Zdarza się, że popłynę i nie daję rady, ale staram się.
W jakim celu prowadzi Pani bloga?
Bardzo lubię pisać i to jest dla mnie możliwość, żeby napisać jakiś artykuł, móc coś powiedzieć… Jest to dla mnie kolejny kanał komunikacji.
Jak powstał cykl „Kobieta pożądana”?
Współpracowałam kiedyś z taką firmą kosmetyczną, która chciała dotrzeć do kosmetyczek, żeby zwiększyć ich świadomość, sprawić, żeby mądrzej korzystały z różnych usług. Żeby nie dały się nabierać na marketingowe chwyty, a decydowały się kupować, to co im potrzebne. Zaproponowałam im taki cykl, spodobał się i w ten sposób powstała „Kobieta pożądana”.
news
BUTY ZA 12 TYSIĘCY?! Wojtek Gola i Sofi zdradzają sekrety luksusowego życia
Wojtek Gola i Sofi Sivokha opowiedzieli nam, ile wydawali na ubrania… Czy Gola pojawi się w “Tańcu z Gwiazdami”?
POLECAMY: Doda WBIJA SZPILĘ Lewandowskiej i Chodakowskiej. Ostro?
news
Mija rok od śmierci Joanny Kołaczkowskiej. Trudno powstrzymać łzy
Mija rok od śmierci Joanny Kołaczkowskiej, a emocje wśród jej bliskich wciąż są niezwykle silne. W rocznicę odejścia artystki Dariusz Kamys podzielił się wzruszającymi słowami i pokazał coś, czego przez wiele miesięcy nie był w stanie stworzyć. Dowiedz się więcej!
Joanna Kołaczkowska odeszła 17 lipca 2025 roku w wieku 59 lat po walce z chorobą nowotworową. Informacja o jej śmierci wstrząsnęła nie tylko fanami kabaretu, ale również całym środowiskiem artystycznym. Wieloletnia gwiazda Kabaretu Hrabi pozostawiła po sobie ogromną pustkę, której – jak podkreślają jej najbliżsi współpracownicy – nie da się wypełnić.
Od tamtego dnia minął już rok. Dla wielu osób czas nie zdołał jednak ukoić bólu po stracie jednej z najbardziej charyzmatycznych postaci polskiej sceny kabaretowej. W rocznicę śmierci artystki głos zabrał jej wieloletni przyjaciel i sceniczny partner – Dariusz Kamys.
Artysta opublikował w mediach społecznościowych niezwykle osobisty wpis. Już pierwsze słowa pokazują, jak wielką stratą było odejście Joanny Kołaczkowskiej i jak bardzo wciąż jest obecna w myślach osób, które przez lata dzieliły z nią scenę.
“Rok. 17 lipca 2025 roku, o godzinie 0:18 Aśko wyszłaś z tego świata i przeszłaś tam, gdzie dla nas wszystko pozostaje jeszcze tajemnicą “- napisał.
POLECAMY: Sebastian Fabijański zamiast Julii Wieniawy w „Tańcu z Gwiazdami”? Padła jasna deklaracja
Rok bez Joanny Kołaczkowskiej. Dariusz Kamys opublikował wpis, który chwyta za serce
W dalszej części wpisu Dariusz Kamys przyznał, że choć wszyscy starają się żyć dalej i nadal występują przed publicznością, tęsknota za Joanną Kołaczkowską pozostaje niezmienna.
“Mija rok. Wierzymy, że kiedyś się spotkamy. To przekonanie daje spokój. Ale są chwile, kiedy mimo tej wiary po prostu jest trudno. Bo tęsknota nie słucha rozumu ani kalendarza. Przez ten rok nauczyliśmy się wychodzić na scenę bez Ciebie. Gramy dalej, śmiejemy się dalej, ale każdy z nas wie, że jest na scenie miejsce, którego nikt nie zajmie” – kontynuował.
Do wpisu dołączył także wyjątkowy obraz przedstawiający Joannę Kołaczkowską. Jak wyznał, namalowanie portretu zajęło mu wiele miesięcy. Nie dlatego, że brakowało umiejętności, lecz dlatego, że przez długi czas nie potrafił zmierzyć się z emocjami po jej odejściu.
“Przez ostatnie pół roku próbowałem namalować Twój portret. Stawałem przed płótnem i odchodziłem. Nie byłem gotowy. Było za ciemno. Z tej ciemności udało mi się wydobyć tylko obraz mrocznego Jokera. Myślę, że właśnie tyle wtedy we mnie było. Dopiero teraz zrobiło się jaśniej. I mogłem Cię namalować” – czytamy.
Artysta zdradził również, że nie chciał stworzyć pomnikowego wizerunku swojej przyjaciółki. Zależało mu na uchwyceniu tej Joanny Kołaczkowskiej, którą najlepiej znali członkowie Kabaretu Hrabi – pełnej ironii, błyskotliwego humoru i charakterystycznych min poprzedzających kolejne żarty.
“Nie taką, jaką znali wszyscy. Nie pomnikową. Taką, jaką znaliśmy Cię my- hrAbi. Z tą charakterystyczną miną, która prawie zawsze poprzedzała jakiś żart. Najczęściej sarkastyczny. Patrzę na ten obraz i doskonale wiem, co za chwilę nastąpi. Po tylu wspólnych latach rozpoznawaliśmy tę minę natychmiast. Za moment miało paść jedno zdanie. Celne. Przewrotne. I za chwilę wszyscy mieliśmy się śmiać. Dlatego ten obraz nie jest dla mnie tylko portretem. Jest chwilą zatrzymaną tuż przed puentą” – napisał Kamys.
Słowa Dariusza Kamysa poruszyły internautów, którzy licznie wspominali Joannę Kołaczkowską w komentarzach. Wielu z nich przyznało, że mimo upływu czasu nadal trudno pogodzić się z jej odejściem i że jej występy na zawsze pozostaną symbolem wyjątkowego poczucia humoru oraz niezwykłego talentu.
Śmierć Joanny Kołaczkowskiej była jednym z najbardziej wstrząsających wydarzeń w polskim świecie kabaretu. Choć od tamtych dramatycznych chwil minął już rok, pamięć o artystce pozostaje żywa zarówno wśród jej najbliższych, jak i milionów widzów. Wzruszający wpis oraz portret przygotowany przez Dariusza Kamysa pokazują, że są osoby, których obecności nie da się zastąpić – nawet po upływie wielu miesięcy.
ZOBACZ RÓWNIEŻ: Pędził ponad 220 km/h. Sędzia dosadnie podsumował Łukasza Żaka
A Wy jak wspominacie Joannę Kołaczkowską? Dajcie znać w komentarzu!


Autor: Szymon Jedynak
news
Fabijański zamiast Wieniawy w „Tańcu z Gwiazdami”? Padła jasna deklaracja
Czy Sebastian Fabijański odnalazłby się w roli jurora jednego z najpopularniejszych programów rozrywkowych w Polsce? Aktor został zapytany o możliwość oceniania uczestników „Tańca z Gwiazdami” i nie owijał w bawełnę. Jego szczera odpowiedź pokazuje, że nie każdy marzy o miejscu za jurorskim stołem. Dowiedz się więcej, co powiedział!
Sebastian Fabijański od lat należy do grona najbardziej rozpoznawalnych aktorów młodego pokolenia. Widzowie doskonale znają go z takich produkcji jak „Pitbull. Niebezpieczne kobiety”, „Miasto 44”, „Legiony” czy „Grzechy sąsiadów”. Choć na ekranie odnosił liczne sukcesy, wielokrotnie podkreślał, że jego zawodowa droga nie zawsze była tak łatwa, jak mogło się wydawać.
Przez lata wokół aktora narosło wiele stereotypów. Część osób była przekonana, że udział w głośnych filmach i serialach automatycznie gwarantuje finansową stabilizację oraz spokojne życie. Sebastian Fabijański niejednokrotnie zaznaczał jednak, że rzeczywistość bywa znacznie bardziej skomplikowana, a za sukcesami często kryją się trudniejsze doświadczenia.
Ostatnie miesiące były dla aktora wyjątkowo intensywne. Wiosną pojawił się w finale „Tańca z Gwiazdami”, gdzie wystąpił w pokazowym tańcu z Julią Suryś. Niedługo później wystąpił również podczas 62. Krajowego Festiwalu Polskiej Piosenki w Opolu, gdzie wraz z Daryą zaprezentował utwór „Nieidealna”. Piosenka zdobyła drugie miejsce w głosowaniu widzów podczas koncertu „Premier”.
POLECAMY: Pędził ponad 220 km/h. Sędzia dosadnie podsumował Łukasza Żaka
Sebastian Fabijański jurorem w “Tańcu z Gwiazdami”?
Niedawno Sebastian Fabijański był także gościem na planie nowego programu Polsatu „Hitster. Muzyczna gra przebojów”. To właśnie tam reporter Plotka zapytał go o temat, który od kilku tygodni rozgrzewa fanów „Tańca z Gwiazdami” – czy widziałby siebie w roli jurora tanecznego show.
W momencie rozmowy produkcja nie ogłosiła jeszcze następcy Ewy Kasprzyk, dlatego pytanie wydawało się wyjątkowo aktualne. Dziś media donoszą już, że jej miejsce ma zająć Julia Wieniawa, jednak odpowiedź Sebastiana Fabijańskiego pozostaje niezwykle wymowna.
“Myślę, że chyba nie jestem na tyle bezczelny, żeby oceniać kolegów. Nie sądzę. To byłoby oczywiście bardzo miłe, gdybym taką propozycję dostał z jakiegokolwiek talent show, ale czułbym się z tym niedobrze. Nie wydaje mi się, że jestem w wieku, w którym jestem w jakikolwiek sposób predysponowany, żeby oceniać kolegów czy też ode mnie starszych ludzi” – powiedziała aktor.
Podczas rozmowy reporter wspomniał również o Julii Wieniawie, która przez ostatnie trzy sezony zasiadała w jury programu „Mam Talent!”. Aktor przyznał, że w jego przypadku ocenianie uczestników talent show wygląda zupełnie inaczej niż ocenianie znanych osób występujących w „Tańcu z Gwiazdami”.
“To są wybory jednostkowe. Ja osobiście nie czułbym się okej na fotelu jurorskim, oceniając kogoś, szczególnie w “Tańcu z gwiazdami”. W “Tańcu z gwiazdami’ jest wielu moich znajomych z tzw. szerokiego show-biznesu. Czułbym się jakoś nie do końca komfortowo. W przypadku “Mam talent!” jest zupełnie inaczej, ponieważ tam masz ludzi z zewnątrz. Nie znasz ich. Zupełnie co innego jesteś w stanie dać od siebie” – dodał Sebastian Fabijański.
Aktor podkreślił, że największym problemem byłaby dla niego konieczność oceniania osób, z którymi prywatnie utrzymuje dobre relacje. Jego zdaniem taka sytuacja mogłaby prowadzić do niepotrzebnych napięć i nieporozumień.
“W przypadku “Tańca z Gwiazdami” wydaje mi się, że nie chciałbym sobie kolekcjonować wrogów po prostu, musząc ich oceniać. Nie wydaje mi się, że mam w tym momencie mam legitymacje do tego, żeby to zrobić” – skomentował.
Słowa Sebastiana Fabijańskiego pokazują, że nie każda medialna propozycja jest dla niego atrakcyjna za wszelką cenę. Choć przyznaje, że możliwość zasiadania w jury byłaby wyróżnieniem, jednocześnie otwarcie mówi o swoich wątpliwościach i granicach, których nie chciałby przekraczać.
Na razie wszystko wskazuje na to, że aktor pozostanie po drugiej stronie sceny – jako artysta, a nie juror. Tymczasem fani „Tańca z Gwiazdami” czekają już na oficjalne potwierdzenie składu jury nowej edycji. Jeśli medialne doniesienia okażą się prawdziwe, miejsce Ewy Kasprzyk zajmie Julia Wieniawa, a Sebastian Fabijański najwyraźniej z ulgą pozostanie w roli obserwatora, a nie osoby wystawiającej oceny.
ZOBACZ RÓWNIEŻ: Polsat rozdziela Cichopek i Kurzajewskiego? Widzowie zobaczą nowe duety w “Halo tu Polsat”
Widzielibyście Sebastiana Fabijańskiego w roli jurora w jakimś programie typu talent-show? Dajcie znać w komentarzu!


Autor: Szymon Jedynak
Dodaj komentarz
news
Pędził ponad 220 km/h. Sędzia dosadnie podsumował Łukasza Żaka
Jedna z najgłośniejszych spraw drogowych ostatnich miesięcy doczekała się finału przed sądem pierwszej instancji. Zapadł wyrok wobec kierowcy, który z ogromną prędkością doprowadził do tragicznego wypadku na Trasie Łazienkowskiej. Słowa sędziego podczas uzasadnienia nie pozostawiły wątpliwości, jak ocenił zachowanie oskarżonego. Dowiedz się więcej!
Warszawski sąd ogłosił wyrok w sprawie tragicznego wypadku, do którego doszło na Trasie Łazienkowskiej. Na ławie oskarżonych zasiadł 28-letni Łukasz Żak, który odpowiadał za spowodowanie katastrofalnego w skutkach zdarzenia drogowego. Sprawa od samego początku budziła ogromne emocje ze względu na dramatyczny przebieg wypadku i jego konsekwencje.
Według ustaleń śledczych Łukasz Żak prowadził samochód marki Volkswagen Arteon, poruszając się z prędkością przekraczającą 220 kilometrów na godzinę. Dodatkowo znajdował się pod wpływem alkoholu. W pewnym momencie uderzył w samochód, którym podróżowała czteroosobowa rodzina.
Skutki zderzenia okazały się tragiczne. W wypadku zginął 37-letni mężczyzna, natomiast jego żona oraz dwoje dzieci odnieśli poważne obrażenia. Po zderzeniu sprawca nie udzielił pomocy poszkodowanym i uciekł z miejsca zdarzenia, co dodatkowo obciążyło jego sytuację procesową.
POLECAMY: Nowa jurorka „Tańca z Gwiazdami” ujawniona? To transfer roku
Sędzia nie gryzł się w język. Tak zwrócił się do Łukasza Żaka podczas wyroku
Podczas ogłaszania wyroku sędzia Maciej Mitera odniósł się nie tylko do samego przebiegu wypadku, ale również do wcześniejszego zachowania oskarżonego. W ustnym uzasadnieniu podkreślił, że oskarżony wielokrotnie wystawiał cierpliwość wymiaru sprawiedliwości na próbę.
“Uważam, że będzie to dla pana refleksja, wierzę w polski system penitencjarny. Wierzę, że tam pana nauczą. Przykro mi jest to mówić, ale pana tam powinni nauczyć zwykłej kindersztuby” – mówił sędzia.
Sędzia nie miał również wątpliwości, że wymierzona kara odpowiada wadze popełnionego czynu. W jego ocenie okoliczności sprawy nie pozostawiały miejsca na łagodniejszą ocenę zachowania kierowcy.
“Myślę, że wydałem tutaj orzeczenie sprawiedliwe” – podkreślił sędzia.
W uzasadnieniu wyroku sędzia Maciej Mitera zwrócił szczególną uwagę na prędkość, z jaką poruszał się samochód oskarżonego. Podkreślił, że przy ponad 220 kilometrach na godzinę kierowca praktycznie nie ma możliwości odpowiedniej reakcji na zagrożenie pojawiające się na drodze.
“Co trzeba mieć w głowie, żeby rozpędzić Arteona, to jest mały czołg, do prędkości ponad 200 kilometrów na godzinę?” – zapytał sędzia.
Po chwili sędzia dodał również krótkie, ale bardzo wymowne podsumowanie:
“Naprawdę nie ma szans reakcji” – wtrącił sędzia.
Choć wyrok został już ogłoszony, sprawa nie dobiegła jeszcze końca. Orzeczenie nie jest prawomocne, a pełnomocniczka Łukasza Żaka zapowiedziała złożenie apelacji. Oznacza to, że sprawą zajmie się jeszcze sąd wyższej instancji, który ponownie przeanalizuje zgromadzony materiał dowodowy.
Tragiczny wypadek na Trasie Łazienkowskiej stał się jedną z najgłośniejszych spraw dotyczących bezpieczeństwa na polskich drogach. Dramat rodziny, która w jednej chwili straciła bliską osobę, wywołał szeroką dyskusję na temat odpowiedzialności kierowców, nadmiernej prędkości oraz prowadzenia pojazdów pod wpływem alkoholu. Ostateczny finał tej sprawy poznamy dopiero po zakończeniu postępowania odwoławczego.
ZOBACZ RÓWNIEŻ: Polsat rozdziela Cichopek i Kurzajewskiego? Widzowie zobaczą nowe duety




Autor: Szymon Jedynak
Dodaj komentarz
-
news4 dni temuPola Wiśniewska przerwała milczenie. Tak reaguje na związek Michała z Mandaryną
-
news4 dni temuWiśniewski i Mandaryna przyłapani na POCAŁUNKU. Nowe zdjęcie obiegło media
-
news4 dni temuSyn Wiśniewskiego i Mandaryny spodziewał się powrotu rodziców? Właśnie zabrał głos
-
news5 dni temuMichał Wiśniewski POTWIERDZIŁ związek z Mandaryną. Wydał specjalne oświadczenie
-
news3 dni temuPolska podróżniczka ZJADŁA PSA w Indonezji. Joanna Opozda ją ZMIAŻDŻYŁA
-
showbiz4 dni temuZ kim Iza Kuna zatańczy w „Tańcu z Gwiazdami”? Właśnie WYPŁYNĘŁO nazwisko
-
news5 dni temuMagdalena Stużyńska schudła 10 kg. Nie uwierzycie, czego NIE robiła
-
news3 dni temuSZOK! Dominika Tajner wiedziała wcześniej o Wiśniewskim i Mandarynie?

Dodaj komentarz