news
Paulina Janczak dojrzała do ważnych decyzji: Aktorstwo jest …
Paulina Janczak dojrzała do ważnych słów: „Aktorstwo jest moim przeznaczeniem”.
Utalentowana i skromna. Mimo młodego wieku ma na swoim koncie role w prestiżowych musicalach: „Upiór w Operze”, „Nędznicy”, „Doktor Żywago”. Niedawno wkroczyła w świat seriali. Można ją oglądać w „Na Wspólnej”, „Barwach szczęścia” i „Za Marzenia”. W rozmowie z Martyną Rokitą opowiada o swoich pierwszych krokach na scenie, zainteresowaniach i zdradza, kto skradł jej serce…
Ze światem artystycznym zawodowo jesteś związana od ponad dziesięciu lat, jednak dopiero teraz zrobiło się o Tobie nieco głośniej w mediach. Jak Ci się podoba życie w świetle fleszy?
Traktuję to jako część swojej pracy. Dotąd pracowałam głównie w teatrze, więc nie miałam czasu ani potrzeby bywać tu, czy tam. Odkąd jednak zaczęto mnie angażować do seriali, uznałam, że warto, aby widzowie bliżej mnie poznali, dlatego chętnie się pokazuję w miejscach publicznych i udzielam wywiadów. To bardzo miła część mojej pracy.
Czym dla Ciebie jako aktorki teatralnej jest udział w serialach?
Seriale to dla mnie kolejne wyzwanie zawodowe i ciekawe doświadczenie. Cieszę się, że mogę rozwijać się również w tej dziedzinie aktorstwa i mam nadzieję, że na małym ekranie będzie mnie coraz więcej, ponieważ bardzo polubiłam pracę przed kamerą. Długo czekałam na odpowiedni moment, że by wyjść poza teatr. Jestem zadowolona, że poczyniłam kolejne kroki w swojej karierze.
Nie boisz się, że kiedyś świat filmu tak bardzo Cię wciągnie, że nie będziesz chciała już wrócić do teatru?
Teatr jest moją pasją od najmłodszych lat. Tu panuje zupełnie inna atmosfera, inaczej się pracuje niż przed kamerą. W teatrze muszę być perfekcyjna, bo wiem, że nie będzie dubla i mimo że wychodzę na scenę po raz setny, żeby zagrać dane przedstawienie, za każdym razem przeżywam wszystko tak, jakbym była postacią, którą gram. To jest magia. Praca na emocjach jest piękna i niezwykle rozwijająca.
Czyli nie masz ochoty porzucić teatru?
Absolutnie nie. Teatr jest dla mnie jak drugi dom, a serial, czy film się kończy, a potem jest pustka i nie wiadomo, czy będą kolejne propozycje, a do teatru wracam jak do siebie. Wywodzę się z musicalu, gdzie zbudowanie spektaklu muzycznego jest naprawdę superprodukcją z użyciem najnowszych technologicznych nowinek. Spektakl musicalowy dziś wygląda trochę jak film grany na żywo.
Fani często czekają aż po zagranym spektaklu wyjdziesz do publiczności, czy jednak artyści musicalowi nie budzą takich emocji jak gwiazdy filmu czy estrady?
Ludzie czekają, to nie zmienia się od lat. Naprawdę miło jest słyszeć, że jesteśmy w stanie kogoś wzruszyć, że ktoś zrozumiał i przemyślał, to, co zobaczył na scenie. Nie ma nic piękniejszego dla aktora niż słowo „dziękuję” usłyszane od widza po zagranym spektaklu. Czasem przychodzą ludzie ze łzami w oczach. Dzięki takim momentom wiem, że to, co robię ma sens.
Debiutowałaś na scenie w 2008 roku jeszcze jako nastolatka. Jesteś najmłodszą na świecie odtwórczynią roli Christine w „Upiorze w Operze”. Jak to się stało, że dołączyłaś do obsady tego wspaniałego spektaklu?
Na pierwszy etap castingu przyszłam w wieku 16 lat, ze złamaną nogą. Wiedziałam, że jest źle, ale nie chciałam pokazać się w gipsie, więc nie poszłam do lekarza. Na scenę weszłam kuśtykając. Drugi reżyser trochę się ze mnie podśmiewał, ale potem zmienił zdanie. Poszłam na żywioł i dałam z siebie wszystko. Zaśpiewałam główny duet z Damianem Aleksandrem, z którym później przyszło mi się jeszcze wiele razy spotykać na scenie. Mało tego nawet próbowałam tańczyć, aż do pierwszego „ała”.
Przyznałaś się, że masz kontuzję?
Nie miałam wyjścia. Wszystko było zresztą widoczne gołym okiem. Złamana noga była zielono-fioletowa i jeszcze raz tak gruba jak ta zdrowa. Na szczęście nie zostałam skreślona. Po tygodniu dostałam telefon ze wskazówkami dalszych postępowań.
Jakie postawiono wobec Ciebie wymagania?
Po pierwsze kazali mi wyleczyć nogę. Nie byłam też tak szczupła jak teraz, więc delikatnie zasugerowali, że powinnam zrzucić kilka kilogramów. Dostałam też materiał, na którego opanowanie miałam dwa miesiące, a potem były kolejne etapy, aż przyszedł czas ciężkich prób. Ćwiczyłam więc taniec, śpiew i grę aktorską. Jak dziś patrzę na to wszystko z perspektywy czasu, to zastanawiam się jak tego wszystkiego dokonałam.
Podobno chciałaś mieć jakąś inną alternatywę dla aktorstwa, które w gruncie rzeczy okazało się Twoim przeznaczeniem. W jakich dziedzinach życia jeszcze się widziałaś?
Rzeczywiście aktorstwo jest moim przeznaczeniem. Musiałam się jednak o tym przekonać, próbując swoich sił na innych płaszczyznach. Miałam w planach studia chemiczne oraz filologię angielską. W rezultacie w Warszawie rozpoczęłam studia wokalne, ale po pół roku je przerwałam, bo zapragnęłam być dziennikarką. Na dziennikarstwie byłam siedem miesięcy i rzuciłam je dla pedagogiki, która również okazała się nie dla mnie (uśmiech). W końcu doszłam do wniosku, że nie ucieknę od tego, co robię i skończyłam wydział wokalno-aktorski w Łodzi. Cieszę się, że spróbowałam innych rzeczy, żeby jeszcze bardziej upewnić się w tym, czego naprawdę pragnę i do czego jestem stworzona.
Teraz w Twojej karierze przyszedł czas na seriale. Grasz w trzech hitach telewizyjnych: „Barwy szczęścia”, „Za marzenia” i „Na Wspólnej”. Jak łączysz pracę na planach z wyjazdami musicalami, które grasz w całej Polsce?
Wbrew pozorom to nie takie trudne. Dzięki temu, że spektakle są kontraktowane z dużym, nawet półrocznym wyprzedzeniem, mogę podać produkcji serialowej zajęte daty, by nie planowali mi dni zdjęciowych na ten czas. W międzyczasie gram również koncerty.
Masz poza pracą jakieś życie prywatne?
Oczywiście. W wolnym czasie chętnie spotykam się z przyjaciółmi, a każdą wolną chwilę staram się spędzać z moim chłopakiem. Wspólnie wychowujemy naszego ukochanego mopsa Stefanka. Uwielbiam zwierzęta, a w mopsach, po prostu jestem zakochana (uśmiech). Jeśli nie gram następnego dnia, to po zejściu ze sceny wsiadam w samochód i pędzę do moich „chłopaków”.
Patrząc na Twój Facebook oraz Instagram odnoszę wrażenie, że główną rolę w Twoim życiu gra właśnie Stefanek.
Stefanek jest tak brzydki, że aż piękny (śmiech). Uwielbiam na niego patrzeć, chodzić z nim na spacery i bawić się, chociaż przyznam, że ostatnio trochę go zaniedbuję. Mało tego chyba się na mnie obraził, za to, że ciągle nie ma mnie w domu, bo przestał mnie słuchać.
Marzysz o jakiejś szczególnej roli?
Lubię role, do których trzeba przygotować się emocjonalnie. Fascynują mnie postaci najbardziej odległe ode mnie i moich cech charakteru.
Co sprawia Ci przyjemność w życiu?
Jestem zadowolona, kiedy wiem, że moi najbliżsi są szczęśliwi. Poza tym potrafię cieszyć się nawet z małych rzeczy i błahych spraw. Uwielbiam jeździć samochodem, chodzić na spacery, podróżować. Ostatnio wybraliśmy się z moim chłopakiem oraz Stefankiem na łąkę i jak małe dziecko cieszyłam się ze znalezionej czterolistnej koniczynki. Jako dziecko nie znalazłam żadnej, a na majówkowym wypadzie za miasto aż cztery. Dostrzegam piękno w małych rzeczach i staram się nie dać zwariować.
Rozmawiała Martyna Rokita.

źródło / fot. – informacja prasowa.
Bądź na bieżąco z informacjami o gwiazdach – polub nas na Facebooku!
news
„Po prostu Damian” stworzył nowy gatunek: CYBER-POP? Prosto z premiery „100 dni: Misja Zeus”
„Po prostu Damian” stworzył nowy gatunek: CYBER-POP? Prosto z premiery „100 dni: Misja Zeus”
POLECAMY: Kayah wystąpi wiosną w „Tańcu z Gwiazdami”? Padła jasna deklaracja
news
Filip Chajzer po latach wrócił do tragedii. „Nigdy nie usłyszałem słowa przepraszam”
Śmierć 9-letniego Maksa w 2015 roku na zawsze zmieniła życie Filipa Chajzera. Dziennikarz przez lata unikał szczegółowego opowiadania o tragedii, jednak w podcaście Cypriana Majchera wrócił do bolesnych wspomnień. Opowiedział o żałobie, emocjach, które wciąż mu towarzyszą, oraz relacji z byłym teściem, który prowadził samochód w chwili wypadku.
Filip Chajzer przez lata bardzo oszczędnie mówił o śmierci swojego 9-letniego syna Maksa. Chłopiec zginął w 2015 roku w tragicznym wypadku samochodowym, do którego doszło podczas podróży z dziadkiem, byłym teściem dziennikarza. Ta tragedia na zawsze odcisnęła piętno na życiu prezentera, który wielokrotnie podkreślał, że po takiej stracie nic już nie może wyglądać jak wcześniej.
W rozmowie z Cyprianem Majcherem, Filip Chajzer zdecydował się wrócić do tamtych wydarzeń i opowiedzieć o bólu, z którym mierzy się do dziś. Szczególnie poruszająco zabrzmiały jego słowa dotyczące żałoby oraz relacji z byłym teściem. Dziennikarz przyznał, że nigdy nie usłyszał od niego przeprosin ani nawet próby rozmowy o wypadku.
POLECAMY: Filip Chajzer BRONI prezydenta NAWROCKIEGO! Co sądzi o słowach Wojewódzkiego?
Tragedia, po której nic nie było już takie samo
Śmierć 9-letniego Maksa w lipcu 2015 roku była dla Filipa Chajzera tragedią, która na zawsze zmieniła jego życie. Chłopiec zginął w wypadku samochodowym, gdy podróżował z dziadkiem, ojcem swojej mamy. Samochód zjechał z drogi i uderzył w naczepę ciężarówki stojącej na poboczu. Dziecko zginęło na miejscu, a dziennikarz, który w tym czasie przebywał w Stanach Zjednoczonych, natychmiast wrócił do Polski. Filip Chajzer przez długi czas nie potrafił mówić o śmierci syna. Wspomnienia związane z Maksem były zbyt bolesne, a żałoba całkowicie rozbiła jego dotychczasowe życie. Dziennikarz przyznawał, że po tej tragedii zmagał się z depresją i przez wiele lat próbował znaleźć sposób na poradzenie sobie z cierpieniem.
Życie po takiej stracie nigdy nie będzie już normalne – mówił Filip Chajzer, podkreślając, że śmierci dziecka nie da się racjonalnie wyjaśnić ani przepracować w taki sposób, aby ból po prostu zniknął.
W innym wywiadzie opowiadał, że Maks śnił mu się niemal każdej nocy. Po przebudzeniu zapisywał rozmowy ze swoim synem, aby zachować choć namiastkę kontaktu z nim.
Maks śnił mi się niemal każdej nocy. Budziłem się i zapisywałem nasze rozmowy – wspominał. Jak tłumaczył, początkowo wstydził się prosić o pomoc psychologa.
Uważał, że powinien sam poradzić sobie z emocjami, choć jego stan psychiczny był bardzo trudny.
Byłem w fatalnym stanie, ale wtedy jeszcze nie chciałem pomocy psychologa. Wstydziłem się, że jestem taki słaby. Próbowałem poszukiwać odpowiedzi na własną rękę. Śmierci dziecka nie da się racjonalnie wytłumaczyć. W ogóle nie da się wytłumaczyć… – mówił w rozmowie cytowanej przez media.
Z czasem Filip Chajzer zdecydował się na terapię. Przyznawał, że korzystał z pomocy wielu specjalistów, jednak nawet intensywna praca nad sobą nie sprawiła, że wspomnienia o synu przestały boleć. W jego przypadku żałoba nie była zamkniętym rozdziałem, lecz doświadczeniem, które powracało w najmniej oczekiwanych momentach.
POLECAMY: Filip Chajzer żali się u Wojewódzkiego: „Tęsknię za tym”. Przykre?
Teść zawinił?
W najnowszych wspomnieniach dziennikarz wrócił także do relacji z byłym teściem, który prowadził samochód w chwili tragicznego wypadku. Filip Chajzer przyznał, że między nimi nie doszło do rozmowy, która mogłaby pomóc mu zrozumieć wydarzenia z 2015 roku lub choć częściowo zamknąć ten bolesny temat.
Nigdy nikt nie podjął ze mną próby rozmowy. Nigdy nie usłyszałem jednego słowa, nigdy nie usłyszałem słowa przepraszam – wyznał.
W rozmowach o tragedii podkreślał, że każdy człowiek przeżywa żałobę inaczej. Jedni potrzebują mówić o zmarłej osobie, inni zamykają się w sobie i próbują funkcjonować mimo ogromnego bólu. Dziennikarz opowiadał również o fali hejtu, która spadła na niego po śmierci Maksa. W internecie pojawiały się brutalne komentarze, a nieznane osoby przesyłały mu zdjęcia miejsc związanych z wypadkiem. Dziennikarz wspominał, że takie zachowanie doprowadziło go do skrajnego załamania.
Ja wtedy w środku umarłem. To była taka śmierć za życia moja – mówił, opisując emocje, które towarzyszyły mu po atakach w sieci.
Mimo upływu lat Filip Chajzer nie ukrywa, że strata syna wciąż jest obecna w jego życiu. Wspominanie Maksa stało się dla niego także sposobem na zachowanie pamięci o chłopcu. Jak podkreślał, zależało mu na tym, aby historia jego dziecka nie została zapomniana, a jego imię nadal było obecne w świadomości ludzi.
POLECAMY: TYLKO U NAS: 20-letnia narzeczona Chajzera w „Królowej Przetrwania”? Padły zaskakujące słowa




news
Nie mogą znaleźć Michała Wójcika. Przez to procedura wymeldowania utknęła
Wokół Michała Wójcika narasta kolejny konflikt. Rodzice jego zmarłej partnerki chcą wymeldować kabareciarza z należącej do nich nieruchomości w Katowicach. Budynek planują wyburzyć, jednak procedura od miesięcy nie może się zakończyć. Problemem jest między innymi ustalenie aktualnego miejsca pobytu artysty.
Wokół Michała Wójcika narasta konflikt, który może mieć swój finał w sądzie. Rodzice jego zmarłej partnerki chcą wymeldować kabareciarza z domu w Katowicach, należącego do nich od lat. Jak twierdzą, budynek jest w złym stanie technicznym i planują go wyburzyć, jednak formalności związane z wymeldowaniem artysty ciągną się już od kilku miesięcy.
Dodatkowym problemem jest ustalenie, gdzie obecnie przebywa Michał Wójcik. Właściciele nieruchomości nie kryją frustracji, a urzędnicy wyjaśniają, że przed wydaniem decyzji muszą dokładnie sprawdzić, czy kabareciarz rzeczywiście i na stałe opuścił lokal.
Kim jest Michał Wójcik?
Michał Wójcik to jeden z najbardziej rozpoznawalnych polskich artystów kabaretowych. Od 2000 roku występuje w popularnym kabarecie Ani Mru-Mru, który współtworzy między innymi z Marcinem Wójcikiem i Waldemarem Wilkołkiem. Choć panowie noszą to samo nazwisko, nie są spokrewnieni. Artysta urodził się 22 listopada 1971 roku w Lublinie, a poza działalnością kabaretową pojawiał się również w produkcjach telewizyjnych, między innymi w improwizowanym serialu „Spadkobiercy”.
Prywatnie Michał Wójcik jest ojcem czworga dzieci. Ma córkę Julię oraz synów: Jakuba, Charliego i Michała Juniora. Pociechy pochodzą z różnych związków artysty. W 2022 roku artysta kabaretowy pojawił się z najstarszą córką w programie „Dzień Dobry TVN”, gdzie opowiadał o ich relacji, wspólnych zainteresowaniach i kontaktach w patchworkowej rodzinie.
Michał Wójcik od około trzech lat jest zameldowany w domu przy ulicy Średniej w Katowicach. Nieruchomość należy do Barbary i Janusza W., czyli rodziców jego zmarłej partnerki, Janiny W. Kobieta zmarła 6 marca 2023 roku po chorobie nowotworowej. Para doczekała się syna, który obecnie pozostaje pod opieką ojca i jego nowej partnerki. Jak twierdzą właściciele budynku, Michał Wójcik został zameldowany w ich nieruchomości około dwóch tygodni po śmierci Janiny. Według ich relacji chcieli w ten sposób pomóc mu w uporządkowaniu spraw finansowych i urzędowych.
Rodzice Janiny przekonują, że w tamtym czasie artysta miał problemy finansowe i potrzebował zameldowania w Katowicach, aby móc ustalić sposób spłaty zadłużenia wobec urzędu skarbowego. Początkowo ich relacje miały być dobre, jednak z czasem doszło między nimi do pogorszenia stosunków. Właściciele nieruchomości chcą obecnie zakończyć sprawę i odzyskać pełną swobodę w dysponowaniu budynkiem. Podkreślają, że dom jest w złym stanie technicznym i może stanowić zagrożenie dla osób przechodzących w jego pobliżu.
Nie wiadomo, gdzie obecnie mieszka kabareciarz
Barbara i Janusz W. planują wyburzenie budynku, a następnie inne zagospodarowanie należącej do nich działki. Twierdzą jednak, że obecność Michała Wójcika w ewidencji mieszkańców utrudnia realizację tych planów. Dodatkowo pod wskazanym adresem mają pojawiać się osoby podające się za wierzycieli artysty. Właściciele rozpoczęli procedurę wymeldowania, która w katowickim urzędzie trwa od lutego. Postępowanie przeciąga się, ponieważ urzędnicy mają trudności z ustaleniem, gdzie faktycznie przebywa Michał Wójcik.
Sprawdzane miały być między innymi adresy w Lublinie, gdzie kabareciarz był wcześniej zameldowany. Według relacji rodziców jego zmarłej partnerki artysty miał również wynajmować mieszkanie w Mysłowicach. Tamtejszy urząd miał wezwać go na spotkanie, jednak artysta nie pojawił się w wyznaczonym terminie.
W związku z tym katowicki urząd może zwrócić się do sądu o wyznaczenie przedstawiciela dla osoby nieobecnej. Taki przedstawiciel mógłby reprezentować Michała Wójcika w postępowaniu administracyjnym.
Sprawa znowu się przeciąga o kolejne miesiące – komentują Barbara i Janusz W.
Urzędnicy podkreślają, że samo złożenie wniosku nie oznacza automatycznego wymeldowania. Przed wydaniem decyzji trzeba ustalić, czy dana osoba rzeczywiście i trwale opuściła lokal. W tym celu urząd może analizować zeznania świadków, oświadczenia, wyjaśnienia oraz wyniki oględzin nieruchomości. Na razie decyzja o wymeldowaniu Michała Wójcika nie została wydana. „Fakt” zwrócił się do artysty o komentarz za pośrednictwem jego menedżera Zbigniewa Remleina. Prośba miała zostać przekazana kabareciarzowi, jednak do czasu publikacji materiału nie otrzymano odpowiedzi.
POLECAMY: Kultowe show wróci do Polsatu? Edward Miszczak zabrał głos





news
Jerzy Bralczyk znów mówi o „zdychaniu” zwierząt. Te słowa niegdyś wywołały burzę
Wystarczyło jedno słowo, by w 2024 roku rozpętała się ogólnopolska dyskusja. Teraz Jerzy Bralczyk po ponad dwóch latach ponownie wrócił do sprawy i wyjaśnił, dlaczego nadal nie uważa określenia „zdychać” za obraźliwe, gdy mowa o zwierzętach. Językoznawca wspomniał również o fali hejtu, z którą musiał się mierzyć. Dowiedz się więcej!
Wypowiedź prof. Jerzego Bralczyka z 2024 roku odbiła się szerokim echem. Językoznawca pojawił się wówczas w programie „100 pytań do”, gdzie został zapytany między innymi o sposób, w jaki współcześnie mówimy o zwierzętach. Jedno z jego stwierdzeń szczególnie mocno podzieliło opinię publiczną i szybko wywołało dyskusję w mediach społecznościowych.
Chodziło o słowa „umierać” i „zdychać” w odniesieniu do zwierząt. Jerzy Bralczyk przyznał wówczas, że nie jest zwolennikiem określania śmierci psa czy kota mianem „umierania”. Tłumaczył, że jako osoba przywiązana do tradycyjnych form językowych inaczej postrzega te określenia.
“Jestem starym człowiekiem i preferuję te tradycyjne formuły i sposób myślenia. Nawet mówienie, że choćby najulubieńszy pies umarł, będzie dla mnie obce. Nie, pies niestety zdechł” – przekonywał wówczas profesor.
Wypowiedź spotkała się z bardzo różnymi reakcjami. Część osób broniła językoznawcy, wskazując, że mówił o tradycyjnym użyciu języka, inni natomiast uznali, że słowo „zdechł” ma w przypadku ukochanego zwierzęcia zdecydowanie negatywny wydźwięk. Dyskusja szybko wyszła poza środowisko językoznawcze i stała się jednym z głośniejszych tematów w mediach.
POLECAMY: Kayah wystąpi wiosną w „Tańcu z Gwiazdami”? Padła jasna deklaracja
Jerzy Bralczyk wraca do afery związanej ze “zdychaniem zwierząt”. Zmienił zdanie?
Teraz, po ponad dwóch latach, Jerzy Bralczyk ponownie odniósł się do tej kwestii. W podcaście „W stylu Krychowiaka” w RMF FM językoznawca wyjaśnił, że jego stanowisko wcale się nie zmieniło. Nadal uważa, że słowo „zdychać” samo w sobie nie musi być pejoratywne, jeżeli odnosi się do zwierzęcia.
“Słowo „zdychać” nie jest dla mnie pejoratywne. W odniesieniu do człowieka tak, ale w odniesieniu do zwierzęcia nie. Miałem dwa koty ulubione, jeden był wręcz ukochany i on zdechł. Niestety. Przykro mi” – wyznał u Krychowiaka.
Tym samym Jerzy Bralczyk po raz kolejny jasno wyraził swoje stanowisko. Jego zdaniem używanie słowa „zdechł” w odniesieniu do zwierzęcia wynika z tradycyjnego sposobu posługiwania się językiem. Nie oznacza natomiast braku szacunku do zwierzęcia ani braku emocjonalnego przywiązania do niego.
Co ciekawe, profesor wspomniał również o tym, jak osobiście odebrał reakcje na jego wcześniejszą wypowiedź. Jerzy Bralczyk przyznał, że fala krytyki była dla niego przykra, szczególnie dlatego, że część opinii publicznej zaczęła postrzegać go jako osobę, która nie darzy zwierząt sympatią.
“Bardzo dużo hejtu dostałem. Przykro mi z tego powodu, bo wyszedłem na kogoś, kto nie lubi zwierząt. A cierpienia zwierząt są dla mnie jak cierpienia ludzi” – dodał.
To właśnie ten fragment rozmowy pokazuje, że dla Jerzego Bralczyka cała sprawa miała również bardzo osobisty wymiar. Językoznawca podkreślił, że jego wybór konkretnego słowa nie ma nic wspólnego z brakiem empatii wobec zwierząt. Wręcz przeciwnie, zaznaczył, że cierpienie zwierząt jest dla niego równie istotne jak cierpienie ludzi.
W tej samej rozmowie Jerzy Bralczyk został zapytany także o inne określenie, które we współczesnej polszczyźnie budzi kontrowersje. Tym razem chodziło o słowo „Murzyn”. Profesor przedstawił swoje stanowisko, wskazując, że z jego perspektywy słowo to nadal może pełnić funkcję opisową w języku.
“Potrzebne mi jest to słowo na określenie ludzi, którzy tak wyglądają, mają ciemną skórę” – zauważył profesor Bralczyk.
Wypowiedź ponownie może wywołać dyskusję, szczególnie że współczesna polszczyzna zmienia się wraz ze zmianami społecznymi i kulturowymi. Jerzy Bralczyk zaznaczył jednak, że w praktyce bierze pod uwagę również odczucia drugiej osoby. Jeżeli konkretne określenie kogoś rani lub sprawia mu przykrość, profesor deklaruje, że nie będzie go wobec takiej osoby używał.
“Przecież ja nie czuję żadnej wyższości nad ludźmi czarnymi. Absolutnie […] Wobec nich tak nie powiem, bo ja nie lubię sprawiać przykrości” – przekonywał.
Po latach temat „zdychania” zwierząt ponownie więc wrócił do przestrzeni publicznej. Jerzy Bralczyk nie wycofał się ze swojej wcześniejszej opinii, ale jednocześnie zdecydował się opowiedzieć o konsekwencjach, jakie spotkały go po tamtej wypowiedzi. Jak sam przyznał, szczególnie dotknęło go przedstawianie go jako osoby, która nie lubi zwierząt.
ZOBACZ RÓWNIEŻ: Martyna Wojciechowska ma powody do radości. Właśnie TO ogłoszono
Jakie Wy macie zdanie na ten temat? Dajcie znać w komentarzu pod artykułem!


-
news4 dni temuBudka Suflera ma nowego wokalistę. To on zastąpi Jacka Kawalca
-
news4 dni temu„M jak miłość” żegna kolejne gwiazdy. Znane nazwiska odchodzą z serialu
-
showbiz3 dni temuZrezygnował z „Tańca z Gwiazdami”. Teraz przerwał milczenie
-
news5 dni temuEdyta Bartosiewicz zachwycona uczestnikiem „The Voice of Poland” [WIDEO]
-
showbiz3 dni temuFilip Gurłacz PSIOCZY na „Taniec z Gwiazdami”. W tle Kaczorowska
-
news2 dni temuKrzysztof Kwiatkowski długo ukrywał ukochaną. Jego partnerka to znana wokalistka
-
news4 dni temuCzerwony dywan, multum gwiazd i wielkie emocje. Tak premierę „100 dni: Misja Zeus” świętowali w Energylandii
-
showbiz4 dni temuWielkie zmiany tuż przed 2. odcinkiem „Tańca z Gwiazdami”. Tego jeszcze nie było

Dodaj komentarz