Śledź nas

news

„Po czterdziestce zaczyna się wolność”. Katarzyna Jungowska o wierze, relacjach i sztuce, która ma znaczenie

Opublikowano

w dniu

Zbliża się do pięćdziesiątki i mówi wprost, że to najlepszy czas w jej życiu. Artystka, córka Grażyny Szapołowskiej, opowiada o duchowym przebudzeniu po śmierci ojca, walce z lękami i alkoholem oraz o śnie, który wszystko zmienił. W rozmowie nie unika trudnych tematów, od skomplikowanej relacji z mamą, przez kryzys wiary, po własną drogę do samoakceptacji. Dziś chce tworzyć sztukę z przesłaniem i jak sama mówi – już nigdy nie zwątpić w swoją misję.

Kobietom wieku się nie wypomina, ale 29 czerwca kończysz 48 lat. Niedawno wspomniałaś, że nie ukrywasz, iż zbliżasz się do pięćdziesiątki. Czyżbyś zaczęła już czynić jakieś prywatne i zawodowe podsumowania?

Do pięćdziesiątki jeszcze trochę mi brakuje, choć rzeczywiście zbliżam się do niej dużymi krokami. I powiem szczerze, że bardzo się z tego cieszę. To piękny etap. Po czterdziestce przychodzi inny rodzaj wolności. Człowiek przestaje żyć pod dyktando cudzych opinii, przestaje obsesyjnie analizować, kto co powiedział czy napisał. Zaczyna słuchać siebie i żyć przede wszystkim w zgodzie ze sobą.

Jesteś dojrzałą kobietą z ogromnym doświadczeniem artystycznym. Jak przez lata zmieniała się twoja twórczość, sposób myślenia o filmie, teatrze, bohaterach?

Na początku skupiałam się przede wszystkim na rzemiośle. Interesowały mnie techniczne aspekty filmu, konstrukcja scen, tempo, akcja, dowcip. Chciałam, żeby było dynamicznie, atrakcyjnie, sprawnie. Z czasem jednak zaczęłam coraz mocniej wchodzić w głąb człowieka, w metafizykę, w duchowość, w pytania o sens istnienia. Dziś interesuje mnie to, co niewidzialne. To, co dzieje się pod powierzchnią słów i obrazów. Więc łączę technikę, tak jak w serialu Dzielnica Strachu, gdzie reżyserowałam pościgi, gwałty, strzelaniny… z duchowością tak jak zrobiłam to w sztuce teatralnej o Wisławie Szymborskiej.

Tak, Widać to w sztuce teatralnej o Wisławie Szymborskiej, zatytułowanej „Wisławie – Grażyna”, którą wyreżyserowałaś.

Tak, tekst o Wisławie Szymborskiej powstał w niezwykłych okolicznościach. Pisałam go w ogromnym natchnieniu, właściwie bez przerwy przez trzy dni. Nie miałam pewności, dokąd mnie to zaprowadzi. Ostatecznie wyszła z tego sztuka bardzo metafizyczna, taka, w której Wisława przemawia do widza z perspektywy z innego wymiaru. Jakby chciała coś jeszcze dopowiedzieć, może się pożegnać, może wyjaśnić swoje wybory. Mam wrażenie, że sama Wisława pomogła mi to napisać. Szukamy sceny na stałe w Warszawie. Nawet miałam pomysł, żeby Szapołowska wróciła na deski Teatru Narodowego, na małą scenę chociażby, ale nie mają przestrzeni na spektakl o naszej Noblistce.   

ZOBACZ TAKŻE: Szapołowska, Olbrychski i Węgrowska na premierze mistycznego filmu “Wiedźma – Mirakl”

W rolę Szymborskiej wciela się Natalia Lesz, którą podobno obsadziłaś po warunkach zewnętrznych.

Natalia Lesz okazała się w stu procentach podobna do młodej Szymborskiej. To było niemal zrządzenie losu. Zobaczyłam ją przypadkiem, kiedy spotkaliśmy się z Panem Michałem Rusinkiem właśnie w sprawie tej sztuki.  Spojrzałam na okładkę książki o Wisławie, gdzie widniało zdjęcie poetki i pomyślałam: to ona. Może nie ma jednak  przypadków… Na dodatek zagrała znakomicie. W każdym spektaklu jej kwestie są odtwarzane multimedialnie, natomiast moja mama, Grażyna Szapołowska, recytuje na żywo wiersze naszej noblistki. Sztuka jest wartościowa zarówno dla miłośników twórczości poetki, jak i dla młodzieży. Zależało mi, aby wyreżyserować spektakl, który przyciągnie do teatrów także młodszego widza, by uczniowie mogli poznać jej historię w sposób żywy i nienudny.

Czy sztuka jest opłacalna?

Nie tylko metafizyka jest u mnie w głowie. Studiowałam biznes w USA oraz pracowałam w agencjach reklamowych, więc łączę sztukę z biznesem, komercją i tym co widza będzie nie tylko inspirować ale również bawić i interesować. Trzeba to łączyć, bo trzeba zadbać o inwestorów. Martyna, sama wiesz kto wymyślił film biograficzny o Zenku bo ty pisałaś książkę. Szkoda tylko, że nie użyto jego piosenek, bo to powinien być film-koncert.

Jak oceniasz etap życia, na którym jesteś obecnie?

Po czterdziestce jest naprawdę dobrze. Człowiek przestaje przejmować się drobiazgami, a zaczyna skupiać się na konkretach. Bardziej akceptuje też siebie. Ponadto po 45. roku życia wróciłam też do wiary w Boga, do jasnego rozróżniania dobra i zła. W zeszłym roku pochowałam tatę. To był dla mnie ogromny cios. Gdyby nie wiara, przeżywałabym to znacznie ciężej.

Chodzisz do kościoła?

Do kościoła chodzę rzadko. Czasem wchodzę wtedy, gdy jest pusty, żeby pobyć w ciszy. Najczęściej rozmawiam z Bogiem, czy jak to inni mówią ze wszechświatem, podczas spacerów w parku, bo skoro jest wszędzie to sama sobie z nim buduję relację a nie przez pośredników. To chodzi chyba o uczciwość przed samym sobą. Wiem co robię, mam sumienie. Nie potrafię wytłumaczyć spowiedzi, bo tak naprawdę sami powinniśmy być swoimi sędziami. Zaczęły mnie interesować pytania o sens życia, o duszę, o to, czy coś istnieje po śmierci. Wierzę, że jesteśmy stworzeni na podobieństwo Boga. A Bóg jest miłością, i ta energia to my, czyli nasza dusza. Że jesteśmy duszą, która ma ciało, a nie ciałem, które ma duszę. Nasze ciało to tylko nasz pojazd. Dlatego nie oceniam ludzi po wyglądzie. Ale po miłości jaką dają innym. I mówię tutaj o „kochaj bliźniego swego jak siebie samego”. Uważam, że nasza energia nie znika, nie umieramy. Dusza trwa. Zmienia się tylko nasza świadomość i postać fizyczna.

Deklarujesz, że chcesz tworzyć sztukę z przesłaniem. O czym będzie twój kolejny spektakl lub film?

Pragnę, by to, co kreuję miało swego rodzaju głębię. Mam scenariusz właśnie o przejściu na drugą stronę i o osobistym sądzie ostatecznym. To opowieść o tym, co naprawdę jest ważne. Bohaterowie muszą zdecydować czy to pieniądze i kariera czy czas spędzony z bliskimi. Nawiązuję w niej do zdarzeń z własnego życia. Pojawia się tam postać mnie jako dziecka i aktorki, która bezkompromisowo dąży do sukcesu. To projekt bardzo osobisty.

W jednym z wywiadów wyznałaś, że twoja mama, ceniona aktorka Grażyna Szapołowska jest lepszą babcią niż była matką.

Tak powiedziałam, bo tak czułam. Taka jest zresztą prawda w większości przypadków. Myślę, że jej wątek w moim scenariuszu mógłby ją zaciekawić.

Często pojawiacie się w mediach we trójkę: ty, twoja mama Grażyna Szapołowska i córka Karolina Matej. Wszystkie jesteście artystkami. Jak obecnie naprawdę rysuje się wasza relacja?

Do tanga trzeba trojga, bo u nas to relacja trzech kobiet: ja, mama i moja córka. W pewnym momencie zdecydowałam się odpuścić pewne rzeczy. Trzeba dojrzeć do dorosłości i zrozumieć, że nasi rodzice też po raz pierwszy w życiu są rodzicami. Mama walczyła o nasze przetrwanie finansowe, więc nie mogła poświęcić mi tyle uwagi, ile by chciała. Mężczyźni w naszym życiu bywali nieobecni. Ona robiła to, co uważała za konieczne. Kiedyś się buntowałam, dziś staram się ją zrozumieć. Myślę, że teraz tworzymy bardzo fajne trio, które wzajemnie się wspiera, choć każda z nas jest odrębną jednostką i silnym charakterem.

Kochasz samą siebie?

Teraz tak, ale ta miłość przyszła do mnie bardzo późno. Długo zajadałam stres, napięcie, smutek. Myślę, że to była częściowo depresja, częściowo bunt i poczucie braku uwagi. Czasem też sięgałam po alkohol. Co prawda nie upijałam się do utraty świadomości. Właśnie na tym polegał podstęp, że można codziennie sięgać po wino i funkcjonować normalnie. Ale to wciąż była ucieczka. Na szczęście „obudziłam się” w porę i nie popadłam w destrukcję. Kiedy zmarł tata, moje lęki osiągnęły apogeum. Wtedy pomodliłam się. Chyba już z braku nadziei. I wtedy, w nocy, przyśnił mi się Jezus, który stał przede mną, a bijące od niego światło przechodziło przeze mnie. Cały mrok zniknął. Po tym śnie coś się we mnie zmieniło. Z dnia na dzień przestałam zaglądać do kieliszka. Odeszły też lęki. Bardziej zagłębiłam się myślami w sens istnienia. Nastąpiła u mnie głęboka przemiana, jednocześnie fizyczna, psychiczna jak i duchowa. Jak to się mówi, proście a dostaniecie… Tematy wiary i metafizyki same mnie znajdują. Robiłam również serial „Cuda”, który obecnie jest dostępny na Polsat Box. W moje ręce wpadł serial o tym, że cuda się zdarzają i nie należy tracić wiary w najtrudniejszych i najcięższych momentach życia. Kręciliśmy go w dosyć trudnych warunkach. Na koniec zdjęć w Warszawie dostałam nagrodę od ekipy, za bycie fajnym szefem i człowiekiem. Taka nagroda wiele znaczy gdyż, bycie dobrym „przewodniczącym” to jednak dar. Uważam, że ludzi powinno się doceniać, bo film to praca zespołowa.

Zdecydowałaś się nawet na dietę. Efekty są widoczne gołym okiem. Przestrzegasz jej regularnie?

Po prostu któregoś dnia pomyślałam: dość. Życie jest jedno i ciało jest jedno. Koniec umartwiania się nad sobą. To jak wyglądamy świadczy o naszym podejściu do samych siebie. O tym czy kontrolujemy co wkładamy do buzi, czy kontrolujemy własne życie i emocje. Jak wyglądamy… tak mamy poukładane w głowie i w sercu… Odstawiłam alkohol, węglowodany i cukier. Jem głównie mięso, warzywa, jajka, orzechy. To była decyzja o uporządkowaniu i pokochaniu siebie. Ale myślę, że nie ja sama ją podjęłam, ktoś tam z góry mi dopomógł.

Podjęłaś też współpracę z kliniką medycyny estetycznej Aura Cilnic.

Staram się walczyć z upływającym czasem w sposób mało inwazyjny, ale skuteczny. Aura Clinic to energia człowieka. Kiedy dobrze wyglądamy, mamy więcej pozytywnej energii, czujemy się pewniej i więcej nam się chce. W Aura Clinic znalazłam profesjonalizm, świetną atmosferę i realne efekty. Dorastając u boku mamy, znanej gwiazdy filmowej, więc od zawsze obserwowałam, jak dba o siebie z klasą i naturalnością. To ona nauczyła mnie, że życie jest sztuką, a prawdziwa sztuka polega na świadomym, naturalnym dbaniu o wygląd. Chcę dorównać mamie podejściem do siebie. Dlatego wybieram miejsca takie jak klinika Aura, gdzie piękno podkreśla się subtelnie i z szacunkiem do każdego wieku. Wierzę, że piękność można ukazać na każdym etapie życia. Wystarczy zadbać o nią mądrze i z sercem. Dzisiejsza pięćdziesiątka to kiedyś trzydziestka.

Wiem, że pracujesz też nad pewnym projektem poruszającym temat hejtu. Czy możesz już zdradzić jakieś szczegóły?

Współpracuję z fundacją „Małolat”. Walczymy z depresją i samobójstwami wśród dzieci i młodzieży. Sztuką teatralną czy filmem, jesteśmy w stanie dotrzeć do sporej liczby widzów. Rzeczywiście mamy bardzo ważny pomysł na tapecie.  Ale współpracując z Fundacją wracam również do mojego filmu „Piąte. Nie odchodź!”, za który otrzymałam nagrodę Perspektywa za debiut reżyserski. Nagroda im. Janusza „Kuby” Morgensterna „Perspektywa” to prestiżowe polskie wyróżnienie filmowe przyznawane za najbardziej obiecujący debiut reżyserski z dużym potencjałem na przyszłość. Na premierze była obecna, jak się okazało, jedna Pani psychiatra, która powiedziała, że poleciłaby go jako element terapii. To było dla mnie ogromne dodatkowe wyróżnienie. Teraz wraz z Fundacją Małolat organizujemy spotkania z młodzieżą i omawiamy relacje ludzkie, robimy warsztat o tym, kiedy zwrócić się po pomoc. Można nas zaprosić do lokalnego domu kultury czy kina. Sama byłam zbuntowaną nastolatką, przeszłam przez załamanie. Myślę, że potrafię ich zrozumieć. Również mamy w planie film, można powiedzieć edukacyjny, o młodzieży, marzeniach, rywalizacji, hejcie oraz tragedii, do której to potrafi doprowadzić. Są już poważne rozmowy z jedną ze stacji.

Kiedy po raz pierwszy usłyszałaś od mamy „kocham cię” tak, że naprawdę to poczułaś?

Ona mówiła mi to zawsze, tylko często poprzez prezenty, którymi próbowała wynagrodzić swoją nieobecność i brak taty. Każdy kocha tak, jak umie. I każdy po raz pierwszy żyje. Zrozumiałam to w pełni dopiero podczas pracy nad „Piąte. Nie odchodź!”, myślę, że widz też, gdyż dostałam za ten film również nagrodę publiczności na festiwalu w Czechach. To było coś za coś, albo skromne życie, albo jej marzenia. Dziś w naszym kobiecym trójkącie jest miłość, która momentami aż unosi się w powietrzu.

A ty zawsze jesteś oparciem dla swojej córki?

Staram się być najlepszą mamą dla Karoliny. Bardzo jej kibicuję i ją wspieram. Ona też wybrała dla siebie artystyczny zawód. Oprócz aktorstwa również pięknie śpiewa i pisze własne utwory. Jestem pod wrażeniem jej ostatniej piosenki, pt. „Fale”, w której opowiada o swojej zakończonej relacji miłosnej.

Chciałabyś już zostać babcią?

Osobiście cieszę się, że zostałam mamą w młodym wieku. Nie naciskam jednak na Karolinę w tej kwestii. Daję córce wolność. Jest mądra, wychowana w miłości. Ma wspaniałego partnera. Niech podejmą decyzję świadomie i we właściwym czasie.

Czego ci życzyć?

Żebym nigdy nie zwątpiła w swoją misję. Żebym wytrwała w postanowieniach, dawała dobry przykład, nie wracała do dawnych schematów i nie straciła wiary w cuda, w przeznaczenie, w miłość, jakkolwiek to nazwiemy, również w Boga. Świat bardzo potrzebuje przewartościowania. Jest za wiele zła. Dobrem zło zwyciężaj. Jeśli mogę w tym uczestniczyć poprzez sztukę, chcę to robić.

Rozmawiała Martyna Rokita

news

„Po prostu Damian” stworzył nowy gatunek: CYBER-POP? Prosto z premiery „100 dni: Misja Zeus”

Opublikowano

w dniu

przez

„Po prostu Damian” stworzył nowy gatunek: CYBER-POP? Prosto z premiery „100 dni: Misja Zeus”

POLECAMY: Kayah wystąpi wiosną w „Tańcu z Gwiazdami”? Padła jasna deklaracja

Kontynuuj czytanie

news

Filip Chajzer po latach wrócił do tragedii. „Nigdy nie usłyszałem słowa przepraszam”

Opublikowano

w dniu

przez

Śmierć 9-letniego Maksa w 2015 roku na zawsze zmieniła życie Filipa Chajzera. Dziennikarz przez lata unikał szczegółowego opowiadania o tragedii, jednak w podcaście Cypriana Majchera wrócił do bolesnych wspomnień. Opowiedział o żałobie, emocjach, które wciąż mu towarzyszą, oraz relacji z byłym teściem, który prowadził samochód w chwili wypadku.

Filip Chajzer przez lata bardzo oszczędnie mówił o śmierci swojego 9-letniego syna Maksa. Chłopiec zginął w 2015 roku w tragicznym wypadku samochodowym, do którego doszło podczas podróży z dziadkiem, byłym teściem dziennikarza. Ta tragedia na zawsze odcisnęła piętno na życiu prezentera, który wielokrotnie podkreślał, że po takiej stracie nic już nie może wyglądać jak wcześniej.

W rozmowie z Cyprianem Majcherem, Filip Chajzer zdecydował się wrócić do tamtych wydarzeń i opowiedzieć o bólu, z którym mierzy się do dziś. Szczególnie poruszająco zabrzmiały jego słowa dotyczące żałoby oraz relacji z byłym teściem. Dziennikarz przyznał, że nigdy nie usłyszał od niego przeprosin ani nawet próby rozmowy o wypadku.

POLECAMY: Filip Chajzer BRONI prezydenta NAWROCKIEGO! Co sądzi o słowach Wojewódzkiego?

Tragedia, po której nic nie było już takie samo

Śmierć 9-letniego Maksa w lipcu 2015 roku była dla Filipa Chajzera tragedią, która na zawsze zmieniła jego życie. Chłopiec zginął w wypadku samochodowym, gdy podróżował z dziadkiem, ojcem swojej mamy. Samochód zjechał z drogi i uderzył w naczepę ciężarówki stojącej na poboczu. Dziecko zginęło na miejscu, a dziennikarz, który w tym czasie przebywał w Stanach Zjednoczonych, natychmiast wrócił do Polski. Filip Chajzer przez długi czas nie potrafił mówić o śmierci syna. Wspomnienia związane z Maksem były zbyt bolesne, a żałoba całkowicie rozbiła jego dotychczasowe życie. Dziennikarz przyznawał, że po tej tragedii zmagał się z depresją i przez wiele lat próbował znaleźć sposób na poradzenie sobie z cierpieniem.

Życie po takiej stracie nigdy nie będzie już normalne – mówił Filip Chajzer, podkreślając, że śmierci dziecka nie da się racjonalnie wyjaśnić ani przepracować w taki sposób, aby ból po prostu zniknął.


W innym wywiadzie opowiadał, że Maks śnił mu się niemal każdej nocy. Po przebudzeniu zapisywał rozmowy ze swoim synem, aby zachować choć namiastkę kontaktu z nim.

Maks śnił mi się niemal każdej nocy. Budziłem się i zapisywałem nasze rozmowy – wspominał. Jak tłumaczył, początkowo wstydził się prosić o pomoc psychologa.

Uważał, że powinien sam poradzić sobie z emocjami, choć jego stan psychiczny był bardzo trudny.

Byłem w fatalnym stanie, ale wtedy jeszcze nie chciałem pomocy psychologa. Wstydziłem się, że jestem taki słaby. Próbowałem poszukiwać odpowiedzi na własną rękę. Śmierci dziecka nie da się racjonalnie wytłumaczyć. W ogóle nie da się wytłumaczyć… – mówił w rozmowie cytowanej przez media.

Z czasem Filip Chajzer zdecydował się na terapię. Przyznawał, że korzystał z pomocy wielu specjalistów, jednak nawet intensywna praca nad sobą nie sprawiła, że wspomnienia o synu przestały boleć. W jego przypadku żałoba nie była zamkniętym rozdziałem, lecz doświadczeniem, które powracało w najmniej oczekiwanych momentach.

POLECAMY: Filip Chajzer żali się u Wojewódzkiego: „Tęsknię za tym”. Przykre?

Teść zawinił?

W najnowszych wspomnieniach dziennikarz wrócił także do relacji z byłym teściem, który prowadził samochód w chwili tragicznego wypadku. Filip Chajzer przyznał, że między nimi nie doszło do rozmowy, która mogłaby pomóc mu zrozumieć wydarzenia z 2015 roku lub choć częściowo zamknąć ten bolesny temat.

Nigdy nikt nie podjął ze mną próby rozmowy. Nigdy nie usłyszałem jednego słowa, nigdy nie usłyszałem słowa przepraszam – wyznał.

W rozmowach o tragedii podkreślał, że każdy człowiek przeżywa żałobę inaczej. Jedni potrzebują mówić o zmarłej osobie, inni zamykają się w sobie i próbują funkcjonować mimo ogromnego bólu. Dziennikarz opowiadał również o fali hejtu, która spadła na niego po śmierci Maksa. W internecie pojawiały się brutalne komentarze, a nieznane osoby przesyłały mu zdjęcia miejsc związanych z wypadkiem. Dziennikarz wspominał, że takie zachowanie doprowadziło go do skrajnego załamania.

Ja wtedy w środku umarłem. To była taka śmierć za życia moja – mówił, opisując emocje, które towarzyszyły mu po atakach w sieci.



Mimo upływu lat Filip Chajzer nie ukrywa, że strata syna wciąż jest obecna w jego życiu. Wspominanie Maksa stało się dla niego także sposobem na zachowanie pamięci o chłopcu. Jak podkreślał, zależało mu na tym, aby historia jego dziecka nie została zapomniana, a jego imię nadal było obecne w świadomości ludzi.

POLECAMY: TYLKO U NAS: 20-letnia narzeczona Chajzera w „Królowej Przetrwania”? Padły zaskakujące słowa

Fot. Paweł Wrzecion/AKPA

Kontynuuj czytanie

news

Nie mogą znaleźć Michała Wójcika. Przez to procedura wymeldowania utknęła

Opublikowano

w dniu

przez

Wokół Michała Wójcika narasta kolejny konflikt. Rodzice jego zmarłej partnerki chcą wymeldować kabareciarza z należącej do nich nieruchomości w Katowicach. Budynek planują wyburzyć, jednak procedura od miesięcy nie może się zakończyć. Problemem jest między innymi ustalenie aktualnego miejsca pobytu artysty.

Wokół Michała Wójcika narasta konflikt, który może mieć swój finał w sądzie. Rodzice jego zmarłej partnerki chcą wymeldować kabareciarza z domu w Katowicach, należącego do nich od lat. Jak twierdzą, budynek jest w złym stanie technicznym i planują go wyburzyć, jednak formalności związane z wymeldowaniem artysty ciągną się już od kilku miesięcy.
Dodatkowym problemem jest ustalenie, gdzie obecnie przebywa Michał Wójcik. Właściciele nieruchomości nie kryją frustracji, a urzędnicy wyjaśniają, że przed wydaniem decyzji muszą dokładnie sprawdzić, czy kabareciarz rzeczywiście i na stałe opuścił lokal.

POLECAMY: Muzycznie Zakręceni – nowy projekt łączący koncert, kabaret i spotkanie z artystami. Wielka premiera w Lędzinach

Kim jest Michał Wójcik?

Michał Wójcik to jeden z najbardziej rozpoznawalnych polskich artystów kabaretowych. Od 2000 roku występuje w popularnym kabarecie Ani Mru-Mru, który współtworzy między innymi z Marcinem Wójcikiem i Waldemarem Wilkołkiem. Choć panowie noszą to samo nazwisko, nie są spokrewnieni. Artysta urodził się 22 listopada 1971 roku w Lublinie, a poza działalnością kabaretową pojawiał się również w produkcjach telewizyjnych, między innymi w improwizowanym serialu „Spadkobiercy”.

Prywatnie Michał Wójcik jest ojcem czworga dzieci. Ma córkę Julię oraz synów: Jakuba, Charliego i Michała Juniora. Pociechy pochodzą z różnych związków artysty. W 2022 roku artysta kabaretowy pojawił się z najstarszą córką w programie „Dzień Dobry TVN”, gdzie opowiadał o ich relacji, wspólnych zainteresowaniach i kontaktach w patchworkowej rodzinie.

Michał Wójcik od około trzech lat jest zameldowany w domu przy ulicy Średniej w Katowicach. Nieruchomość należy do Barbary i Janusza W., czyli rodziców jego zmarłej partnerki, Janiny W. Kobieta zmarła 6 marca 2023 roku po chorobie nowotworowej. Para doczekała się syna, który obecnie pozostaje pod opieką ojca i jego nowej partnerki. Jak twierdzą właściciele budynku, Michał Wójcik został zameldowany w ich nieruchomości około dwóch tygodni po śmierci Janiny. Według ich relacji chcieli w ten sposób pomóc mu w uporządkowaniu spraw finansowych i urzędowych.

Rodzice Janiny przekonują, że w tamtym czasie artysta miał problemy finansowe i potrzebował zameldowania w Katowicach, aby móc ustalić sposób spłaty zadłużenia wobec urzędu skarbowego. Początkowo ich relacje miały być dobre, jednak z czasem doszło między nimi do pogorszenia stosunków. Właściciele nieruchomości chcą obecnie zakończyć sprawę i odzyskać pełną swobodę w dysponowaniu budynkiem. Podkreślają, że dom jest w złym stanie technicznym i może stanowić zagrożenie dla osób przechodzących w jego pobliżu.

POLECAMY: Polsat uderza w Kaczorowską i Rogacewicza? Kabaret K2 bez litości wyśmiał parę – internet eksplodował

Nie wiadomo, gdzie obecnie mieszka kabareciarz

Barbara i Janusz W. planują wyburzenie budynku, a następnie inne zagospodarowanie należącej do nich działki. Twierdzą jednak, że obecność Michała Wójcika w ewidencji mieszkańców utrudnia realizację tych planów. Dodatkowo pod wskazanym adresem mają pojawiać się osoby podające się za wierzycieli artysty. Właściciele rozpoczęli procedurę wymeldowania, która w katowickim urzędzie trwa od lutego. Postępowanie przeciąga się, ponieważ urzędnicy mają trudności z ustaleniem, gdzie faktycznie przebywa Michał Wójcik.

Sprawdzane miały być między innymi adresy w Lublinie, gdzie kabareciarz był wcześniej zameldowany. Według relacji rodziców jego zmarłej partnerki artysty miał również wynajmować mieszkanie w Mysłowicach. Tamtejszy urząd miał wezwać go na spotkanie, jednak artysta nie pojawił się w wyznaczonym terminie.

W związku z tym katowicki urząd może zwrócić się do sądu o wyznaczenie przedstawiciela dla osoby nieobecnej. Taki przedstawiciel mógłby reprezentować Michała Wójcika w postępowaniu administracyjnym.

Sprawa znowu się przeciąga o kolejne miesiące – komentują Barbara i Janusz W.

Urzędnicy podkreślają, że samo złożenie wniosku nie oznacza automatycznego wymeldowania. Przed wydaniem decyzji trzeba ustalić, czy dana osoba rzeczywiście i trwale opuściła lokal. W tym celu urząd może analizować zeznania świadków, oświadczenia, wyjaśnienia oraz wyniki oględzin nieruchomości. Na razie decyzja o wymeldowaniu Michała Wójcika nie została wydana. „Fakt” zwrócił się do artysty o komentarz za pośrednictwem jego menedżera Zbigniewa Remleina. Prośba miała zostać przekazana kabareciarzowi, jednak do czasu publikacji materiału nie otrzymano odpowiedzi.

POLECAMY: Kultowe show wróci do Polsatu? Edward Miszczak zabrał głos

Michał Wójcik, fot. Instagram
Michał Wójcik, fot. Instagram
Michał Wójcik, fot. Instagram
Michał Wójcik, fot. Instagram
Michał Wójcik, fot. Instagram
Kontynuuj czytanie

news

Jerzy Bralczyk znów mówi o „zdychaniu” zwierząt. Te słowa niegdyś wywołały burzę

Opublikowano

w dniu

przez

Wystarczyło jedno słowo, by w 2024 roku rozpętała się ogólnopolska dyskusja. Teraz Jerzy Bralczyk po ponad dwóch latach ponownie wrócił do sprawy i wyjaśnił, dlaczego nadal nie uważa określenia „zdychać” za obraźliwe, gdy mowa o zwierzętach. Językoznawca wspomniał również o fali hejtu, z którą musiał się mierzyć. Dowiedz się więcej!

Wypowiedź prof. Jerzego Bralczyka z 2024 roku odbiła się szerokim echem. Językoznawca pojawił się wówczas w programie „100 pytań do”, gdzie został zapytany między innymi o sposób, w jaki współcześnie mówimy o zwierzętach. Jedno z jego stwierdzeń szczególnie mocno podzieliło opinię publiczną i szybko wywołało dyskusję w mediach społecznościowych.

Chodziło o słowa „umierać” i „zdychać” w odniesieniu do zwierząt. Jerzy Bralczyk przyznał wówczas, że nie jest zwolennikiem określania śmierci psa czy kota mianem „umierania”. Tłumaczył, że jako osoba przywiązana do tradycyjnych form językowych inaczej postrzega te określenia.

“Jestem starym człowiekiem i preferuję te tradycyjne formuły i sposób myślenia. Nawet mówienie, że choćby najulubieńszy pies umarł, będzie dla mnie obce. Nie, pies niestety zdechł” – przekonywał wówczas profesor.

Wypowiedź spotkała się z bardzo różnymi reakcjami. Część osób broniła językoznawcy, wskazując, że mówił o tradycyjnym użyciu języka, inni natomiast uznali, że słowo „zdechł” ma w przypadku ukochanego zwierzęcia zdecydowanie negatywny wydźwięk. Dyskusja szybko wyszła poza środowisko językoznawcze i stała się jednym z głośniejszych tematów w mediach.

POLECAMY: Kayah wystąpi wiosną w „Tańcu z Gwiazdami”? Padła jasna deklaracja

Jerzy Bralczyk wraca do afery związanej ze “zdychaniem zwierząt”. Zmienił zdanie?

Teraz, po ponad dwóch latach, Jerzy Bralczyk ponownie odniósł się do tej kwestii. W podcaście „W stylu Krychowiaka” w RMF FM językoznawca wyjaśnił, że jego stanowisko wcale się nie zmieniło. Nadal uważa, że słowo „zdychać” samo w sobie nie musi być pejoratywne, jeżeli odnosi się do zwierzęcia.

“Słowo „zdychać” nie jest dla mnie pejoratywne. W odniesieniu do człowieka tak, ale w odniesieniu do zwierzęcia nie. Miałem dwa koty ulubione, jeden był wręcz ukochany i on zdechł. Niestety. Przykro mi” – wyznał u Krychowiaka.

Tym samym Jerzy Bralczyk po raz kolejny jasno wyraził swoje stanowisko. Jego zdaniem używanie słowa „zdechł” w odniesieniu do zwierzęcia wynika z tradycyjnego sposobu posługiwania się językiem. Nie oznacza natomiast braku szacunku do zwierzęcia ani braku emocjonalnego przywiązania do niego.

Co ciekawe, profesor wspomniał również o tym, jak osobiście odebrał reakcje na jego wcześniejszą wypowiedź. Jerzy Bralczyk przyznał, że fala krytyki była dla niego przykra, szczególnie dlatego, że część opinii publicznej zaczęła postrzegać go jako osobę, która nie darzy zwierząt sympatią.

“Bardzo dużo hejtu dostałem. Przykro mi z tego powodu, bo wyszedłem na kogoś, kto nie lubi zwierząt. A cierpienia zwierząt są dla mnie jak cierpienia ludzi” – dodał.

To właśnie ten fragment rozmowy pokazuje, że dla Jerzego Bralczyka cała sprawa miała również bardzo osobisty wymiar. Językoznawca podkreślił, że jego wybór konkretnego słowa nie ma nic wspólnego z brakiem empatii wobec zwierząt. Wręcz przeciwnie, zaznaczył, że cierpienie zwierząt jest dla niego równie istotne jak cierpienie ludzi.

W tej samej rozmowie Jerzy Bralczyk został zapytany także o inne określenie, które we współczesnej polszczyźnie budzi kontrowersje. Tym razem chodziło o słowo „Murzyn”. Profesor przedstawił swoje stanowisko, wskazując, że z jego perspektywy słowo to nadal może pełnić funkcję opisową w języku.

“Potrzebne mi jest to słowo na określenie ludzi, którzy tak wyglądają, mają ciemną skórę” – zauważył profesor Bralczyk.

Wypowiedź ponownie może wywołać dyskusję, szczególnie że współczesna polszczyzna zmienia się wraz ze zmianami społecznymi i kulturowymi. Jerzy Bralczyk zaznaczył jednak, że w praktyce bierze pod uwagę również odczucia drugiej osoby. Jeżeli konkretne określenie kogoś rani lub sprawia mu przykrość, profesor deklaruje, że nie będzie go wobec takiej osoby używał.

“Przecież ja nie czuję żadnej wyższości nad ludźmi czarnymi. Absolutnie […] Wobec nich tak nie powiem, bo ja nie lubię sprawiać przykrości” – przekonywał.

Po latach temat „zdychania” zwierząt ponownie więc wrócił do przestrzeni publicznej. Jerzy Bralczyk nie wycofał się ze swojej wcześniejszej opinii, ale jednocześnie zdecydował się opowiedzieć o konsekwencjach, jakie spotkały go po tamtej wypowiedzi. Jak sam przyznał, szczególnie dotknęło go przedstawianie go jako osoby, która nie lubi zwierząt.

ZOBACZ RÓWNIEŻ: Martyna Wojciechowska ma powody do radości. Właśnie TO ogłoszono

Jakie Wy macie zdanie na ten temat? Dajcie znać w komentarzu pod artykułem!

Grzegorz Krychowiak i Jerzy Bralczyk (fot. zdjęcie prasowe RMF FM)
Jerzy Bralczyk (fot. screen YouTube TVP Info Publicystyka)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Kontynuuj czytanie

HITY

Copyright © 2019 Przeambitni.pl. Stworzona z miłością