Śledź nas

news

Tomasz Samborski: Po dziesięciu latach znów prowadzi swój kultowy program!

Opublikowano

w dniu

Wywiad został przeprowadzony w marcu 2012 roku na zlecenie jednego z poczytnych tygodników, który zamieścił tylko jego fragmenty. Dotąd nigdzie nie ukazł się w całości. Dziś publikujemy wszystko, na ogromną prośbę i liczne listy wielkiej fanki Tomka i Shazzy – Karoliny Tryniszewskiej.

Życzymy przyjemnej lektury!

Niezapomniany prezenter „Disco relaxu” ma powody do radości, bowiem jego bijący w latach 90 – tych rekordy oglądalności program znów powrócił na antenę. Prywatnie najlepszy przyjaciel i menager Shazzy, szczęśliwy ojciec trzech córek, człowiek pełen pomysłów. Z pewnością jeszcze nie raz nas zaskoczy.

W 2002 roku telewizja Polsat wyemitowała ostatni odcinek programu „Disco relax”. Wraz z nim pan również zniknął z ekranu. Co się z panem działo w ciągu dziesięciu lat medialnego niebytu?

Można powiedzieć, że przez ostatnie dziesięć lat zajmowałem się wychowywaniem dzieci (uśmiech). Z perspektywy czasu uważam, że wcale źle się nie stało. Dzięki temu, że Polsat postanowił zrezygnować z programu, który prowadziłem, zyskałem sporo czasu dla rodziny. Poza tym ciągle zajmowałem się muzyką, komponowałem nowe piosenki, produkowałem utwory dla dzieci, grywałem koncerty z Shazzą.

Niewiele osób wie, ale ma pan aż trzy córki. W jakim wieku są dziewczynki?

Tak, mam trzy wspaniałe córki. Dominika ma 12 lat, Martynka 7 i Lena 3. Dzieci to wielka radość w życiu.

Odziedziczyły po tacie miłość do muzyki?

Najstarsza – Dominika bardzo lubi śpiewać, gra na gitarze, potrafi też coś zagrać na instrumencie klawiszowym, ale nie chodzi do szkoły muzycznej. Cieszy mnie, że robi to spontanicznie. Najważniejsze, żeby muzyka była przyjemnością, a nie przymusem. Szkoła muzyczna to są jednak godziny spędzone na ćwiczeniach i ograniczenia jeśli chodzi o uprawianie sportów.

Otaczają pana same kobiety, w domu cztery, pracuje pan z piątą. Szczęściarz z pana.

Nie mam konkurencji. To jest strasznie fajne (śmiech). Zdążyłem przyzwyczaić się do takiego stanu rzeczy i powiem więcej – cieszy mnie ta sytuacja. Moje dziewczyny zapewniają mi wiele atrakcji.

Jak reagują dziewczynki, kiedy widzą tatę w telewizji?

Dla nich to jest oczywiście nowość. Kiedy prowadziłem „Disco relax” w Polsacie, to najstarsza była zbyt mała, żeby cokolwiek pamiętać. W każdym razie teraz wszystkie są bardzo zainteresowane tym, co robię. Niedawno miała miejsce bardzo zabawna sytuacja, kiedy wszedłem do domu, a one oglądały jakąś powtórkę programu. Wtedy średnia wstała, zaczęła mi się przyglądać i mówi: „tata, dlaczego ty jesteś tu i jesteś tam… Tam masz inną koszulkę, tu masz żółtą, a tam masz czerwoną”. Ona nie mogła zrozumieć, że ojciec może być w tym samym czasie w telewizorze i w domu. Zresztą do tej pory nie mogę jej tego wytłumaczyć (śmiech).

Podobno każdy mężczyzna marzy o tym by mieć syna. Pan także?

Gdybym miał syna to z pewnością też bym się bardzo cieszył, ale muszę się uczciwie przyznać, że zawsze chciałem mieć córki… i mam (uśmiech).

Uważa pan, że „Disco relax” w nowej formule powtórzy sukces tego sprzed lat?

Obecny „Disco relax” na pewno nie będzie miał tak licznej widowni, jak ten nadawany przed laty przez Polsat, m.in. dlatego, że stacja Polo Tv, w której jest emitowany ma nieco inne dotarcie do społeczeństwa. Wielu ludzi jeszcze nie zna tego kanału, jednak mimo wszystko mamy bardzo dobrą oglądalność.

Pamięta pan swoją reakcję na wiadomość, że program, który cieszy się kilkumilionową oglądalnością nagle trzeba przestać nagrywać?

Przyjąłem to bardzo spokojnie. Poprzedni „Disco relax” gościł na antenie Polsatu przez siedem lat. Tak naprawdę zawsze liczyłem się z tym, że ten moment kiedyś musi nastąpić. Nie przeżywałem z tego powodu żadnych stresów. Od początku byłem świadomy faktu, że „nic nie może wiecznie trwać”… Polsat, kojarzony w dużej mierze z muzyką disco polo w pewnym momencie podjął decyzję, że należy zmienić wizerunek stacji, więc trzeba było po prostu zakończyć współpracę.

Zanim został pan prowadzącym „Disco relax” był zespół Toy Boys, w którym pan grał i śpiewał. Szło wam całkiem nieźle. Dlaczego zawiesiliście jego działalność?

Ktoś mi delikatnie wytłumaczył, że trochę nie wypada prowadzącemu puszczać swoich video clipów. Musiałem zdecydować, czy śpiewam, czy prowadzę program. Wybrałem to drugie i dziś z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że nie żałuję tej decyzji.

Zabiegał pan o to, żeby „Disco relax” ponownie pojawił się w telewizji?

Nie. Propozycja powrotu wyszła od stacji Polo Tv, nastawionej  przede wszystkim na promowanie muzyki disco polo. Później zaczęliśmy prowadzić rozmowy, aż w końcu doszło do współpracy, która póki co układa się pomyślnie.

Nie obawiał się pan, że obecny program okaże się klapą?

Był mały stres, czy po dziesięciu latach wciąż ludzie będą chcieli oglądać program w nieco odmienionej formule i czy wszystko inne będzie oky. Na szczęście nowy „Disco relax” zyskał aprobatę wśród widzów, więc moje obawy zostały rozwiane.

Jest pan autorem największych hitów Shazzy, m.in. „Bierz co chcesz”, „Tak bardzo zakochani”, „Noc róży”. Ma pan swój sprawdzony przepis na przebój?

Muzykę trzeba przede wszystkim czuć. Wydaje mi się, że nie istnieje sprawdzony przepis na przebój. Czasem artysta siada przy instrumencie ze z góry założonym planem, iż skomponuje przebój. Później okazuje się, że napisał dziesięć utworów, ale żaden nie porywa. Innym razem ktoś pisze utwory, bo taką ma potrzebę serca i później jeden, czy dwa z nich stają się hitami. Często jest to kwestia przypadku, nieraz talentu, albo doskonałego wyczucia rynku muzycznego. Pomysły na Magdy piosenki często przychodziły mi w nocy. Potrafiłem wstać z łóżka około godziny trzeciej, włączać sprzęt i komponować. Właśnie w takich nocnych okolicznościach powstało „Bierz co chcesz”.

Ludzie was kochali, a branża muzyczna krytykowała. Trudno było z tym żyć?

Krytyka była ostra, ale czym się miałem przejmować, skoro stało za mną osiem milionów widzów. Miałem publiczność, więc nadal robiłem swoje, a zespoły, które prezentowałem znajdowały tu miejsce na promocję twórczości. Ja robiłem program przede wszystkim dla ludzi. Zespoły mogły prezentować swoje clipy. To, że nagrania były lepsze, czy gorsze nikogo nie dziwiło, tak było i jest nadal. U nas każdy miał okazję się zaprezentować. Byliśmy otwarci na wykonawców z całej Polski, a widzowie pisząc do nas setki listów wybierali najlepszych i tych graliśmy częściej.

Polsat zrezygnował z programów promujących disco polo i nagle o tej muzyce zrobiło się cicho.

Kiedy zdjęto z anteny „Disco relax” to faktycznie nastąpił spadek popularności disco polo, z tego względu, że zespoły straciły miejsce, w którym mogły się prezentować, a w innych kręgach nie miały możliwości. Skoro nie było już programu, to nie było sensu nagrywania płyt, zrobiło się również mniejsze zapotrzebowanie na koncerty.

Jakieś pięć lat temu ogłoszono wielki powrót disco polo. Uważa pan, że ludzie przestali się wstydzić tego, co wnosi radość w ich życie?

Na pewno inaczej do tego podchodzą. W latach 90 – tych pojawiła się swego rodzaju nagonka na disco polo, wszyscy mówili, że to wiocha i obciach, ale po kilku latach przerwy, znów pojawiło się zainteresowanie tą muzyką, szczególnie w kręgach studenckich. Ci ludzie, którzy mieli wtedy po 8, czy po 12 lat, mając lat dwadzieścia kilka mieli miłe wspomnienia z czasów dzieciństwa, kiedy to w niedzielne poranki słuchali sobie nienerwowo melodyjnych utworów i w pewnym momencie jakby na nowo je odkryli i znów zaczęli się przy tym bawić. Młodzi ludzie traktują dziś tę muzykę jako świetną rozrywkę.

Wciąż jednak nie ma was na tzw. salonach.

Wcale się z tym źle nie czujemy. Owszem przychodzą czasem zaproszenia, ale z nich nie korzystamy. Nie lubię sztucznej, napompowanej atmosfery. W Polsce nie ma gwiazd, a jedynie wykonawcy, lepsi, bądź gorsi. Gwiazdą jest ktoś, kto gromadzi na stadionie Wembley sto tysięcy ludzi, tak jak Madonna, czy George Michael, a u nas o czymś takim można sobie jedynie pomarzyć. Wolę spędzić czas z rodziną lub przyjaciółmi niż brać udział w czymś, co przypomina cyrk.

Mówi się, że połowa sukcesu Shazzy to pana zasługa. Jak jest naprawdę?

Naszą przygodę z muzyką, która trwa już blisko dwadzieścia lat i nic nie wskazuje na to, by miała się zakończyć, zaczynaliśmy razem, razem przeszliśmy przez wszystkie trudności i sukcesy, więc z pewnością zasłużyłem na połowę (śmiech)

Czuje się pan odpowiedzialny za karierę Shazzy?

Skoro połowa Shazzy to ja, to oczywiście, że czuję się odpowiedzialny, szczególnie za repertuar i jego następstwa.

Jest pan dobrym menagerem?

Menager to za dużo powiedziane. Magda po prostu ma do mnie zaufanie i zna moje intencje. Wcale nie miałem być żadnym menagerem, stałem się nim naturalną siłą rzeczy i tak już zostało.

Krążą plotki, że Magda jest trudna we współpracy. To prawda?

Kobiety ogólnie są trudne do współpracy i z tego co wiem, to nie jest tylko moja opinia. Jeśli chodzi o Magdę, to zależy jaki ma dzień, ale chyba nie jest tak źle, skoro wytrzymałem aż tyle lat (śmiech). Czasem zaproponuję jej coś, ona się najpierw zgodzi, a potem sobie przemyśli i mówi, że jednak nie. Muszę więc wyłożyć szereg argumentów „za” i przekonywać ją, żeby było tak jak ja chcę, ale nie zawsze mnie słucha (uśmiech).

Pana żona Ola nie jest zazdrosna o Magdę?

Raczej nie. Kiedyś może troszeczkę była zazdrosna, ale później przyzwyczaiła się, że łączy nas jedynie przyjaźń i praca. Jest mądrą kobietą i rozumie, że czasem musimy pojechać razem z Magdą na koncert.

Ludzie nie wierzą w tę waszą przyjaźń.

Plotki zawsze były i będą. Nie będziemy z tym walczyć (uśmiech).

Jakie ma pan palny na przyszłość, zarówno muzyczne, jak i życiowe?

Przyszłość, tak jak i przeszłość wiążę oczywiście z muzyką. Ciągle coś nagrywamy i powoli szykujemy się z Shazzą do letnich koncertów plenerowych. Życie mam w miarę ustabilizowane. Jestem zadowolonym z życia, szczęśliwym człowiekiem. Praca przynosi mi satysfakcję, bardzo lubię to, co robię i dobrze się w tym czuję.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała Martyna Rokita 

 

 

 

news

WonerS został vlogerem! Pokazuje fanom kulisy koncertów i życie, którego nie widać ze sceny

Opublikowano

w dniu

przez

Koncerty, nowe projekty, rozwój własnej strefy w Gdańsku Brzeźnie, a teraz jeszcze vlog. WonerS po raz kolejny udowadnia, że nie lubi stać w miejscu. Młody artysta, mimo napiętego koncertowego kalendarza, znalazł czas na nową aktywność, dzięki której fani mogą zajrzeć za kulisy jego życia i poznać go z zupełnie innej strony. Na jego vlogach nie brakuje spontanicznych sytuacji, humoru i historii, których próżno szukać na scenie.

WonerS od dawna pokazuje, że jego działalność nie kończy się na muzyce. Oprócz regularnego grania koncertów rozwija swoją Wonersową strefę w Gdańsku Brzeźnie i nieustannie angażuje się w nowe przedsięwzięcia. Teraz do tej listy dołączył również autorski vlog, który błyskawicznie zyskał zainteresowanie fanów. Co ciekawe, pomysł na jego stworzenie nie narodził się podczas planowania kolejnego projektu, lecz… podczas transmisji na żywo na TikToku. – Podczas któregoś live na TikToku ktoś mnie zapytał o zrobienie takiej serii vlogów z trasy i stwierdziłem, że to dobry pomysł – przyznał WonerS.

Tak rozpoczęła się nowa przygoda, która pozwala fanom towarzyszyć artyście niemal na każdym kroku. Zamiast wyreżyserowanych ujęć i perfekcyjnie przygotowanych scen WonerS postawił na naturalność. Jego vlogi pokazują prawdziwe życie w trasie – pełne śmiechu, nieprzewidzianych wydarzeń i codziennych sytuacji, które budują wyjątkową atmosferę całej ekipy. To właśnie ona jest dla niego najważniejsza. Myślę, że atmosferą, która u nas panuje, bo jest najlepsza!

POLEAMY: Woners przyłapany przy butelkomacie: „Biedni artyści na butelkach muszą sobie dorabiać”!

Jak się okazuje, widzowie najbardziej czekają nie na relacje z samych koncertów, ale na to, co dzieje się poza sceną. – Wydaje mi się, że bardziej od samej trasy, a nawet zdecydowanie bardziej interesują ich różne opowieści z backstage’u, a mój gitarzysta najlepszy w Polsce Tomek Lubert zawsze ma jakąś fajną historię do opowiedzenia – uśmiecha się Szymon Woner. I rzeczywiście – to właśnie kulisy koncertowego życia dostarczają najwięcej emocji. – Jedna z historii szczególnie zapadła fanom w pamięć. Ostatnia była fajna sytuacja jak graliśmy w woj. łódzkim. Był problem z wjazdem i zrobiliśmy korek na całą miejscowość, myślę, że całkiem zabawne – relacjonuje wokalista.

Choć prowadzenie vloga oznacza kolejne obowiązki, WonerS nie traktuje kamery jak dodatkowej pracy. Wręcz przeciwnie – nagrywanie sprawia mu autentyczną przyjemność. – Nie wiem skąd, ale wiem, że sprawia mi to przyjemność i nie trzeba mnie nigdy namawiać na tego typu aktywność. Raz kiedy odpuściłem, to podczas choroby ze względu na to, że nie mogłem nic mówić – tłumaczy artysta.

CZYTAJ TAKŻE: nana wokalistka rusza po światowy tytuł. Małgorzata Szarek powalczy w Ameryce o koronę Mrs. International

Nowy projekt pokazuje, że WonerS doskonale rozumie, jak ważny jest dziś kontakt z fanami. Nie ogranicza się jedynie do koncertów czy mediów społecznościowych. Dzięki vlogom zaprasza swoich odbiorców do świata, którego na co dzień nie widać – pełnego podróży, przygotowań do występów, żartów, nieoczekiwanych sytuacji i ludzi, którzy tworzą jego koncertową rodzinę. To kolejny dowód na to, że młody artysta potrafi łączyć wiele projektów jednocześnie. Gra koncert za koncertem, rozwija swoją działalność poza muzyką, tworzy miejsce dla fanów w Gdańsku Brzeźnie, a jednocześnie znajduje czas, by być z nimi jeszcze bliżej. I właśnie ta autentyczność sprawia, że jego vlog ma szansę stać się obowiązkową pozycją dla każdego, kto chce zobaczyć WonerSa nie tylko jako wokalistę, ale przede wszystkim jako wartościowego, pełnego pasji i marzeń człowieka.

Fot. archiwum prywatne

Kontynuuj czytanie

news

Wydał 90 TYSIĘCY na torebkę. Czy Bart Pniewski nadal utrzymuje córkę?

Opublikowano

w dniu

przez

Bart Pniewski powiedział nam, ile realnie wydaje na ubrania… Czy Nicol Pniewska wciąż jest na jego utrzymaniu?

ZOBACZ TEŻ: Mija rok od śmierci Joanny Kołaczkowskiej. Trudno powstrzymać łzy

Kontynuuj czytanie

news

BUTY ZA 12 TYSIĘCY?! Wojtek Gola i Sofi zdradzają sekrety luksusowego życia

Opublikowano

w dniu

przez

Wojtek Gola i Sofi Sivokha opowiedzieli nam, ile wydawali na ubrania… Czy Gola pojawi się w “Tańcu z Gwiazdami”?

POLECAMY: Doda WBIJA SZPILĘ Lewandowskiej i Chodakowskiej. Ostro?

Kontynuuj czytanie

news

Mija rok od śmierci Joanny Kołaczkowskiej. Trudno powstrzymać łzy

Opublikowano

w dniu

przez

Mija rok od śmierci Joanny Kołaczkowskiej, a emocje wśród jej bliskich wciąż są niezwykle silne. W rocznicę odejścia artystki Dariusz Kamys podzielił się wzruszającymi słowami i pokazał coś, czego przez wiele miesięcy nie był w stanie stworzyć. Dowiedz się więcej!

Joanna Kołaczkowska odeszła 17 lipca 2025 roku w wieku 59 lat po walce z chorobą nowotworową. Informacja o jej śmierci wstrząsnęła nie tylko fanami kabaretu, ale również całym środowiskiem artystycznym. Wieloletnia gwiazda Kabaretu Hrabi pozostawiła po sobie ogromną pustkę, której – jak podkreślają jej najbliżsi współpracownicy – nie da się wypełnić.

Od tamtego dnia minął już rok. Dla wielu osób czas nie zdołał jednak ukoić bólu po stracie jednej z najbardziej charyzmatycznych postaci polskiej sceny kabaretowej. W rocznicę śmierci artystki głos zabrał jej wieloletni przyjaciel i sceniczny partner – Dariusz Kamys.

Artysta opublikował w mediach społecznościowych niezwykle osobisty wpis. Już pierwsze słowa pokazują, jak wielką stratą było odejście Joanny Kołaczkowskiej i jak bardzo wciąż jest obecna w myślach osób, które przez lata dzieliły z nią scenę.

“Rok. 17 lipca 2025 roku, o godzinie 0:18 Aśko wyszłaś z tego świata i przeszłaś tam, gdzie dla nas wszystko pozostaje jeszcze tajemnicą “- napisał.

POLECAMY: Sebastian Fabijański zamiast Julii Wieniawy w „Tańcu z Gwiazdami”? Padła jasna deklaracja

Rok bez Joanny Kołaczkowskiej. Dariusz Kamys opublikował wpis, który chwyta za serce

W dalszej części wpisu Dariusz Kamys przyznał, że choć wszyscy starają się żyć dalej i nadal występują przed publicznością, tęsknota za Joanną Kołaczkowską pozostaje niezmienna.

“Mija rok. Wierzymy, że kiedyś się spotkamy. To przekonanie daje spokój. Ale są chwile, kiedy mimo tej wiary po prostu jest trudno. Bo tęsknota nie słucha rozumu ani kalendarza. Przez ten rok nauczyliśmy się wychodzić na scenę bez Ciebie. Gramy dalej, śmiejemy się dalej, ale każdy z nas wie, że jest na scenie miejsce, którego nikt nie zajmie” – kontynuował.

Do wpisu dołączył także wyjątkowy obraz przedstawiający Joannę Kołaczkowską. Jak wyznał, namalowanie portretu zajęło mu wiele miesięcy. Nie dlatego, że brakowało umiejętności, lecz dlatego, że przez długi czas nie potrafił zmierzyć się z emocjami po jej odejściu.

“Przez ostatnie pół roku próbowałem namalować Twój portret. Stawałem przed płótnem i odchodziłem. Nie byłem gotowy. Było za ciemno. Z tej ciemności udało mi się wydobyć tylko obraz mrocznego Jokera. Myślę, że właśnie tyle wtedy we mnie było. Dopiero teraz zrobiło się jaśniej. I mogłem Cię namalować” – czytamy.

Artysta zdradził również, że nie chciał stworzyć pomnikowego wizerunku swojej przyjaciółki. Zależało mu na uchwyceniu tej Joanny Kołaczkowskiej, którą najlepiej znali członkowie Kabaretu Hrabi – pełnej ironii, błyskotliwego humoru i charakterystycznych min poprzedzających kolejne żarty.

“Nie taką, jaką znali wszyscy. Nie pomnikową. Taką, jaką znaliśmy Cię my- hrAbi. Z tą charakterystyczną miną, która prawie zawsze poprzedzała jakiś żart. Najczęściej sarkastyczny. Patrzę na ten obraz i doskonale wiem, co za chwilę nastąpi. Po tylu wspólnych latach rozpoznawaliśmy tę minę natychmiast. Za moment miało paść jedno zdanie. Celne. Przewrotne. I za chwilę wszyscy mieliśmy się śmiać. Dlatego ten obraz nie jest dla mnie tylko portretem. Jest chwilą zatrzymaną tuż przed puentą” – napisał Kamys.

Słowa Dariusza Kamysa poruszyły internautów, którzy licznie wspominali Joannę Kołaczkowską w komentarzach. Wielu z nich przyznało, że mimo upływu czasu nadal trudno pogodzić się z jej odejściem i że jej występy na zawsze pozostaną symbolem wyjątkowego poczucia humoru oraz niezwykłego talentu.

Śmierć Joanny Kołaczkowskiej była jednym z najbardziej wstrząsających wydarzeń w polskim świecie kabaretu. Choć od tamtych dramatycznych chwil minął już rok, pamięć o artystce pozostaje żywa zarówno wśród jej najbliższych, jak i milionów widzów. Wzruszający wpis oraz portret przygotowany przez Dariusza Kamysa pokazują, że są osoby, których obecności nie da się zastąpić – nawet po upływie wielu miesięcy.

ZOBACZ RÓWNIEŻ: Pędził ponad 220 km/h. Sędzia dosadnie podsumował Łukasza Żaka

A Wy jak wspominacie Joannę Kołaczkowską? Dajcie znać w komentarzu!

Joanna Kołaczkowska (fot. screen YouTube Polsat)
Joanna Kołaczkowska (fot. screen YouTube Polsat)

Autor: Szymon Jedynak

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Kontynuuj czytanie

HITY

Copyright © 2019 Przeambitni.pl. Stworzona z miłością